Fallaci. Torańska.

To były cztery intensywne lata. Czytałem całą dostępną bibliografię, przeglądałem prywatne archiwa, nagrywałem rozmowy, wyruszałem w podróże i wracałem z nich, robiłem notatki, tony notatek. Kartony nadal stoją w pracowni. Mniej więcej w październiku ubiegłego roku zacząłem pisać. Rok później skończyłem.

Od kilku dni moja nowa książka „Podwójne życie reporterki. Fallaci. Torańska” (Wyd. Prószyński i S-ka) jest na rynku, a wraz z nią urodził się monodram „Oriana Fallaci. Chwila, w której umarłam”, który napisałem pracując nad książką i który wyreżyserowała i gra (również od kilku dni) w Teatrze Studio Ewa Błaszczyk.

Relacja wideo z uroczystej premiery książki w Teatrze Studio

To była wielka intelektualna przygoda – to spotkanie z dziełem i biografiami Oriany Fallaci i Teresy Torańskiej. Fallaci była opisana. Znana jest u nas świetna biografia Cristiny De Stefano „Portret kobiety” (Wyd. Sonia Draga), a jednak chciałem na nią spojrzeć po swojemu, przefiltrować przez własną wrażliwość i doświadczenie. Chciałem też, aby pojawiły się w książce rzeczy nowe. I mam poczucie, że się pojawiły. Każdy opisujący inaczej przygląda się światu i ludziom, co innego uznaje za ważne. Sam uwielbiam detale – muszę wiedzieć, jak wyglądała okładka zeszytu, w którym Fallaci pisała „List do nienarodzonego dziecka”, trzymać w ręku hełm, jaki nosiła w Wietnamie, poznać kolejne adresy, pod którymi mieszkała, wysupływać z pamięci wielu osób szczegóły wydające się im nieważne.

Z Alessandrą Ricci i Edoardo Perazzi, foto Renata de La Chapelle

Dzięki życzliwości i zrozumieniu siostrzeńca Oriany Fallaci, i jej jedynego spadkobiercy, Edoardo Perazziego, mogłem zobaczyć ją lepiej, wyraźniej, również w kontekstach domowych, rodzinnych. Teresę Torańską znałem. Lubiliśmy się. Przeprowadziłem z nią kilka rozmów, również tę ostatnią, którą ukazała się w mojej książce „Wolne” i stała się zawodowym credo. W kolejnej książce „Obecność” próbowałem uchwycić, co po śmierci Teresy zostało – opowiadał mi o niej mąż, Leszek Sankowski. A zostało dużo czułości. Nie tylko ślady materialne. Wracałem do ich gościnnego domu na warszawskim Zaciszu wielokrotnie. Po śmierci Teresy żyły jeszcze ukochane psy, a na piętrze mieszkała stuletnia mama reporterki. Przestrzeń powiększała się i samotniała – odeszła Szarlota, po niej Rafcia, w końcu odeszła też mama, „Lonia”, jak nazywali ją bliscy. Leszek zdecydował o sprzedaży domu. Pakował rodzinne archiwum, a ja całą zimę przesiadywałem u niego i rozpakowywałem to, co zdążył już odłożyć. Pozwolił mi zajrzeć do każdej koperty, rozwinąć każdy karteluszek. Z jednego z listów wypadł opłatek, który Lonia wysłała w drugiej połowie lat 80. do Paryża, gdzie Teresa przebywała na emigracji (po książce „Oni”, bała się reakcji komunistycznej władzy). Zaglądałem więc w prywatność, ale przede wszystkich chciałem zajrzeć w jasność, w duszę.

Książka ma charakter biograficzny, ale jest też portretem wewnętrznym. Ale jak wszystko, co piszę, jest też portretem czasu, epoki, w której obie reporterki żyły i którą starały się w swoich tekstach opowiedzieć. W moich książkach czas zawsze jest równorzędnym bohaterem. Nawet w takich artystycznych portretach jak „Krafftówna w krainie czarów”. Zawsze staram się opowiadać fragmentami współczesną historię Polski, tym razem również świata, bo Oriana Fallaci zdążyła należeć do antyfaszystowskiego ruchu oporu w czasie II wojny światowej, jako dziennikarka relacjonowała wojny w Wietnamie, Kambodży, była rana w Meksyku w czasie rzezi 1968 roku, pisała o sytuacji kobiet na świecie, podboju Kosmosu, lądowaniu człowieka na Księżycu. Pisała o partyzantach, o wojnie w Zatoce Perskiej, i wreszcie o terroryzmie. Nie mówiąc już o wielkich politycznych wywiadach, jakie przeprowadzała między 1969 a 1982 rokiem.

Teresa Torańska opowiadała stalinizm, zaczadzenie ideologią, komunizm, zdradę jednych komunistów przez innych komunistów, wreszcie opowiadała o Polsce po 1989 roku, zostawiła też portrety emigracji paryskiej i boleśniejszej emigracji Marca 1968, sama deklarowała się jako „pokolenie marca”. Zapisała Onych, Mych, pokazała jak ci My stają się Onymi. W ostatnich latach życia zajęła się zapisywaniem podziału, jaki dokonał się w Polsce. Od pierwszego dnia rozumiała, jakie będą dla Polski konsekwencje katastrofy pod Smoleńskiem. Ale zostawiła też świadectwo dobrych uczuć. Właściwie jako manifest.
Próbowałem je obie zrozumieć. Ich obsesja dziennikarstwa i jego jakości, ich obsesja życia i jego wartości, wzruszają mnie. A one same stały się dużo bliższe, niż kiedy wyruszałem w tę podróż.

Kiedy odbierałem z lotniska wspólnie z Magdą Zaleską (Wyd. Prószyński) Edoardo Perazziego i jego żonę, Alessandrę Ricci, tak dla mnie gościnnych w Mediolanie, byłem naprawdę szczęśliwy. Pomysł, jaki miałem przed laty teraz dobiegał do szczęśliwego finału. Tego wieczora z nimi, z Leszkiem Sankowskim, Katarzyną Kolendą-Zaleską (prowadziła spotkanie) i Danutą Stenką promowaliśmy w Teatrze Studio „Podwójne życie reporterki. Fallaci. Torańska”. Dwa dni później uczestniczyliśmy w premierze monodramu Ewy Błaszczyk, która na opowieść Oriany Fallaci nałożyła i swoją, osobistą, intymną.

Z Leszkiem Sankowskim i Weroniką Wawrzkowicz (po spotkaniu promującym książkę w Faktycznym Domu Kultury), foto Magdalena Zaleska

Teraz książkę oddaję Państwu. Książkę i spektakl w Teatrze Studio. Niech sobie dobrze i długo żyją. A ja zacznę się od nich oddalać. I nasłuchiwać. Aż znowu trafię na czyjś głos, który zatrzyma mnie na dłużej.