Agnieszka pyta: jak żyć?

Owszem, czas nie jest najłatwiejszy, ale po bardzo trudnym roku pełnym różnych problemów, jestem spokojniejszy, mniej mnie irytuje, są chwile, kiedy przyglądam się sobie niejako z boku, widzę, że przed rokiem popadłbym w furię, a teraz raczej czekam. Wolę wyciszenie się, wolę zajrzeć w siebie. Staram się cieszyć drobiazgami i wstawać uśmiechnięty, z naiwnością Winnie ze „Szczęśliwych dni”, kolejny piękny dzień! Ale dlaczego nie mówić tego sobie zaraz rano, zanim się sprawy pokrzyżują?

Zauważam też, że staram się każdego dnia zrobić jakiś mały krok, dosłownie i w przenośni, żeby wieczorem mieć poczucie, że zrobiłem mały postęp, że przeczytałem jakąś książkę, która otworzy mi nowe perspektywy albo po prostu dotleni głowę, że napisałem jakiś mały fragmencik w notesie, który kiedyś się do czegoś przyda, że zrobiłem reaserch, który będę mógł wykorzystać w wywiadzie, że napisałem konspekt jakiegoś projektu, nawet jeśli jego przyszłość w ogóle nie majaczy, że zrobiłem sobie listę lektur, na które warto czekać, że w jakimś filmie zobaczyłem scenę, która pozostanie pod powiekami, że udało mi się namówić kolejną osobę na zwierzenia związane z najważniejszymi lekturami.

Dlaczego o tym piszę dzisiaj? Zacząłem wczoraj czytać zbiór rozmów „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” Agnieszki Drotkiewicz (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011), której pisarstwo i rozmowy wysoko cenię. Również rozmowy z nią, bo Agnieszka jest bardzo inspirującą, rozwibrowaną pozytywną energią, która zapala siebie i osoby, z którymi się spotyka. Z Agnieszką się nie ćwierćrozmawia, z Agnieszką się nie półrozmawia, rozmowa z nią to zawsze wartość. Mam poczucie, że ma w głowie wiele książek świata, które zna na pamięć, bo potrafi w dowolnym momencie mówić tekstem ulubionych i cenionych autorów. Ci autorzy też pojawiają się w jej ostatniej książce. I w ogóle Agnieszka obecna jest w tych rozmowach, Agnieszka i ważne dla niej postaci, na przykład Nigella Lawson. Agnieszka nie tyle zadaje pytania, co tworzy z rozmowy wartość wyższą, bo kreuje spotkania. Przecież zawsze rozmowa przeprowadzona, spisana i końcowy tekst, który się ukazuje to dwa różne światy i dwa różne teksty. Ale Agnieszce udaje się kreować spotkania również na papierze. Mam poczucie, jako czytelnik, że z Agnieszką i jej bohaterami siedzę w kuchni, popijamy kawę a rozmowa tli się, rozpala, wibruje, wycisza, zamyśla, zapętla, znów rozpala, rozjaśnia, czasem rozśpiewuje.

Tytuł książki Agnieszki wziął się z rozmowy, która otwiera ten zbiór, a której bohaterką jest Bella Szwarcman-Czarnota, autorka książek, felietonistka „Midrasza”. To właściwie dwie rozmowy, o kuchni, o żydowskiej kulturze i opowieści, o rytuałach, rodzinie, świątecznych wieczorach, kobietach i mężczyznach, płci Boga, polskim i żydowskim fragmencie wspólnego losu. Agnieszka rysuje portret swojego bohatera, co mnie fascynuje, inaczej, niż ja to robię w swoich rozmowach. Agnieszka portretuje poprzez poglądy, przekonania, czasem wątpliwości, poprzez lektury i opowieści. W każdej z rozmów wraca do prostego pytania: „jak żyć?”.

Bella Szwarcman-Czarnota mówi, że trzeba być z siebie zadowolonym, nie zadręczać się. Ale też mówi, że właściwie każdego dnia odpowiedź na to pytanie jest inna. Będę do książki Agnieszki tutaj wracał na pewno, bo jej rozmówcy niezwyczajni.

A skoro o rozmowach, dzisiaj, przed zajrzeniem do komputera, przy kawie, przeczytałem fragment wywiadu-rzeki z Marianem Pankowskim, jaki przeprowadził Piotr Marecki. Ten fragment ukazał się wczoraj w „Dużym Formacie”. Książka ukaże się w wydawnictwie ha!art i ma tytuł „Nam wieczna w polszczyźnie rozróba! Marian Pankowski mówi”. To bardzo „pankowski” tytuł i już nie mogę się doczekać na tę książkę. Marian Pankowski został polskiej literaturze przywrócony po latach długiej nieobecności właśnie przez Piotra Mareckiego. Ha!art zaczął wydawać kolejne powieści a ja wpadałem w nie jak w bagno, coraz głębiej i głębiej, nurzałem się w specyficznym języku Pankowskiego. I mówię to całkiem serio – gdybym miał wskazać w ostatnim sześćdziesięcioleciu dwoje pisarzy, którzy zrobili literacką rewolucję, również poprzez stworzenie własnego języka dla swoich książek, którzy wykreowali własne światy zamieszkane przez język, którzy zerwali język z łańcucha i pozwolili słowom frunąć, zmieniać kolor, kształt i upierzenie, to bez wątpienia wskazałbym Mariana Pankowskiego i Dorotę Masłowską (zresztą jedną z bohaterek książki Agnieszki Drotkiewicz). Radość obcowanie z ich książkami dla mnie nie jest radością z fabuły ale ze słów, które uciekają, oplatają głowę i tańczą.

Cieszę się, że dzisiaj mogę zakończyć wpis kolejnym kanon książek najważniejszych, fragmentem, na który długo czekałem, ale jest!

Kanon na nowy blog, odcinek 53

O swoich najważniejszych książkach opowiada

Krystyna Kofta, pisarka:

Fot. Bruno Fidrych/AG

1. Samodzielnie przeczytana w wieku 5 lat „Historia Królowej Jadwigi”, która przyjechała z moimi dziadkami i tatą z Berlina, gdzie mieszkali do 1921 roku. Mój dziadek Franciszek sprowadzał na znak patriotyzmu gdańską wódkę i polskie książki. O mało nie zostałam z powodu tej lektury zakonnicą. Miałam epizod silnej dewocji dziecięcej, a nawet widziałam cud, Matka Boska namalowana chyba na witrażu, poruszyła stopą. Mądry ksiądz wytłumaczył mi, że to ruch ciepłego powietrza powoduje zwidy.

2. „Niebezpieczne związki” – przeczytane zbyt wcześnie; zaciekawiła mnie, należąca do mojego starszego brata, powieść „nie dla dzieci”, w formie listów. Miałam wówczas 13 lat i rozpoczęłam natychmiast intrygi damsko męskie. Stałam się po tej lekturze podejrzliwa, nie dałam się wziąć na lep czułych słówek i oszukać. Sama oszukiwałam w tych sprawach na potęgę, uważałam że zakończenie i ukaranie biednej markizy było „doklejone”, nie powinna wpaść! Film, mimo dobrej obsady, jest w porównaniu z powieścia płaski.

3. Nienawidziłam teatru, jednak bardzo lubiłam czytać sztuki. Urzekł mnie Beckett. Miałam szczęście zobaczyć jego „Końcówkę” w wykonaniu francuskich aktorów, reżyserował Rogera Blin. Ta trupa była w Polsce, przekonałam się, że teatr może być niezły. Przeczytałam całego Becketta, wszystko co wyszło w naszym kraju, także to co napisał na temat tego dramaturga monopolista Antek Libera. Zazdrościłam Antkowi paczki, którą Beckett przysłał mu w stanie wojennym. Dzięki Beckettowi zaczęłam czytać Szekspira, Różewicza i Witkacego, całego Strindberga oraz sztuki współczesne w „Dialogu”.

4. „Dzienniki” Kafki – zaczęłam nawet pisać na polonistyce esej na ten temat, znalazłam go niedawno, może nawet warto by go skończyć.

5. „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jana Potockiego, odkryty na własną rękę. Zachwycił mnie do tego stopnia, że napisałam pracę magisterską z „Podróży” Potockiego, bo na „Rękopis” nie odważyłam się porwać. Jego życie to niesamowity materiał.

6. „Życie i myśli JWP Tristrama Shandy” – Laurence’a Sterna. Po autorze nasz syn nosi imię Wawrzyniec. Ta powieść bardzo zbliżyła mnie z moim mężem, czytaliśmy ją głośno podczas długich wakacji a Mirek wygrywał na fujarce Lilibullero, piosenkę stryjaszka Toby’ego. Przez całe studia czerpałam ze Sterne’a, bo można tu znaleźć punkt odniesienia do każdej nowoczesnej powieści.

7. Każde słowo napisane przez Bruno Schulza, „Sklepy cynamonowe”, „Sanatorium pod klepsydrą” (Film Hasa – rewelacyjny, nie zestarzał się ani trochę). Opowiadania. Również wszystkie rysunki Schulza jakie mialam szczęście oglądać. Ten typ tejemniczej, pełnej kompleksów  wrażliwości cenię najbardziej. Można z tego czerpać siłę.

Oczywiście Rosjanie. Babel, Kuprin, Szałamow. Teraz czytam głównie dzienniki i autobiografie, znacznie mniej fikcji niż kiedyś, bo prawie całą klasykę przeczytałam. Gdy zainteresuje mnie coś nowego, piszę o tym do „Nowych książek”.

Krystyna Kofta