Wyspa Wielkanocna

Jeszcze dziesięć dni temu spacerowałem wąskimi uliczkami malowniczej wyspy Capri. Po hałaśliwym, pełnym kontrastów Neapolu, który bardziej mam w wyobrażeniu z opowiadań i dzienników Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy z filmu Johna Turturro „Passione” o mieście pełnym muzyki, Capri objawiła się jak ekstrawagancka biżuteria. Owszem, widoki zachwycające, ogrody pełne koloru, błękit i turkus Morza Tyrreńskiego przeglądające się w białych willach budowanych na wzgórzach, kapiące złotem słońce, jakiego u nas ciągle brakuje, zwłaszcza teraz, po długiej jesieni i zimie, jednak luksus Capri zatrzymuje turystę niejako przed wrotami. Uliczki pełne eleganckich butików, jakby powtarzały w miniaturze paryskie Pola Elizejskie czy Aleję Jerzego V. Perfumerie przyciągają rozstawionymi na ulicy otwartymi słojami perfum, tu pinie, drzewa obsypane cytrynami i pomarańczami, oregano, tymianek porastające wzgórza i ogrody a tu słoje z pachnidłami wabiącymi do terminali kart kredytowych.

 

I nagle, w dole czternastowieczny klasztor kartuzów Certosa di San Giacomo, zbudowany w pobliżu willi Tyberiusza. Niewielu snuje się tam turystów, zwłaszcza, że trzeba kupić bilet, ale kiedy przekracza się jego mury, wchodzi się w sam środek ciszy. Jest wielkie piękno i wielki spokój. Nie ma też lepszego miejsca na bibliotekę miejską. Jest energia medytacji, która musiała tu pozostać, ale jest i energia sztuki. Bo klasztor okazuje się wspaniałym miejscem prezentacji sztuki. Na ścianach wiszą wielkich formatów płótna niemieckiego malarza Karla Wilhelma Diefenbacha, tworzącego na Capri na samym początku XX wieku. Jego malarstwo nie było mi znane, stąd moje oszołomienie zarówno tematami jakie wybierał, od religijnych po symboliczne; mistyczne, baśniowe, mitologiczne, jak i miejscem ich prezentacji. Patrząc na obrazy pasyjne, tak inne od sztuki sakralnej, eksponowane razem z obrazami wizji, rojeń, snów i wyobrażeń, myślałem o Wielkiej Nocy.

Tak trudno czasem jest odnaleźć duchowość w obrzędach, rytuałach, zwyczajach, w świąteczne dni przysłonięte krzątaniną, wrzawą, obowiązkami rodzinnymi. Tymczasem swoją Wielkanoc przeżyłem dziesięć dni temu na Capri, nie planując tej podróży jako świątecznej. Zarówno na porośniętym trawą klasztornym dziedzińcu jak i w olbrzymich nawach, w prezbiterium jak i w salach, w których prezentowane są obrazy Diefenbacha, narażone zresztą na czynniki zewnętrzne, małe okrągłe okna nie mają szyb. Wpada przez nie wiatr i pewnie deszcz, widziałem, że jeden z obrazów latami rozmywała struga wody.

 

Nagle absolutne poczucie harmonii, wewnętrznego spokoju, omal lekcja, aby zatrzymać się, bo inaczej trudno cokolwiek dostrzec.

 

 

Diefenbach to postać na sensacyjną powieść. Sam obwołał siebie prorokiem, chodził boso, chętniej nago, propagował nudyzm (a był koniec XIX wieku), był wegetarianinem, założył komunę Himmelhof, właściwie o niemal stulecie wyprzedził hippisów. Był przeciwko monogamii i za życiem w zgodzie z naturą. Swoją komunę prowadził jak dyktator, a kiedy zbankrutowała postanowił zamieszkać na Capri, gdzie pozostał do śmierci w 1913 roku.

Myślałem o tym wszystkim jadąc niewielkim błękitnym autobusem na Anacapri, aby zwiedzić legendarną willę San Michele, tę z „Księgi San Michele” szwedzkiego lekarza i pisarza Axela Munthe. Dokładnie opisał w niej swoją historię z Anacapri, od zakupu willi, jej restaurowania do życia w pełnej harmonii z przyrodą, ale i z samym sobą.

 

 

 

Położona wysoko willa z San Michele daje pewne wyobrażenie o tym, jak utopijne marzenie może okazać się ratunkiem. Bo czym jest dzieło życia Axela Munthe, jeśli nie ratunkiem miejsca, sztuki i samego siebie? Ratunkiem swoich przekonań i ideałów? Dzisiaj willa San Michele jest otwarta dla zwiedzających, chociaż trudno traktować ją jak muzeum. Ma się raczej wrażenie gościny w domu pisarza, który z naiwnego idealisty okazał się trzeźwym realistą. Zapisując testamentem ową willę państwu szwedzkiemu, zagwarantował jej życie, chciałoby się wierzyć, wieczne. Przez dziesięciolecia zachwyca zwiedzających i zachwycać będzie jako świadectwo miejsca, w którym człowiek nic nie zepsuł i któremu pozwolił siebie oswoić. Nie uczynił jej poddaną ale poddał się jej. Od razu przychodzi mi na myśl niezwykły obraz Diefenbacha z klasztoru kartuzów na Capri „Nie wolno zabijać”.

 

Oba te miejsca przywracając właściwy porządek, odradzają wiarę w sztukę i ludzkie światło, dzięki któremu powoływana jest do życia. Przypominają, że człowiek ma w sobie siłę tworzenia. I że powinien czuć odpowiedzialność. Tworzenie może okazać się jedyną drogą, kiedy inne zawiodły na manowce. Rozumiem, dlaczego Krystian Lupa wskazuje „Księgę z San Michele” jako lekturę na dziś.

Dziesięć dni temu znalazłem swoją Wyspę Wielkanocną.

 

Życzę Państwu podobnych Wysp, a także spokoju, harmonii i piękna. Oby się odrodziły.