Kot z ulicy Bagatela

Kończę czytać „Papugę Flauberta” Juliana Barnesa, którą wymieniało wiele osób w kanonie swoich pięciu najważniejszych książek, i rymuje się z „Książką” Mikołaja Łozińskiego, o której pisałem ostatnio. Właśnie kanon książek najważniejszych spowodował we mnie potrzebę przeczytania tej przeze mnie wcześniej przeoczonej powieści czy też powieści biograficznej. Mikołaj Łoziński próbował zrekonstruować historię rodzinną, ale właściwie opowieść rodzinną, za pomocą strzępów wspomnień, legend, przedmiotów, podobnie jest u Barnesa z dziwną biografią Flauberta, skupiającej się w zasadzie na pozornie nieistotnych zdarzeniach, migawkach, odpryskach. Piszę tę książkę idąc za słowami Flauberta: „Artysta musi postępować tak, by potomność sądziła, że nie istniał”. Albo inne zdanie: „Autor powinien być w swojej książce jak Bóg w swoim wszechświecie: wszechobecny i niewidzialny”. I właśnie takiego Flauberta próbuje pokazać Barnes. Flauberta wymykającego się opisowi. Ta lektura otwiera oczy i głowę na wiele spraw, fascynująca przygoda.

W filmie „Kocham kino” Piotra Łazarkiewicza bohaterka do domu wchodziła przez kino. Przypomniałem sobie to wchodząc do księgarni przy placu Unii Lubelskiej (na rogu Bagateli), do której wchodzi się przez kwiaciarnię. To chyba najpiękniejsze wejście do księgarni, jakie znam. Najpierw chłód i pobudzający zapach kwiatów, a potem zapach książek. W dodatku ta księgarnia ma też niewielki dział antykwaryczny (świetnie dobrane tytuły) i stałego rezydenta w postaci rudego kota, który spał dzisiaj smacznie na publikacjach gdańskiego wydawnictwa słowo/obraz/terytoria. Najpierw poszedłem do książek antykwarycznych, pomyszkować i oczywiście znalazłem tytuły, z którymi musiałem stąd wyjść. Pierwsza z książek to „Teatr Dionizosa” Zbigniewa Osińskiego o spektaklach Wilama Horzycy, Jerzego Grotowskiego i Konrada Swinarskiego. Książka podpisana jest na stronie tytułowej długopisem „Alicja Choińska”.  W dodatku uświadomiłem sobie, że miałem przyjemność poznać panią Alicję, podczas prób z Elą Czerwińską do monodramu „Kochany synu”, pani Alicja reżyserowała wtedy spektakl o Eugeniuszu Bodo. W dodatku Ela grała kiedyś w spektaklu pani Alicji. W dodatku o Bodo piszę w swojej nowej powieści. I tak się drogi krzyżują dzięki książkom. Drugi tytuł to „Stefan Jaracz” Edwarda Krasińskiego. W księgarni kupiłem też wydane razem dwie powieści Zyty Oryszyn „Madame Frankenstein” i „Czarna iluminacja”. Książka wyszła w serii „Kanon literatury podziemnej”, o którym dotąd nie słyszałem a czytam na okładce, że to seria 23 książek najwybitniejszych, bądź najbardziej znamiennych – upamiętnia zjawisko społeczne, jakim w latach 70. i 80. ubiegłego wieku stała się polska rewolucja bibuły. W kanonie ukazały się książki Janusza Andermana, Stanisława Barańczaka, Jacka Bocheńskiego, Kazimierza Brandysa, Ryszarda Bugajskiego, Janusza Głowackiego, Zbigniewa Herberta, Pawła Jasienicy, Andrzeja Kijowskiego, Stefana Kisielewskiego i innych. Wartościowa, ważna inicjatywa. Kupiłem akurat książkę Zyty Oryszyn, bo wiele z wydanych w kanonie tytułów znałem, tych nie. Zaś sama Zyta Oryszyn zawsze była dla mnie legendarna, była żoną Edwarda Stachury i nigdy nie udzieliła żadnego wywiadu na jego temat. Zresztą kiedyś sam starałem się o taki wywiad i pani Oryszyn konsekwentnie odmówiła.

Wracam teraz do „Papugi Flauberta” (zostało mi 30 stron), a potem tyle jeszcze lektury.

PS Wczoraj usłyszałem o śmierci wybitnego pisarza Mariana Pankowskiego. Również dla mnie był ważnym, bardzo ważnym autorem. Dzięki Piotrowi Mareckiemu i Wydawnictwu Ha art! Marian Pankowski, autor kultowego „Rudolfa”, przeżył swoje drugie życie jako pisarz, kolejne wznowienia jego dawnych książek pobudzały apetyt, pisarz zaczął przyjeżdżać do Polski, spotykać się z coraz młodszymi czytelnikami, udzielił jednego z najważniejszych wywiadów (według mojej oceny) w ostatnim dziesięcioleciu w polskiej prasie – „Żegnaj, Maniuś, żegnaj”, to właśnie tytuł tej rozmowy, jaką przeprowadziła w 2006 roku dla „Dużego Formatu” Katarzyna Bielas.  Co można dzisiaj? W tych dniach znów sięgnę po powieści Pankowskiego. Lektura zamiast modlitwy należy się pisarzom po ich pozornej, bo ziemskiej śmierci.