Tajemnica kuchni Magdy Gessler

Mirosław Ikonowicz z rodziną, fot. Marcin Dławichowski

Po wczorajszej lekturze „Pustej wody” m.in. o życiu w getcie, musiałem uciec w inną lekturę. Tak się złożyło, że trafiłem niedawno na książkę Mirosława Ikonowicza „Zawód: korespondent”. Ikonowicz to wybitny reporter, dziennikarski wyga w najlepszym znaczeniu tego słowa, przyjaciel Ryszarda Kapuścińskiego, a prywatnie ojciec Magdy Gessler i Piotra Ikonowicza. Jestem już pewny, że pomieszkam w tej książce długo i że będę ją sobie dawkował, bo nie mam ochoty za szybko się z nią rozstawać. We wstępie do tej autobiograficznej opowieści Ikonowicza pisze Marek Zając o całkowitym oddaniu zawodowi, jakie często cechuje bezimiennych autorów depesz, o tej arystokracji dziennikarstwa, która nie pracuje na swoje nazwisko, ale bez której nie mogłaby wyjść żadna gazeta. Korespondentami agencji prasowych zostają ci, którzy naprawdę kochają ten zawód, którzy potrafią pracować w każdych warunkach, którzy są w stanie poskromić własne ambicje, powściągnąć talenty literackie. Jeżeli w pokoju zamkniemy czterdzieści osób, i nagle wpadną do środka dwie, która zaczną się kłócić i bić, a potem poprosimy tę czterdziestkę, żeby opisała zdarzenie, każda z notatek będzie inna, niektóre będą przesadzone, inne zmyślone. Reportaż to własna interpretacja. Depesza musi powściągnąć emocje. Przytacza Marek Zając lekcję dziennikarstwa, jaką dał w Paryżu Ksawery Pruszyński pani Julii Hartwig: „Podeszli do skrzynki bukinisty, reporter uderzył w blat i powiedział: Wszystko trzeba poczuć ręką”. Nie znałem tej historii, więc z przyjemnością się nią dzielę. Mirosław Ikonowicz wspominając swoje wojenne dzieciństwo, pisze – a przecież każdy tekst musi się żywić szczegółem, inaczej Czytelnik go nie zapamięta – że uwielbiał jęczmienny chleb posmarowany margaryną a na nim kolorowe kwiaty nasturcji. Wspomina pomarańczowe, słodkie i zarazem szczypiące w język kwiaty. To jedno wspomnienie pozwoliło mi zrozumieć, skąd wzięła się prosta a przecież fantazyjna, soczyście kolorowa i wyrafinowana kuchnia jego córki, Magdy Gessler. Jęczmienny chleb z pomarańczową nasturcją. Klucz do tajemnicy.

Kanon na nowy blog, odcinek 36

Dzisiaj o swoich najważniejszych książkach opowiada

Małgosia Zakrzewska, pracownik biura podróży:

Błąkam się przez cały dzień po domu, próbując odnaleźć kawałki samej siebie w książkach, spojrzeć na te najważniejsze, które zapadły w moim sercu i zaważyły na dalszych wyborach. I jak bezdomna dusza, otwieram okiennice książek, szukam tam siebie, by zaraz spostrzec kolejne, kiedyś znajome okno, w którym drga światełko oświetlające moją drogę ku słowu pisanemu. Jednak nie sposób wybrać, tylko garstkę z tak wielu miejsc, gdzie kiedyś mieszkałam. I tak wypolerowałam kapciochami ścieżkę między biblioteczką na dole, a biblioteczką na górze. Świeci się i błyszczy, a ja sama wciąż w ciemnościach niezdecydowania. Traciłam nadzieję, że się uda. Nie umiałam dokonać ostatecznego wyboru zwycięskiej piątki, bo co skończyłam zapisywać tytuł numer pięć, zaraz inne, nieprzywołane, krzyczały: „A ja! Przecież mnie też kochałaś!”. I masz Ci los, jak tu wybrać, wszak dawnych miłości nigdy się nie zapomina, każda wydaje się najważniejsza, a ja w książkach zakochuję się ciągle i beznadziejnie. Zatem spróbowałam podejść do wyboru obierając inną ścieżkę. Zmieniłam domową marszrutę chodząc, tym razem z góry na dół i postawiłam podzielić moje literackie doświadczenia na doświadczania życiowe i jego kolejne etapy. Rozważnie, ale i romantycznie, przywołałam tych autorów, i ich książki, którzy całkiem nieświadomie obdarowali mnie swoją wrażliwością, swoim światem nadając niebywałej wartości mojemu czytelniczemu, i nie tylko, życiu.  Zatem wybrałam z drobną nadwyżką, ale odnoszę wrażenie, że nie mogłabym ominąć żadnego z tych autorów, jednocześnie pozwalając sobie na przywołanie większej ilości tytułów.

Początki, czyli tak to się zaczęło:
„O Wandzie co nie chciała Niemca” (Legendy Polskie) – książka bezimienna, jedyny wyjątek na mojej liście, ale ta właśnie legenda, czytana mi w dzieciństwie przez moją Babcię, dzisiaj zdaje się być tą, która zaważyła na moich dalszych książkowych wyborach. Przepłakana noc nad losem nieszczęśliwej Wandy, zapuchnięte rankiem oczy i drżenie serca uświadomiły mi, że książka potrafi wtopić się w nasz krwioobieg, poruszyć najdrobniejszy nerw ukryty pod skórą, by w końcu dotrzeć do naszego umysłu i serca pobudzając naszą wrażliwość. Zatem mogę chyba powiedzieć, że od tamtej pory książki nie tylko czytam, co je nade wszystko przeżywam.

Bolesław Prus „Lalka” –  to była pierwsza miłość, klasyczna, nieszczęśliwa. Stach Wokulski wyszedł z ram książki i przysiadł obok. To pierwszy bohater literacki, który zaczął żyć własnym życiem, w mojej wyobraźni. Stare Miasto, Krakowskie Przedmieście, miejsca moich licznych spacerów, malowały mi się odtąd słowami Bolesława Prusa.

Dorastanie:
Jarosław Iwaszkiewicz „Panny z Wilka” – tutaj zaczyna się całkiem nowa historia, literacko, ale i życiowo, najpiękniejsza, której doświadczyłam i wciąż doświadczam. To moje pierwsze spotkanie z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Dla mnie było postawieniem sobie pytania, czemu mimo bardzo młodego wieku, kiedy ją czytałam, znacznie młodszego niż Wiktora, ciągle żyłam przeszłością, chwilami i ludźmi, którzy już w takiej samej formie nigdy nie wrócili, zamiast żyć perspektywą lat, które dopiero były przede mną. To była pierwsza refleksja nad moim młodym wówczas życiem i  początek mojej długiej rozmowa z Jarosławem Iwaszkiewiczem, która trwa do dzisiaj.

Gabriel Garcia Marquez „Miłość w czasach zarazy” – za nadzieję, że najważniejsza miłość w naszym życiu, choćby u jego kresu, będzie nam dana. Za odczuwalny klimat gorącej Kolumbii, dym ciężkich cygar palących skórę i piękno słowa ją łagodzące.

Ślady z dzieciństwa:
Mircea Eliade „Dziennik indyjski” – za podróż w głąb Indii i w głąb samej siebie, to jedne z najbardziej plastycznie opisanych wspomnień z tego kraju: jego smaku, zapachu drażniącego zmysły, gorąca niedającego spać w gwiaździstą noc i filozofii życia zapisanej w indyjskim sanskrycie.

Hari Kunzru „Impresjonista” – jedna z tych książek, którą czytałam długo, powoli, z pewnym trudem, bo jakże to piekielna, nieudolna, pełna bólu i gwałtu podróż przez kolonialne Indie w poszukiwaniu własnej tożsamości i podejmowania niełatwej próba znalezienia swojego miejsca na ziemi.

Dojrzałość (chyba):
Jean-Marie Gustave le Clezio „Afrykanin” – za wędrówkę do dzieciństwa, która jest źródłem, początkiem nas samych, która uświadamia, że bez poznania swoich korzeni, tego skąd jesteśmy, nie odkryjemy tajemnicy dokąd podążamy. To była niezwykła podróż do Afryki dla Gustave’a, a dla mnie sięgnięcie do własnych korzeni, z których teraz łatwiej mi czerpać siłę do dalszej drogi.

Aleksander Jurewicz – za całokształt i poetyckość jego prozy, ze szczególnym wyróżnieniem książek: „Lida” oraz „Popiół i Wiatr”, i za ten wiatr od morza, szumiący kresowymi wspomnieniami, który owija się szalem wokół ramion i już nie ma ochoty się go z siebie zrzucić, cenie sobie spotkanie z prozą Aleksandra Jurewicza szczególnie.

Jarosław Iwaszkiewicz „Dzienniki” – dla mnie to nade wszystko spotkanie z Człowiekiem, namacalnym, cielesnym, obolałym i osamotnionym. To przejmujący zapis zmagania się z dniem codziennym, z samym sobą i własną twórczością, powracającą melancholią ukraińskich przeźroczy z dzieciństwa. To ukochanie sztuki, piękna i młodości, z równoczesnym widzeniem szpetnych stron upływu czasu i nieuniknionej starości. To Wielkie Drzewo Życia, pod którym siadam, kiedy szukam cienia od palących mnie promieni mojego własnego bytu. Niezaprzeczalnie najważniejsza książka w moim życiu.