Kometa

foto Kasia Chmura-Cegiełkowska

Piszę w poranek wigilijny, za oknem wiosenne omal słońce. Nagle zrobiło się jaśniej. Wracam myślą do spotkania w Teatrze Studio promującego książkę „To, co najważniejsze”, czyli mój tom rozmów z Ireną Jun i Stanisławem Brudnym. Poprowadził je Jerzy Kisielewski, którego uwielbiam a w spotkaniu, poza bohaterami książki wzięło udział bardzo wiele ważnych dla mnie osób. Mam poczucie, że wydarzyło się coś szczególnego. Było w tym poczucie wspólnoty myśli. Była głęboko intelektualna rozmowa. Była życzliwość po obu stronach. Również wdzięczność. Nie wiem, czy na takim spotkaniu może wydarzyć się więcej.

Foto Kasia Chmura-Cegiełkowska

Rozmowa, która dotyczyła w dużej mierze istoty teatru i aktorstwa, ale przecież nie tylko bo również tego wszystkiego, co stoi za aktorem, czyli jego losu, doświadczenia, wychowania, pochodzenia, wrażliwości podniosła nas wszystkich do tego poziomu, o którym otwarcie mówi Irena Jun, widząc w swoim zawodzie możliwość duchowego podwyższenia. Byłem szczęśliwy, że zdecydowała się powiedzieć dwa wiersze Wisławy Szymborskiej. Wszystko, co się działo nie było zaplanowane. Działo się spontanicznie. Scenariusz pisał się w trakcie. Jerzy to mistrzowsko uruchamiał, prowadził i spinał. Dla mnie była to już właściwie jakaś Wigilia. Więcej niż ważne spotkanie.

Film ze spotkania, które nagrał Przemysław Wiszniewski można obejrzeć tutaj:

Spotkanie w Teatrze Studio

Ta książka wydarzyła się trochę z przypadku, a głównie z przeznaczenia. Z przypadku, bo jej nie planowałem. Zaproponował mi ją Teatr Studio. Ale musiałem się zgodzić, bo kilka lat wcześniej przeżyłem ogromne teatralne wzruszenie, właściwie wtajemniczenie oglądając Irenę Jun i Stanisława Brudnego w spektaklu „Józef i Maria”. I kiedy ta propozycja napisania książki padła, odpowiedziałem bez zastanowienia, choć naprawdę mój kalendarz był gęsto zapisany. Miałem potrzebę oddać fragment siebie za tamto przeżycie. Uważałem, że to się aktorom ode mnie należy. A kiedy jeszcze okazało się, że od domu Ireny Jun dzieliły mnie jakieś trzy ogrody, i że urodziłem się tego samego dnia, co Stanisław Brudny…

Ze spektaklu "Józef i Maria", foto Krzysztof Bieliński

I mógłbym snuć tę opowieść o tym, co najważniejsze, co nam się przytrafia albo przytrafić powinno. „Miłość jest wszystkim, co istnieje” – mówi Irena Jun za Stanisławem Barańczakiem, „nie wolno zobaczyć wszystkiego” – mówi Stanisław Brudny. I to są dwa wektory tej książki, która „zdarzyć się mogła, zdarzyć się musiała”.

A teraz już jest. Świątecznie. Jest ze mną i obok. I pewnie już z innymi. Jakże ciekawe jest dla mnie to spojrzenie tej pary wielkich aktorów z perspektywy czasu, z dystansu. Właśnie teraz, kiedy tak trudno z dystansu spojrzeć.

Zrobiło się gęsto, mrocznie. Bywa, że jest trudno. Uczestniczymy w okrutnej farsie, która niestety nie jest teatrem. Życzę więc siły, spokoju, demokracji. Życzę aby pojawiła się nad naszą doliną Kometa. Niech nam rozjaśni to, czego nie umiemy dostrzec, niech nam rozjaśni rozwiązania i oświetli perspektywy. I oby miała moc zmiany. Oby jej energia zdołała zamienić zatwardziałość we wrażliwość, nienawiść w empatię, głupotę w rozsądek, agresję w tolerancję. I oby przed bramą Prawa głowy się pochylały. Tego światła nam wszystkim życzę na Święta i rok 2016.