Gdyby Polacy byli hobbystami…

Dwa ostatnie dni to była moja duża, duża radość. Lubię czekanie na nowe powieści ulubionych autorów i potem poznawanie kreowanego przez nich świata – a nie jest tajemnicą, że do mojej ścisłej czołówki ulubionych pisarzy należy Anna Bolecka, autorka m. in. „Białego kamienia”, „Kochanego Franza”, „Uwiedzionych”. W ubiegłym roku, kiedy pismo „Bluszcz” zapytało, czy nie napisałbym tekstu o swoim ulubionym pisarzu lub ulubionej pisarce, bez wahania zgodziłem się i napisałem właśnie o Boleckiej. Anna Bolecka pisze swoje powieści długo, nauczyłem się czekać na nie cierpliwie. Kilka dni temu Anna przysłała mi swoją nową, jeszcze nie wydaną powieść, i jestem szczęśliwy, że jestem jednym z pierwszych jej czytelników. Właśnie na jej lekturze minęły mi dwa ostatnie dni. Ponieważ powieść czeka na publikację, nie mogę zdradzić zbyt wiele, a właściwie w ogóle nic nie mogę zdradzić z tego wtajemniczenia, postanowiłem jednak coś ukraść, co pasowałoby do tego bloga. Niewielki cytat a przecież to już coś, na czym można się oprzeć, cytat wyrwany z kontekstu, bo musiałbym opowiadać fabułę, trudno najwyżej Ania mnie za te trzy zdania zabije: „Z pożaru ratuj księgi przed innymi rzeczami. Gdy książka upadnie, podnieś ją i ucałuj. W biedzie sprzedasz książki na ostatku. Książka nie po to jest, aby ją dawać w zastaw, ale żeby się z niej uczyć i pożyczać ją tym, których na nią nie stać”. Obiecuję, że jak tylko książka będzie w druku i będę mógł napisać więcej, to zrobię to tutaj z przyjemnością. Na razie zachęcam do lektury wcześniejszych książek Ani. Przeczytałem je ponownie około rok temu, kiedy leciałem do Korei Południowej i zapakowałem do podręcznej torby wszystkie powieści Boleckiej, żeby się w tym świecie ponownie zanurzyć. Polecam też spory wywiad z Anną, jaki opublikowałem w swojej książce „Hotel Europa”.

A skoro o książkach, to przeczytałem kilka dni temu w „Gazecie” tekst Mariusza Szczygła, że Czesi są na pierwszym miejscu w Europie pod względem czytelnictwa. Akurat tego dnia odwiedziła mnie tłumaczka z Pragi, którą zapytałem o czytanie Czechów. Powiedziała: „Bo jesteśmy narodem hobbystów. Kiedy rozmawiasz z Czechami, każdy, bez względu na zawód, przedstawi się jako artysta, każdy z nas ma w biurku książkę, którą napisał, a której nie wydał albo nie ma takiej książki, ale powie ci, że ma, albo nie robi żadnej sztuki ale powie ci, że robi”. Zapytałem też o polskich pisarzy, których czytają Czesi: „Nadal króluje Sienkiewicz. Ale jest też sporo współczesnych, poza Szczygłem jest Tokarczuk, Masłowska, a Krzysztofa Vargi Gulasz z Turula reklamują u nas jako Gottland o Węgrzech… Tylko wiesz, kompletnie nie rozumiemy romantyzmu. Kiedy na polonistyce kazali nam czytać książki z romantyzmu, to wywoływało u nas konsternację. Normalnemu Czechowi zrozumienie romantyzmu wydaje się niemożliwe.”

Wiem, że akurat – chyba właśnie w ten weekend – w Pradze premiera kolejnego, po Ostrawie, spektaklu według książki Mariusza Szczygła „Gottland”, w teatrze Svandovo w reżyserii Petra Stindla. Pod opisem spektaklu na stronie teatru jest lista podziękowań dla sponsorów, a między innymi jest podziękowanie dla firmy Salamander za obuwie do spektaklu. I już przypomniał mi się reportaż o Bacie, chyba otwierający „Gottland”, i mam ochotę przeczytać sobie w dniu premiery ponownie.

Kanon na nowy blog, odcinek 46

O swoich najważniejszych książkach opowiada

Jarosław Czechowicz, krytyk:

Niezwykle trudno wskazać tylko pięć książek, skoro książki ogólnie są dla mnie najważniejsze i z wieloma wiążę się bardzo emocjonalnie. Postaram się wskazać te pięć, na których zatrzymałem się dłużej, zgodnie z tym, kiedy je poznawałem. Z krótkim uzasadnieniem, dlaczego zwracam na nie uwagę.

Oto, jakie książki wyróżniam:

„Zbrodnia i kara” Dostojewskiego – za niezwykłą atmosferę, niesamowitą umiejętność portretowania złożoności ludzkiej psychiki… Sam chciałbym sobie przykładać tyle psychologicznych luster, co Dostojewski Raskolnikowowi, bo wtedy rozumiałbym siebie i świat lepiej;

„Kronika wypadków miłosnych” Konwickiego – za lekkie i jednocześnie głębokie ukazanie tego, czym jest miłość i mam tu na myśli raczej miłość do Litwy oraz to, w jaki sposób została sportretowana mała ojczyzna autora akurat w tej książce;

„Ojciec Goriot” Balzaca – za doskonałe zderzanie świata marzeń i pragnień ze światem, który nie oferuje niczego poza rozczarowaniem; za psychologiczną dojrzałość i głębię;

„Malowany ptak” Kosińskiego – za chore projekcje, w których kryje się więcej niż można przypuszczać; za pokazanie, czym naprawdę jest mroczna wizyjność;

„Niewidzialne potwory” Palahniuka – za prowokacyjność w świetnym stylu i za przekonanie mnie, iż jestem produktem kultury. Za złośliwość, ironię i umiejętność takiego wkurzania czytelnika, które nie powoduje rzucania książką w kąt, a czytanie jej dalej z wypiekami na twarzy.