Pusta woda

Czy istnieje ktoś, kto wie, jak należy jeść chleb, który jest ostatnim? – pyta Krystyna Żywulska w swojej wielkiej książce „Pusta woda” (Instytut Wyd. Latarnik, Wyd. tChu, Michałów-Grabina 2008). Długo chciałem przeczytać tę autobiograficzną opowieść o życiu w warszawskim getcie, ucieczce z niego, próbie ułożenia sobie losu po aryjskiej stronie. I długo nie umiałem. Dopiero dzisiaj postanowiłem tę książkę otworzyć i nic już nie jest takie jak wcześniej. Najpierw lapidarny a jednak bardzo mocny wstęp Stefanii Grodzieńskiej. A potem Żywulska, która opowiada, której się słucha i którą się słyszy. Miałem nawet takie odczucie, że Krystyna Żywulska odsłania mi tę historię w czasie wywiadu. To znaczy jedynie, że jej opowieść ma wielką siłę, jest sugestywna, przejmująca, uderza. To nie tylko siła świadectwa ocalonej, również forma, jaką nadała tym wspomnieniom, uczyniła z nich powieść, wielką literaturę. Nie tylko historia uderza, również forma, czasem urwane zdania, czasem powracające motywy, słowa, całe frazy, które wracają jak rymy koszmarnej piosenki. Opowiada Żywulska „normalne” życie getta. Pisze o „normalnym” nienormalnym życiu i „normalnej”, „zwyczajnej” nienormalnej śmierci. Pisze o „bezczelnych żydowskich oknach”, które patrzą na aryjską stronę, o wagonach bydlęcych – „klekocą wędrujące trumny”, o normalnej nienormalnej wiośnie  i o pustej wodzie. Jej matka codziennie powtarza swój rytuał. Stawia na stole wazę z zupą, a właściwie wazę z wrzątkiem, bo rzadko kiedy w tej gorącej pustej wodzie pływa kawałek kartofla czy buraka. Z wazy z gorącą pustą wodą czyni wielką metaforę siły do przetrwania. Bez planu Żywulska wyprowadzi matkę z getta, zostawiając w getcie ojca, a potem będzie wciąż wracać do tamtej chwili i do tamtego pytania: dlaczego esesman nie strzelił. Wcześniej jeszcze opisze puste żydowskie mieszkania, książkę otwartą na stronie 159, leżącą na podłodze halkę, porzuconą lalkę bez głowy. A później tego samego dnia, kiedy uciekła z getta, już po aryjskiej stronie, jadąc z matką tramwajem, obie głodne, przerażone uciekinierki słuchać będą dialogu zwykłych warszawianek o tym, że jednej z nich nie udała się szarlotka, choć pieczona zgodnie z przepisem, może źle posmarowała blachę? A potem wysiądą na Placu Wilsona, bo siostra w ostatniej rozmowie telefonicznej prosiła, żeby uciekały i obiecała, że każdego dnia o czwartej będzie czekać na nie na Placu Wilsona róg Mickiewicza. Czyli w miejscu, które znam doskonale. Mieszkałem kiedyś przy ul. Klaudyny, jeździłem codziennie autobusem przez plac Wilsona, a później właśnie ulicą Mickiewicza. I nagle uderzyła mnie ta historia jeszcze mocniej. Że to wszystko jednak działo się naprawdę, działo tutaj. I że teraz mijając plac Wilsona i skręcając w Mickiewicza będę myślał o tym, że siostra Krystyny Żywulskiej, która naprawdę nazywała się Sonia Landau, przychodziła tu codzienne i o czwartej obserwowała z ukrycia, czy obie: siostra i mama wydostały się z getta. Pisze Żywulska o dobrych i złych Żydach, dobrych i złych Polakach, dobrych i złych Niemcach i może dlatego uderza z taką siłą. Jeszcze będę wracał do tej książki, której nie sposób porzucić, od której nie sposób się uwolnić.

Kanon na nowy blog, odcinek 35

O swoich najważniejszych książkach opowiada dzisiaj

Jolanta Olszewska, aktorka:

Z przyjemnością, choć i pewnie z trudem, spróbuję zrobić to książkowe ograniczenie.

1. Ryszard Kapuściński „Cesarz”. Jak uzasadnić bezwzględną miłość do tej książki, która ma w sobie wszystko, nawet muzykę.  No i od niej zaczęła się moja przygoda z R. Kapuścińskim, która mimo śmieci autora nadal trwa… choć inaczej.

2. Oriana Fallaci „Siła rozumu”.  Tej książki nie czyta się. Tej książki się słucha. Odwaga, siła argumentów, płomień języka..

3. Zeruya Shalev. Właściwie wszystkie trzy książki, bo składają się w jeden organizm.” Życie miłosne”,  „Mąż i żona” i „Po rozstaniu” – jest tu matematyka i jednocześnie jakaś dzikość. Kawałek piekła, które siedzi w nas, i z którym próbujemy walczyć…

4. Haruki Murakami „Historia ptaka nakręcacza”. Czytaniu tej książki towarzyszyły mi emocje podobne do tych w dzieciństwie, kiedy czytało się w nocy, z latarką, pod kołdrą. Dałam się wciągać w tę niebezpieczną grę i nie mogłam się nadziwić entuzjazmowi autora w mnożeniu nierzeczywistych bytów.

5. Amos Oz „Opowieść o miłości i mroku”. Piękno, piękno , piękno.