Trąbki Wielkie

Mam nadzieję, że mój apel do miejscowości Trąbki Wielkie zostanie w końcu wysłuchany. Chyba na poprzednim blogu przedstawiałem sprawę, która wciąż nie daje mi spokoju, bo nie ma na nią żadnej reakcji. Może rok, może dwa lata temu przejeżdżając przez Trąbki Wielkie wpadłem na pomysł promocji miasta. Otóż wymyśliłem, aby stworzyć ławeczkę, po której obu stronach siedzą dwaj wielcy trębacze Miles Davis i Louis Armstrong, czyli Trąbki Wielkie, z którymi można by się fotografować siadając między nimi. A ponieważ mam to zapisane we krwi, że pomysły się realizuje, więc napisałem wtedy e-mail do Urzędu Gminy Trąbki Wielkie, niestety nikt mi nie odpowiedział. I już myślałem, że cała sprawa padła, aż tu nagle, jak w najlepszym scenariuszu składam wczoraj życzenia urodzinowe Eli, która mówi, że rano jedzie do Trąbek Wielkich i będzie miała ważne zawodowe spotkanie z burmistrzem. No, to ją błagam, przekonuję, że musi przekazać burmistrzowi mój pomysł. Fakt, krygowała się trochę, bo mało poważna moja sprawa jednak w stosunku do tematów, jakie miała poruszać, ale przecież dla mnie ważna. No i wybłagałem, że znajdzie taki moment, żeby mój pomysł ławeczki przekazać. A teraz siedzę jak na węglach i czekam, czy się Ela odezwie do mnie po tym spotkaniu, czy nie. A że Trąbki Wielkie niedaleko Trójmiasta, zamieszczam poniżej piękny tekst, jaki nadszedł dzisiaj rano właśnie z Gdańska.

Kanon na nowy blog, odcinek 45

O swoich najważniejszych książkach opowiada

Jolanta Jansen, nauczyciel:

Książki są dla mnie jak ludzie, bowiem od zawsze zastępowały mi ludzi, z którymi chciałabym porozmawiać, a których wokół siebie nie znajdowałam albo nie umiałam nawiązać z nimi kontaktu. Od dzieciństwa jakoś nie odpowiadała mi rzeczywistość, w której tkwiłam i szukałam czegoś bardziej interesującego. Mówi się, że „gdziekolwiek się znajdujesz, twój świat tworzą twoi przyjaciele”. Moimi najbliższymi przyjaciółmi były książki. Nie bohaterowie, raczej autorzy.
Codzienność była szara i męcząca, szkoła pozwalała na działanie, ale resztę czasu poświęcałam lekturze książek wypożyczanych z biblioteki, a jakżeby inaczej. I one oczywiście kształtowały mój pogląd na świat. Pożyczane, znajdywane i inne.
Jako polonista starej daty znam wszystko, co mieści się w kanonie lektur Europejczyka, także w zakresie literatury współczesnej, i znam wartość książek, ale przecież nie o takiej wartości chcę pisać.
Jak o wszystkim w życiu, tak i o tym, co nas kształtuje, decyduje przypadek. Ważne jest natomiast , co w nas te przypadkowe spotkania z książką zmieniły i jak wpłynęły na nasze życie – tak rozumiem cel prezentowania własnych kanonów lektur, który zaproponowałeś. Dobrze zrozumiałam?
W tamtych czasach dostępna była przynajmniej klasyka powieści przygodowej i to zaliczałam z pasją, poznając egzotyczny świat. Obudzona w ten sposób ciekawość kazała mi odbywać wielkie podróże  „palcem po mapie” – ogromnej, rozłożonej na podłodze i zwiedzanej obowiązkowo w pozycji na brzuchu.  Ciekawość pozostała we mnie do dziś, a i geografię poznałam nieźle.
Pierwszą „własną” książkę znalazłam przypadkiem wśród gratów wyrzucanych z jakiejś instytucji przed  remontem na śmietnik. Przywłaszczyłam ją sobie.
Przytuliłam jak bezdomnego psiaka i jest ze mną do dziś. Cenię ją jak najlepszego przyjaciela – niedługo zresztą nabierze większej wartości, gdy stanie się białym krukiem, bo to pierwsze wydanie II tomu „Poezji” Marii Konopnickiej. Sztywna i gruba rzeźbiona niemal oprawa, piękny kredowy  papier i exlibris w języku rosyjskim. Namazałam na nim swoje nazwisko – dziesięciolatki.
To, że stałam się już jako dziecko romantycznym epigonem o pozytywistycznej wrażliwości, jej właśnie zawdzięczam. Ale też takiej Konopnickiej nie zna dziś nikt, nawet najlepsi znawcy pozytywizmu i literatury krajowej tego okresu. Krążą w obiegu nieliczne utwory z tego tomu. A ja połowę z nich wykułam na pamięć, choć były to wiersze – obrazki jak nowele po kilka-kilkanaście stronic każdy. Że „Slavus saltans” to tańczący Słowianin – niewolnik – wiem od niej i mam w sobie do dziś  to nienasycone pragnienie wolności i niezależności. Zainteresowanie antykiem, łaciną oraz podziw dla samotnych entuzjastów zmieniających świat, także  Siłaczek i Judymów Żeromskiego.
Czy właśnie to sprawiło, że zostałam nauczycielem?
Druga książka też była znaleziskiem i stąd  wynika mój zachwyt akcją pozostawiania książek w miejscach nieoczekiwanych, po to, by ktoś mógł je znaleźć! Kiedy postawiłam na półce etażerki tę nową obok poprzedniej  – razem stanowiły już bibliotekę!
To był wczesny Dostojewski i jego „Biedni ludzie”. Objawienie! Drugi człowiek, pragnienie bycia z drugim człowiekiem i męka, jaka się rodzi w tych relacjach, umęczone dusze, chore z nadmiaru wrażliwości. Emocje napięte jak struny skrzypiec – do granic możliwości. Ale to jest prawdziwa sztuka – wyrażanie emocji powszechnych poprzez indywidualne przeżycia.
Nie oszukujmy się – nie bylibyśmy nigdy racjonalni, gdybyśmy najpierw nie byli emocjonalni. Głębokie myślenie rodzi się z głębi przeżyć. Jak w „Hamlecie”. (Całego Szekspira czytałam po kolei, znosząc do domu kolejne tomy, nie wszystko wówczas jeszcze rozumiejąc, ale i tak dotarł do mnie przede wszystkim „Hamlet”. Wartość innych sztuk uznałam później).
Książka Dostojewskiego na długo wytrąciła mnie z równowagi, jego twórczość poznawałam dokładnie przez kolejne lata, potem przez następne – całego Tołstoja i literaturę rosyjską, którą niezwykle cenię.
Wyprostował mnie dopiero B. Prus . „Lalka” to najlepsza powieść, jaką w życiu czytałam – już po Balzaku i Stendhalu, Hugo i wielu wielu innych. Bo to zależy, czego się w literaturze szuka – ja po Dostojewskim szukałam równowagi między emocjonalnością a racjonalnością.  Mądrość Prusa polega na ukazaniu ludzkiej egzystencji, która tej równowagi złapać nie może, ale jest to świadome zamierzenie autora, który w tym właśnie widzi tragizm ludzkiego losu. Świadomy jest również dojrzały przecież bohater i dlatego bardziej niż inni młodzi (np.romantyczni) bohaterowie – wiarygodny.
Szkoda, że naszej „Lalki” nie znają powszechnie w Europie. Nie mamy siły przebicia.
Dobrze, że choć z Chopinem coś się teraz udało. Muzyka jednak jest ponadczasowa – książki w mniejszym stopniu, niestety. Odbijają rzeczywistość, a ta jest zmienna i popularność utworu zależy od tego, czy trafia w nastroje swoich czasów. Inaczej nie zaistnieje w ogóle. Natomiast inne epoki mogą już z niej czerpać do woli. I czerpią, czego przykładem jest kolejna książka, która zmieniła moje spojrzenie na świat. To  „Colas Breugnon” Romain Rollanda.
Jak wiele innych pokazuje człowieka, na którego wali się wszystko zło, a on trwa, podnosi się wciąż jak ta trzcina – nie tylko myśląca, ale w dodatku radosna. Radość życia mimo nieszczęść spadających nam na głowę – to było dla mnie odkrycie! To nie Kandyd, zdumiony i zaskoczony tym, co go spotyka, nie stary umęczony walką Santiago Hemingwaya – ale radosny staruszek czerpiący radość z faktu, że przeżył, nie zginął w pożarze, w powodzi, w rzezi urządzonej przez fanatyków. Żyję, więc się cieszę. Colas Breugnon uchronił mnie wtedy przed długotrwałą depresją i okazał się nad wyraz skutecznym lekarstwem tak samo jak później Cioran, który udowodnił, że w jego przypadku myśl o samobójstwie nieustannie ratuje mu życie i ocala przed śmiercią z powodu bezsenności. Co za zabawny paradoks! Człowiek musi być wolny, by się cieszyć życiem, a wolny jest jedynie wtedy, gdy ma wybór. Może dlatego tak mi teraz dobrze na emeryturze? Bo mogłam sobie wybrać miejsce, w którym chcę żyć? I mam to szczęście, że nie muszę czekać, aż mi OFE zapewni Hawaje, w co za grosz nie wierzę, wiedząc, że reforma miała za cel obniżyć skutecznie emerytury, czego oczywiście ludziom nie można było powiedzieć. Choć któryś z reformatorów powiedział to już oficjalnie w TV – ludzie mu i tak nie uwierzyli i udają, że nic nie słyszeli.
„Świat chce być oszukiwany, więc oszukujmy!”
O, właśnie!
Moja największa przygoda z książką to ucieczka w świat utopii przedstawionej w „Grze szklanych paciorków” Hermana Hessego. Niesamowita możliwość całkowitego zatopienia się w książce, tak że świat obok przestał istnieć. Czytałam niemal tak jak kiedyś w dzieciństwie „Hrabiego Monte Christo” – trzy dni i noce, z przerwą tylko na sen, tkwiąc w złudzeniu, że jestem w innej rzeczywistości. Można było po prostu zniknąć z tego świata na jakiś czas, mimo że było się już mocno dojrzałym człowiekiem.
Boskie uczucie! Utopić się w książce o utopii!
Wracam do lektur,  bo mam wymienić ostatnią….z tylu tysięcy?! Toż to tortura!  Ale oczywiście tym, który skierował moje zainteresowania w zupełnie nowym kierunku, był Stanisław Lem. „Solaris” i „Golem XIV” przede wszystkim, ale połknęłam go całego, z kosteczkami, także z „Summą technologiae” , „Filozofią przypadku”, „Fantastyką i futurologią” oraz „Apokryfami” i całą publicystyką ostatnich lat życia. Tyle w tym wiedzy i mądrości, przenikliwości i głębi myśli, dystansu do świata i ludzi, dowcipu i zabawy literaturą. Od tego czasu zajęłam się publikacjami popularnonaukowymi. Wcześniej pasjonowała mnie psychologia – najpierw był Freud, potem behawioryści, wreszcie psychologia ewolucyjna : K. Lorenz „Tak zwane zło”, potem Dawkins („Samolubny gen”,”Ślepy zegarmistrz”,”Fenotyp rozszerzony” i prawie wszystko, co napisał – mam u siebie), Edward Wilson („O naturze ludzkiej”, „Socjobiologia, „Consiliencja”), teraz pasjonuje mnie neurobiologia i tylko ona ma związek z prawdziwą psychologią, reszta to moim zdaniem szarlataneria i pseudonauka.
Poprzez filozofię (tak naprawdę cenię Hobbesa, bo z wyjątkiem Lewiatana niczego nie wymyśla i nie spekuluje, ale dopiero teraz jego dzieła pojawiły się w księgarniach) dotarłam do fizyki, bo metafizyka nie spełnia (moich!) kryteriów filozofii, powinna być czymś ściśle związanym z fizyką, a jeśli nie, tym gorzej dla niej. Zatem  Hawking, Ridley, Penrose i wielu innych. Szukam u nich wizji i myśli, które kryją się w ich hipotezach lub prawach takich jak np. prawo nieoznaczoności Heisenberga. Tam jest metafizyka!
Wszystkim, którzy chcą lepiej zrozumieć teorię kwantową, zamiast opasłej „Boskiej cząstki” czy trudnych „Wykładów” Feynmana polecam…. „Alicję w krainie kwantów” Roberta Gilmore’a. Prawdziwa bajka!
Gdy chcę posłuchać mędrca, wybieram Zygmunta Baumana, ciągle coś nowego znajduję w księgarni, zresztą ten jego gorączkowy ostatnio sposób pisania przypomina mi trochę Lema z ostatnich lat.  Ale spać idę z Filipem Rothem i chwalę to sobie – postarzeliśmy się już oboje, piszemy też o starości, chociaż…. podobno w ostatniej książce Roth wraca do młodości. Będzie więc okazja do kolejnych nocy…..Nie ma to jak dobra literatura, szukam w niej głębokiej myśli, staję się bogatsza o myśli autorów, mogę się z nimi sprzeczać, nie zrzędząc i nie gderając, nie urządzając żadnych awantur. Ot, taki dyskurs wewnętrzny.
A przecież „Nie ma rozpusty większej niż myślenie” jak mówi moja najmądrzejsza poetka Wisława Szymborska.
„Zgroza, w jakich pozycjach,
z jak wyuzdaną prostotą
umysłowi udaje się zapłodnić umysł!

(„Głos w sprawie pornografii”)
Więc jednak …. pornografia??? Gombrowicz się kłania…..No, sami przyjaciele dokoła……