Pani Lola i pepegi Gombrowicza

Wisława Szymborska

Tęsknię za kabaretem literackim z prawdziwego zdarzenia. Kabaret Starszych Panów stał się właściwie legendarny, a nie był przecież rozrywką tylko elitarną. Przed telewizorami w czasie emisji kolejnych odcinków Kabaretu zasiadali wszyscy. I nagle wczoraj na youtube trafiłem na film pod każdym względem niezwykły, oto w 1999 roku, oczywiście w Krakowie, w czasie jubileuszu 40-lecia wydawnictwa Znak wybitny poeta Bronisław Maj zagrał, powiedział albo wykonał monolog szatniarki z domu literatów na Krupniczej, pani Loli. Obejrzałem już ze trzy razy i właściwie mam ochotę nauczyć się tego monologu. Jest fenomenalny. Po raz pierwszy od dawna umierałem ze śmiechu ale co tam ja, popatrzcie jak śmieją się poetki Wisława Szymborska i Julia Hartwig, obie zakrywając twarz dłońmi. Śmiech pani Szymborskiej i pani Hartwig bezcenny. A i Jerzy Stuhr jako prowadzący nie był w stanie zachować powagi. Dlatego koniecznie chciałem się tym odkryciem tutaj podzielić, bo warte jest oglądania znowu i znowu. Wystarczy kliknąć w linka:

Pani Lola – Bronisław Maj

To ten sam Bronisław Maj, który pisał:

Otwieram okno: jest czerwcowy dzień, są
światła błyszczące na rzece,
która nazywa się Wisła, są mosty, wieże
o kopułach zielonych jak drzewa, są drzewa
jak zielone wieże, są niebieskie tramwaje
pełne ludzi, ich głosów, są wszystkie
głosy, jakie mogą być, jest
wszystko, co tylko umie
być, i tylko to jest
prawda: nie spodziewaj się więcej,
nie pytaj, czas już dojrzeć do tego,
aby być jak dziecko na progu
tajemnicy
otwartej.

*

A teraz już

Kanon na nowy blog, odcinek 33

Dzisiaj o swoich najważniejszych książkach opowiada

Paweł Sala, reżyser, laureat Paszportu Polityki:

Miałem taki okres, że wydawało mi się, że jestem jakiś wcieleniem Franza Kafki i wszystko co mnie w życiu spotyka, to sytuacje z jego powieści. Jako dzieciak zaczytywałem się w „Dzieciach z Bullerbyn” ponieważ dużą część życia spędzałem na wsi u babci i tam było takie Bullerbyn, mimo, że był to PGR, który nazywał się Palędzie Kościelne i na bajki chodziło się na plebanię do księdza, ponieważ był tam jedyny telewizor we wsi. W liceum przełomem były dla mnie opowiadania Tadeusza Borowskiego, ponieważ nagle uświadomiłem sobie, że żyję w jakiejś epoce, w której wszystko umarło i na siłę jest reaktywowane, do tego dołożył się Różewicz ze swoimi wierszami i opowiadaniami. Potem przyszło czytanie Sartr’e, Camusa i to z pewnością do tej pory we mnie tkwi. Choć jeśli mam wybrać z tej linii myślenia, to Cortazar, nie dość że czytałem, ale pamiętam w „Trójce” czytała to Teresa Budzisz-Krzyżanowska i mimo że nie sądziłem, że może to czytać kobieta, okazało się, że było to genialne, do tej pory to pamiętam. Na kulturoznawstwie człowiek wpada w inne koleiny myślenia. Dla mnie najważniejsze były tzw. „lektury seksualne”. Niektórzy po seksie muszą zapalić papierosa, a ja grzebię w bibliotece i wyciągam serię „Transgresje” pod redakcją Marii Janion. To było otwarcie myślenia na nowe… i „Dzienniki” Gombrowicza i „Zjadanie Bogów” Jana Kotta. Mam też swoje własne książki osobne: „Brzuchomówca” Klausa Manna, czy „O niedogodności narodzin” oraz „Zły Demiurg” Emila Ciorana. Jak spotykam się z publicznością po pokazach „Matki Teresy od kotów”, to czuję się takim filmowym Cioranem. I jak tu się ograniczyć…? Mógłbym tak w nieskończoność… Kiedyś robiłem (za grosze) dla TVP1 program cykliczny o książkach, robiłem go o kulach, potwornie mnie bolało, ale był to wspaniały okres, bo jeszcze można było… A teraz przechodzę do tych 5-ciu.

1. Tadeusz Różewicz „Nowa szkoła filozoficzna” – opowiadanie w „Poezja.Dramat.Proza”- pokazuje sytuację człowieka, który na gruzach wartości próbuje zbudować własne. Tak się czuję.

2. Jan Kott „Zjadanie bogów” – otwiera mnie na myślenie iż nie jestem nikim wyjątkowym, te same gesty, te same zaklęcia czynili przede mną inni, którzy tak jak ja myśleli, że są wyjątkowi i niepowtarzalni. To także furtka do wyjścia w stronę Junga i Eliadego.

3. Oe Kenzaburo „Futbol ery Manen” – to jakby współczesna wersja średniowiecznego „pamiętaj, że umrzesz”…  żyjemy w ciągłym obliczu śmierci, w pewnym momencie ilość umarłych zaczyna przeważać nad żywymi, a każde święto staje sie świętem zmarłych… to moja nadinterpretacja, gdyż w kulturze japońskiej życie i śmierć chodzą pod rękę.

4. Emil Cioran „O niedogodności narodzin” – zespół aforyzmów, czy może epifanii, w których próbujemy określić się w świecie. Być może narodziny są złem, które nam ktoś wyrządził i teraz musimy sobie z tym jakoś poradzić.

5. Charles Bukowski – trzy tytuły, bo to jakby jedno – poezja „Z obłędu odsiać Słowo, wers, drogę” „Płonąc w wodzie, tonąc w ogniu”, „Światło błyskawicy za górą” – trzy tomy, ale jakby jedno, same wiersze, które opisując moje tu i teraz, pokazując całą „niedogodność narodzin” próbują odwrócić perspektywę patrzenia i rozkoszować się samym faktem, że się istnieje. To wielkie dzieło, które uratowało mi życie.