iść daleko

Dnie mijają jak w kalejdoskopie, mają różne nastroje i barwy. Przedwczoraj pochowaliśmy w Krakowie Sławka Pstronga, utalentowanego reżysera, wrażliwego człowieka. W czasach licealnych był jednym z moich najlepszych kumpli i naprawdę dziesiątki godzin przegadaliśmy o literaturze, teatrze, kinie. Robiliśmy też razem teatr. Sławek reżyserował, grałem w jego spektaklach. Odszedł kilka dni przed swoimi czterdziestymi urodzinami.

Rok, który minął cały naznaczony był ciężką pracą i smutkiem, odeszło wiele bliskich mi osób. Nie umiem jeszcze całkiem jasno spojrzeć w ten, który się zaczął. Sytuacja polityczna jest beznadziejna. Odbiera radość. Przynosi same wątpliwości. Ale nie będę dzisiaj pisał o polityce. Za dużo jej wokół, za dużo jej w tej chwili. Protestuję jak umiem.

Zajrzałem tutaj, bo okazja jest naprawdę dla mnie radosna. Już 12 stycznia w księgarniach moja nowa książka, rozmowa z Barbarą Krafftówną, aktorką legendarną, której dałem tytuł „Krafftówna w krainie czarów”. Książkę od kilku dni mam, wyszła już z drukarni i cieszy oko, bo jest pięknie wydana (Prószyński i S-ka, dziękuję). Za chwilę powędruje do Czytelników. W tym roku mija dziesięć lat odkąd zacząłem z panią Barbarą Krafftówną współpracować. Napisałem dla niej dwie sztuki – monodram „Błękitny diabeł” i „Oczy Brigitte Bardot” (partnerował jej Marian Kociniak). Te dziesięć lat to wiele, bardzo wiele spotkań i rozmów, zawodowych i towarzyskich, poznawanie się i zaprzyjaźnianie. Ta książka musiała się nam wydarzyć i jestem pewny, że lata na nią pracowały. Prawdą jest, że kiedy zaczęliśmy rozmowy do niej, dużo już o pani Barbarze wiedziałem, zaś ona miała do mnie zaufanie. Mam poczucie, że pani Barbara powiedziała dużo i przewędrowała właściwie przez dwie epoki – od przedwojennej historii swoich rodziców, przez wojenną traumę – Wołyń, Powstanie Warszawskie, tużpowojenne odreagowanie traumy, wędrówkę z grupą Iwo Galla i odklejenie się od niej, budowanie własnej drogi zawodowej, trudne czasy stalinowskie, barwne lata 60. z całą galerią niezwykłych postaci jak Kalina Jędrusik, Zbigniew Cybulski, artyści z Kabaretu Starszych Panów, później stan wojenny i wyjazd do Ameryki, gdzie zagrała po angielsku „Matkę” Witkacego i została tam ponad 20 lat (te czasy są właściwie najmniej znane wielbicielom aktorki, a w książce opowiada, dlaczego Elżbieta Czyżewska nie grając przeżyła rozczarowania a ona sama ich nie przeżyła), powrót do Polski i to, co jest po powrocie. Opowiada o swoich trudnych, często tragicznych życiowych doświadczeniach. O tym, jak było w nich zachować formę. Weronika Wawrzkowicz z Chilli Zet mówiła mi po lekturze, że to książka o decyzji, jaką jest apetyt na życie. Że się go wybiera. Że można o niego powalczyć, choć czasem ponosi się olbrzymie koszty. Chciałbym aby ta lektura była intymnym spotkaniem z aktorką, którą tak wielu i to z różnych pokoleń uwielbia. Chciałbym, aby to był portret artystki ale i człowieka. W końcu staraliśmy się wspólnie z panią Barbarą zajrzeć za drugą stronę lustra. Zapytana przez mnie, kogo najbardziej brakuje odpowiedziała:

„Absolutnie wszystkich, którzy wypełniali moje życie. Tak czy inaczej. Ogromny świat, w jakim żyłam, jest już po tamtej stronie lustra. Ja istnieję w świecie bieżącym, ale on nie jest taki rozedrgany, rozbawiony i iskrzący. Bo czym był tamten świat? Snem? Rzeczywistością? Kto i kiedy żyje? Oni tam czy ja tutaj, siedząc na huśtawce?(…) Zawsze była we mnie ciekawość, żeby zajrzeć dalej, tak jak w rozmowie Alicji z Kotem. W którym kierunku pójdziesz, zależy od tego, jak daleko pójdziesz”.

Zapraszam Państwa do lektury, do tego spotkania z niezwykłą postacią.