Przyjaśń

Ks. Józef Tischner

Powinienem właściwie przepisać tu cały wywiad, bo zachwyca mnie omal każde jego zdanie. Dopiero wczoraj wpadł mi w ręce wywiad z Cezarym Wodzińskim, filozofem, jaki przeprowadziła Aleksandra Klich. Rozmowa jest na temat przyjaźni, a właściwie „przyjaśni” jak określa Cezary Wodziński. Mówi:

Słowo „przyjaśń” jest przychylne, poufałe, łagodne. Jaśniejsze i bardziej lekkomyślne niż „przyjaźń”. I najważniejsze! – nie ma w sobie egoistycznej cząstki „jaźń”, a tym samym sugestii, że źródłem przyjaźni jest moje „ja”. „Ja”, które może łaskawie zaprosić kogoś do siebie, na swoich warunkach i dla zaspokojenia egoistycznych potrzeb.

(…) Kluczem do zrozumienia fenomenu przyjaźni jest formuła „pozwolić być”. Najważniejszym gestem, jaki się wykonuje wobec drugiego człowieka, jest pozwolenie mu na bycie takim, jaki jest.

(…) Wspólne milczenie w przyjaźni jest bardzo ważne. Mówienie wymaga nieustannego rytmicznego oddychania, a gdy przychodzi niezwykła chwila, trzeba wstrzymać oddech. Tak, żeby jej nie zagadać. Żeby jej nie spłoszyć.

(…) Dar przyjaźni pozwala się odmieniać, być innym, niż się jest. W przyjaźni ryzykuję więc własną niewzruszoną tożsamość, pozwalam sobie nie tylko być z Innym, ale i być innym. Przyjaźń otwiera szeroko okna i drzwi mojego świata.

(…) Wolność od oceniania to jedna z najbardziej urodziwych stron przyjaźni.

(…) Na przyjacielu nie można się zawieść. Gdy przychodzi moment zawodu, przyjaciela już nie ma, przyjaźń się kończy. (…)

(o księdzu Tischnerze) Miał wyjątkowy dar rozświetlania przestrzeni wokół siebie. Gdziekolwiek był, robiło się jaśniej i radośniej. Przed spotkaniem Tischnera nie wiedziałem, ż myślenie może być tak afirmatywne i świetliste. Spotkania z Tischnerem nauczyły mnie też, co to właściwie znaczy „pozwolić być”(…) On każdym swoim gestem, każdym słowem pozwalał być takim, jakim się jest. Więcej, dzięki niemu chciało się być bardziej, niż się jest. Jak gdyby bycie nie miało granic, których nie można przekroczyć.

(o Barbare Skardze) Pamiętam, że poszedłem do niej i zapytałem, czy mogę chodzić na jej seminarium. Zauważyła, że mam ze sobą torbę na rakietę tenisową: – A co pan tu w ogóle robi? Widzę, że pan gra w tenisa. Niech pan idzie na kort, nie zawraca sobie głowy takimi rzeczami jak wykłady i seminaria. Na to przyjdzie czas(…) Nie posłuchałem. Od jesieni tego roku przez blisko trzydzieści lat uczestniczyłem w prowadzonym przez nią seminarium.

(wywiad ukazał się w „wysokich obcasach extra”, marzec 2011).

Naprawdę ważny tekst. A mnie przypomniała się pewna migawka. Jechałem do Warszawy pociągiem, na egzaminy na studia dziennikarskie na Uniwersytecie. Byłem przejęty, to jasne. Chłopak ze Starogadu zdaje na poważny wydział w stolicy i w ogóle tyle różnych lęków, co i jak tam będzie. I nie wiem, z jakim odczuciem dotarłbym do Warszawy, gdyby los nie sprawił tak, że znalazłem się w przedziale obok ks. Tischnera. Wiedziałem, kto to. Nie miałem jednak odwagi, żeby się odezwać. Otworzyłem książkę, to była „Hipnoza” Hanny Krall. Ksiądz Tischner zerknął na okładkę i zapytał: „A pan lubi reportaż?” I tak się zaczęła rozmowa, o tym, co chcę robić w życiu. Kiedy dojeżdżaliśmy do Warszawy poprosiłem księdza Tischnera, żeby podpisał mi tę książkę, na pamiątkę. Chwilę się zastanawiał, czy powinien się w cudzej książce wpisywać, ale w końcu wpisał się i powiedział: „A jak pan spotka Hannę Krall, to niech pan powie, że celowo się tak wpisuję, żeby mogła się podpisać nade mną”. Na dworcu powiedział jeszcze, że nie mam się martwić, bo zdam. I zdałem. A Hanna Krall, którą poznałem później, rzeczywiście dopisała się na tym egzemplarzu „Hipnozy”.

Kanon na nowy blog, odcinek 49

Dzisiaj o swoich najważniejszych książkach opowiada

Marta Dzido, pisarka, reżyserka, dziennikara:

Bardzo trudno jest wybrać spośród książek tylko pięć – tych najważniejszych. Dlatego kierowałam się przede wszystkim sentymentem. Tytuły zaprezentowane poniżej towarzyszyły mi w czasie dorastania, można by powiedzieć, że znacząco wpłynęły na mój światopogląd. Dziś kiedy wracam do nich, nie wydaje mi się, by były to kamienie milowe literatury światowej, jednak wówczas, kiedy je odkrywałam były to książki-petardy, wraz z którymi wybuchała moja dotychczasowa wizja świata i kształtowała się na nowo.

Sekretny dziennik Adriana Mole’a lat 13 i ¾ – Sue Townsend – dojrzewanie to najcięższy okres w życiu, nigdy później nie kocha się tak nieszczęśliwie i nie cierpi tak mocno, ale z odrobiną autoironii i powieścią Sue Townsend można ten czas przeżyć bez większych obrażeń.

Marta – Elizy Orzeszkowej – książka, która po raz pierwszy zwróciła moją uwagę na pozycję kobiet w społeczeństwie. Szok, że całe zło, które spotyka główną bohaterkę powieści, bierze się stąd, że Marta jest kobietą. Smutek, żal i gniew. Bolesne odkrycie, ale jakże potrzebne.

Lot nad kukułczym gniazdem – Kena Keseya – granice normalności nie są tak oczywiste jakby się wydawało, normy społeczne wcale nie muszą być dobre dla obywateli, władza deprawuje i wszyscy jesteśmy idiotami. Dom wariatów jako metafora stosunków społecznych. Wielkie poczucie niesprawiedliwości plus zdefiniowanie na nowo pojęcia: wolność. Książka – przełom.

Żart – Milana Kundery – książka, która ze wszystkich ma najwiecej moich zapisków na marginesach, czyli, że w owym czasie była ważna, czytana wielokrotnie. Zdanie: „Los człowieka często kończy sie na długo przed śmiercią” podkreślone grubą linią. Nie trzeba chyba nic więcej dodawać.

Regulamin tłoczni win – Johna Irvinga – za „nożyk do obcinania kutasów” i wspaniałą postać lekarza Wilbura Larcha, który pomagał kobietom w trudnych chwilach proponując im wykonanie aborcji bądź przyjęcie ich niechcianego dziecka do swojego sierocińca. Powieść, która mi uświadomiła, że kwestia aborcji nie jest wcale czarno-biała i nie sprowadza tylko do kategorii pro-life lub pro-choice.