Las można nadgryźć

Można i w domu zrobić sobie Paryż. Czarna kawa, od jakiegoś czasu piję czarną, bo i mam być może bardziej egzystencjalne doświadczenia, ciepły croissant z dżemem, przegląd gazet, których nie zdążyłem wyczytać w całym tygodniu. Przy czarnej kawie wracam jednak do tomiku wierszy Marcina Orlińskiego, poety, którego cenię, którego książkowy wybór niedawno tutaj zamieszczałem. Wczoraj sięgnąłem po jego tomik „Parada drezyn” (Biblioteka Arterii, Łódź 2010). Będę chciał napisać o tej książce więcej, bo chcę jeszcze zanurzyć się w świecie kosmicznego dzieciństwa i dojrzewania, o którym opowiada Orliński. Przejmuje mnie, w jaki sposób sięga po jakąś sytuację, zdarzenie z dzieciństwa i jak ogląda je pod światło, przez szkło z rozbitej butelki a zaraz potem jak potrafi przyjrzeć się temu z lotu ptaka. Pokazuje jakiś szczegół oczami dziecka, dorastającego chłopca i zaraz zderza go z mądrością dojrzałego już poety, który ten szczegół widzi jak przez lunetę, w szerszym kontekście świata. Zderza ze sobą wspomnienia i dźwięki i dużo rytmu jest w tej książce, dużo stukotu i trzasku, i właściwie czytając te wiersze słyszałem Bjork z jej muzyką do „Tańcząc w ciemnościach”, chociaż przecież nie słuchałem tej muzyki czytając. Świat przefiltrowany Orlińskiego właściwie mnie porwał, i łatwo, mnie, czytelnika, ustawił gdzieś na górce i już przez rozbitą zieloną butelkę oglądałem swoje dziecięce fragmenty. Po prostu, mam poczucie, w podobny sposób widziałem świat. A może jest tak, jak na okładce napisał Darek Foks, że słowa tytułu Parada drezyn, ustawiają poezję wobec świata, poetę wobec poezji i czytelnika wobec tekstu. Jest też w tej książce dużo nostalgii za światem, który jeszcze chciał czarować. „Pierwszy dzień lata już nigdy się nie powtórzy” albo „Nagroda? Nie będzie lepszej nagrody niż zamknięte drzwi”. Będę wracał do tego zbioru w najbliższych dniach, dzisiaj pozwolę sobie zamieścić mój ulubiony wiersz z tego tomu.

Marcin Orliński

CISZA

Cisza. Na dnie morza wybucha pierwsze słońce.

Odłamki przelatują nad latarnią morską i wpadają

w korony drzew. Zieleń też ma swoje dno,

więc embriony tulą się do siebie, czekając na sztorm.

Potem plaża ożywa, na rozgrzanych dachach

rozkładają się meduzy, spod plastikowej skrzyni

wypełza mgła. W poszyciu wybucha drugie

morze. Powietrze jest już zbyt gęste i nie uniesie

cienia, który wieczorami podmywa namioty.

Na gałęzi ktoś zawiesił kieszonkowe lusterko,

cudzy portret, czytaj: ten las będzie do ciebie

powracał, w symetrii fraktalu i  w półnagich prawdach

(zioło, żółć, czerw). A może nawet w igłach, które

wbijają się w stopy. Niebo też ma swoje dno. Wśród

śmieci podrygują porwane latawce, twarze

dorastających dzieci (spokojnie, to tylko błona,

materiał na bilet), poruszone przyjaźnie,

prześwietlone miłości, a także sól, która osadza się

na skórze i przerywa proces mumifikacji (spokojnie,

taki dar może ofiarować tylko matka). Początek

nie istnieje, to pewne. Bo las można nadgryźć

od każdej strony. Zamień przystawki, wylej wino,

a tamte odległe wakacje zmienią kąt nachylenia.

Ognisko zapali się w innym miejscu: w gardle,

w dziupli albo w oknie pociągu. W imieniu pamięci

materia pozdrowi materię: żegnaj.

(z „Parady drezyn”, Łódź 2010)

*

Kanon na nowy blog, odcinek 47

O pięciu najważniejszych książkach opowiada

Łukasz Maciejewski, krytyk filmowy i teatralny, felietonista, dziennikarz:

W moim zestawieniu obowiązuje bolesna strategia „zamiast”. Brakuje zbyt wielu nazwisk. Proust zamiast Dostojewskiego, Iwaszkiewicz w miejscu Philippe’a Bessona. Nie ma Amosa Oza („Czarna skrzynka”) ani Sandora Maraia, którego odkryłem wiele lat temu, jeszcze zanim stał się popularny. Nie zmieścił się Thomas Bernhard z jego wiwisekcjami cynizmu zderzonego z bezprzymitonikową samotnością. Zabrakło Philipa Rotha, Tadeusza Konwickiego, czy, z innej półki, „Dzienników” Marii Dąbrowskiej – arcydzieła diarystyki, które nauczyło mnie, że rozsądek to również poezja.

A zatem ostatecznie pięć iluminacji zamiast (co najmniej) stu pięćdziesięciu pięciu literackich zachwytów. To moje feerie.

Marcel Proust „W poszukiwaniu straconego czasu”

To nieprawda że książki nie zmieniają ludzi. Proust dokonał we mnie rewolucji. Czytałem „W poszukiwaniu straconego czasu” w klasie maturalnej. Ta literatura była jak zaczadzenie. Wkraczałem w nieznane: rzeczywistość, która była oniryczna i perwersyjna, zdradziecka i fascynująca. Po skończeniu siedmiu tomów Prousta, bardzo długo nie byłem w stanie przeczytać niczego innego. Nie smakowało. „Magdalenka” jest tylko jedna.

Jarosław Iwaszkiewicz „Sérénité”

„Mądrość polega na tym, aby być gotowym na wszystko, aby wszystko akceptować” – pisał stary Iwaszkiewicz w „Sérénité”, opowiadaniu, które cenię wyżej od „Panien z Wilka” czy „Matki Joanny od Aniołów”. Stary człowiek żegna się z życiem. Jest w pięknym miejscu, wraca do pięknych (urodziwych) ludzi, ale czas teraźniejszy to dla niego już tylko hymn przeszłości. Bohater „Sérénité” wraca do raju żeby zapomnieć o bólu. Żeby umrzeć. W cieniu rozbuchanej, biologicznej natury.

Julian Stryjkowski „Milczenie”

Kiedy Stryjkowski pisał „Milczenie”, nie miał już nic do stracenia. Mógł wreszcie otwarcie opowiedzieć o gejowskim doświadczeniu, które w jego wypadku łączyło się z dramatem potrójnej inwersji: homoseksualisty, Żyda, komunisty. „Milczenie”, przejmująca love-story bez spełnienia, to cienka książka. Raptem kilkadziesiąt stron. Ale każda ma ciężar tytułowego, przygniatającego milczenia, które wyprzedza najważniejsze, nigdy niewypowiedziane słowa. Kocham, pożądam, pragnę, tęsknię…

André Gide „Dzienniki”

Gide nie przetrwał jako literacka ikona. Nawet we Francji jest powoli zapominany. Ja mam jednak do tego pisarza ogromną słabość. Jako nastolatek stylizowałem się na Gide’owskiego „immoralistę”, z wypiekami chłonąłem wszystko, co napisał. Opowiadania, powieści, listy. Jednak największym arcydziełem Gide’a pozostają „Dzienniki”. W Polsce ukazały się jedynie w rażąco okrojonej wersji (za to w wybitnym tłumaczeniu Joanny Guze).

Gide pisał: „Najpiękniejsze są rzeczy, które podszeptuje szaleństwo i pisze rozsądek”. W „Dziennikach”, które są skończoną literacką kreacją, był wierny obydwu zasadom.

Herman Hesse „Narcyz i Złotousty”

Sceneria jak w „Imieniu róży” Eco. Średniowiecze, klasztor i perwersja. Na tym tle Hesse kontruje przeciwieństwa. Świat nauki zderza z tęsknotami artystycznymi. Przywiązanie z pożądaniem. Ale Złotousty kocha Narcyza również dlatego, że tak się różnią. Powie: „Ciebie potrafiłem kochać, ciebie jednego spośród wszystkich ludzi. Nie możesz pojąć, co to oznacza. Oznacza to źródło na pustyni, kwitnące drzewo w samotni. Tobie jednemu zawdzięczam, że serce nie wyschło, że pozostało we mnie miejsce, do którego dotrzeć może łaska.”