32 omdlenia…

Fot. Robert Jaworski

I nagle tlen. Po wszystkim, co ostatnio widziałem w teatrze, znalazłem się wczoraj na premierze „32 omdleń” według Antoniego Czechowa, jubileuszowym spektaklu Jerzego Stuhra w reżyserii Andrzeja Domalika, w Teatrze Polonia. I nagle znów wszystko się zgadza. Nieśmiertelny Czechow ze swoim poczuciem humoru i niezwykłymi portetami postaci, mistrzowska trójka aktorów: Krystyna Janda, Jerzy Stuhr i Ignacy Gogolewski. Pusta scena, trzy krzesła, muzyka i światło. Żadnych dekonstrukcji dramatu, żadnych apokryfów, żadnej przemocy reżysera wobec aktorów. Scena na scenie i widownia na widowni. Krwistoczerwona kurtyna. I właściwie mógłbym nie pisać więcej na ten temat, bo to już wszystko, i nagle, znów porwał mnie teatr. Nie wiem, czy wyszedłem z teatru inny, ale na pewno bardziej dotleniony. A jeśli dotleniony to znaczy oddychający lekko, uśmiechnięty, zamyślony, wzruszony (końcowy monolog Jerzego Stuhra o aktorstwie, teatrze i publiczności, powiedziany kapitalnie!). Po prostu ptasie mleczko.  Na spektakl składają się dwie, zazwyczaj łączone, jednoaktówki Czechowa „Niedźwiedź” i „Oświadczyny” a także niejako w formie trzeciego aktu „Historia zakulisowa”. Prawdziwy jubileusz 40-lecia Jerzego Stuhra, bo to, co aktor robi w tym spektaklu, jego komizm, niezwykłe. Mistrzowskie role Krystyny Jandy i Ignacego Gogolewskiego. I naprawdę już nic więcej nie trzeba dodawać. Wróżę temu spektaklowi długie życie i sukces, a podobno już nie ma biletów na wiele kolejnych spektakli. Dzisiaj dużo o tym myślałem, w kontekście tego spektaklu, o istocie teatru, o jego sile, o sile jego prostoty, która rodzi się z talentu, pracy i dążenia do precyzji, w efekcie z aktorskiego mistrzostwa. O tym, że właściwie dzisiaj liczy się coraz mniej, że coraz częściej aktor staje się ofiarą przemocy reżyserów. Nie wiem i nie rozumiem tylko, w imię czego. Niedawno trafiłem w antykwariacie na biografię Stefana Jaracza. „Teatr jest domem aktora” – pisał Jaracz. Wczoraj zobaczyłem to z całą wyrazistością.