Źródła

Wyrwałem z Warszawy po naprawdę ciężkiej pracy, po wszystkich politycznych awanturach, zmartwieniach o przyszłość. Skorzystałem z zaproszenia pani dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego w Starogardzie Gdańskim,  którego jestem absolwentem, a które obchodzi 135-lecie swojego istnienia. Wahałem się. Najpierw zaproszenie chętnie przyjąłem, później się wycofałem, wiadomo, nawet dzisiaj, dwadzieścia lat od matury jakoś trudno zmierzyć się z dawnymi murami, swoimi nauczycielami, sobą z tamtego czasu, swoimi wyobrażeniami o przyszłości, marzeniami. Potem przeprosiłem, wycofałem swoje wycofanie i zdecydowałem, nie bez tremy, pojechać.

Trzydniowy pobyt na Wybrzeżu z kalendarzem wypełnionym po brzegi, a dla mnie nowa rola, jechałem do siebie po raz pierwszy nie prywatnie, nie do rodziny, a właściwie zawodowo. Zdążyłem jednak zahaczyć o Sopot. Najpierw spacer z walizkami Monciakiem, jakoś nie umiałem sobie odmówić, potem molo, koła walizki wpadały między deski, było chłodno, wiatr, morze stalowe, ale była też przestrzeń, jakiej dawno nie czułem. Ta przestrzeń, jakiej mniej doświadcza się nad Bałtykiem latem, ale jaką czuje się przede wszystkim jesienią, zimą, wczesną wiosną. Potem wspaniała wizyta u pani prof. Joanny Penson, bohaterki jednej z moich najważniejszych książek „Było, więc minęło”. Z panią Joanną wybraliśmy się na spacer po plaży. Właściwie jak scena filmowa. Omal pusto, mokry piasek chrupiący pod butami i rozmowa o książkach, o przeszłości, Solidarności, polityce również, bo dzisiaj przecież wszyscy jesteśmy przejęci jej stanem, przejęci perspektywami. Wróciły nasze dotychczasowe spotkania, kiedy nagrywaliśmy rozmowy do książki albo w Zielonej Bramie w Gdańsku, w biurze Lecha Wałęsy albo w Sopocie u pani profesor, a potem szliśmy na promenadę dalej toczyć rozmowy zatrzymując się chętnie na tarasie hotelu Mera, skąd świetny widok na morze. I dalej rozmowy przy obiedzie. Te spotkania są zawsze dla mnie ważną i piękną lekcją humanizmu.

Z Sopotu do Tczewa, do siostry i szwagra. Rodzinnie, miło. I od następnego rana już zawodowy cykl – inspirująca rozmowa z Krzysztofem Łachem dla wychodzącego w Starogardzie, świetnie wydawanego pisma „Verizane”, później spacer po mieście, zdjęcia a potem spotkanie z młodzieżą z mojego liceum, które przeciągnęło się do omal trzech godzin. Sam nie jestem zwolennikiem długich spotkań, pilnuję zawsze, żeby były dobrą ale nie za długą i monotonną rozmową. Tymczasem było tak wiele pytań, zarówno od uczennic, które to spotkanie prowadziły, jak i od innych, zebranych w szkolnej auli, że nie miałem sumienia przerwać, ale co tu dużo mówić, było mi też bardzo miło, że młodzież interesuje się, chce wiedzieć. Złapałem się na tym, że uczę jak porządkować sobie czas, wypełniać kalendarz, po czym zorientowałem się, co plotę i mówię: „Ale co ja was będę pracoholizmu uczył. Zapomnijcie państwo, proszę, co powiedziałem na ten temat. Trzeba pracować, żeby żyć a nie żyć po to żeby pracować”. Tego samego dnia również rozmowy z młodymi autorami, którym nie mógłbym nawet niczego radzić, ale miło było ich poznać – Kornel Machnikowski zaczął studia, wydał już dwie książki a Sara Błąk, piękna i mądra dziewczynka kończąc szkołę podstawową napisała dla swoich nauczycieli i kolegów powieść „Świat Sary”, w której opowiada o swojej niepełnosprawności. Mówiła mi na spotkaniu, na które przywiozła ją mama, że chciała mówić w imieniu dzieci, które są niepełnosprawne. Pokazać jak to jest. Akcja jej książki dzieje się w Zakopanem, którego nie znała pisząc. Rodzice zabrali ją w nagrodę za tę książkę, aby zobaczyła miejsce, które tak w swojej powieści opisała. „Świat Sary” miał 100 egzemplarzy pierwszego wydania i tysiąc egzemplarzy dodruku. Uczniowie gimnazjum chętnie po tę książkę sięgają, a Sara mówiła, że najbardziej ją poruszyło, kiedy egzemplarze kolegom rozdała i wszyscy w klasie zanurzyli się w jej książkę, pochylając nad ławkami. Teraz myśli Sara o dalszej części, a dodam, że zaczęła dopiero naukę w gimnazjum.

Świetnie spotykać takich zdolnych młodych. W ich przyszłość trzeba wierzyć.

Tego samego dnia wieczorem w Starogardzkim Centrum Kultury promowałem książkę „Obecność”. Ale zdążyłem jeszcze przed jego rozpoczęciem obejrzeć w sali obok wystawę malarstwa młodopolskiego z pracami m.in. Mehoffera, Fałata, Malczewskiego. Mam wciąż w oczach portret lalki, jaki namalowała Olga Boznańska. Taki kruchy a tak bardzo fabularny.

Spotkanie prowadziła moja koleżanka, dziennikarka Ewa Macholla. Wiele znajomych twarzy. Wielu osób nie widziałem od dawna.

– Nie poznajesz mnie, prawda?

– No, jak to? Pani mnie uczyła w podstawówce rosyjskiego. Dzięki temu do dzisiaj czytam bukwy.

Wiele takich i innych dialogów. Atmosfera prawie domowa. Odpowiadam na pytania Ewy a raz po raz wyławiam z publiczności twarze, które mi jakieś zdarzenia przypominają. Jest pan Kosecki, bratanek Gertrudy Babilińskiej, bohaterki izraelskiej powieści „Przysięga Gertrudy”, jest mama mojej koleżanki ze szkoły Ani Szarmach, znakomitej wokalistki i Adama, z którym kiedyś pracowałem. Dzisiaj Adam jest menadżerem Afromental. Jest Zofia Janikowska, właścicielka nieistniejącej już księgarni Atena, gdzie prowadziłem wiele spotkań z pisarzami w drugiej połowie lat 90. Soni zadedykowałem swoją książkę „Hotel Europa”. Jest Krysia Graban, która mnie w liceum literacko uświadomiła, podsuwając w bibliotece książki, które miały mnie rozjątrzyć, często kontrowersyjne, niepokojące. To było dobre zarażenie. Moja siostra robiła zdjęcia, dzięki czemu mam świetną pamiątkę. Byli Rodzice, wiele osób z mojej rodziny. Tosia, córka mojego kuzyna zapytała mnie po spotkaniu: „Wujek, a napiszesz książkę dla dzieci?”. – „Chyba nie umiem. Nie myślałem. Zastanowię się”. – „Wujek, to ja ci pomogę, mam pomysł”. I opowiadała mi o Dudusiu, który się wybrał do Warszawy…

Jest pani Dorota, którą znam z Warszawy, bo współpracuje przy Festiwalach Warszawa Singera. Nagle okazuje się, że przenosi się do Gdańska, ale chwilowo mieszka w Starogardzie.

Wielu Czytelników, których wcześniej nie spotkałem. Czytelniczka zapytała, kiedy podpisywałem książkę, dlaczego nie opowiedziałem o Mrożku, bo syn był na spotkaniu w liceum i tam opowiedziałem. To naprawdę miłe, że mieszkańcy mojego miasta postanowili spotkać się ze mną tak rodzinnie.

Moje kuzynki, moi kuzyni przyjechali z różnych stron, np. z Kwidzyna.

A w liceum mówiłem z większą tremą, bo patrząc na Martynę i Tadeusza, dzieci mojej stryjecznej siostry, którzy się tam teraz uczą. Z tremą, bo przecież znają mnie raczej zza stołu w czasie urodzin czy świąt a nie ze sceny.

Tyle dobrych emocji i wrażeń, a Ewa swoimi pytaniami dodatkowo mnie tak rozhuśtała, że mówiłem więcej niż chciałem. Jakby właśnie mówił zza rodzinnego stołu. I to jeszcze państwu opowiem, i to… I tę anegdotę, bo śmieszna. Jakbym nie miał w sobie zawodowej dyscypliny i kontroli. Ale spotkanie poprowadzone naprawdę świetnie. Dziękuję.

Długie podpisywanie, urywane rozmowy, zaskoczenia. Nad wszystkim czuwająca urocza Ewa Czuba, którą znam z czasu, kiedy do SCK zaglądałem w różnych sprawach, w czasach licealnych.

Następnego dnia jubileusz szkoły. Młodzież przygotowała spektakl muzyczny (pod okiem Hanny Szubarczyk), po raz kolejny potwierdzając swoje liczne talenty. Ile tam uzdolnionych aktorsko i muzycznie osób. Scenki kabaretowe, satyryczne mini-spektakle. Również zdolni młodzi konferansjerzy, którzy poprowadzili całość profesjonalnie, potrafiąc też poprowadzić rozmowy na scenie z absolwentami szkoły. Wśród absolwentów jedna z najpiękniejszych postaci mojego miasta prof. Tadeusz Kubiszewski, który zaczął naukę w liceum tuż po wojnie, potem studiował na Uniwersytecie Warszawskim a później przez całe życie był chyba najważniejszym pedagogiem i polonistą w moim mieście. Mówił, że nauczyciel to ktoś, kto nie uważa, że jest głową w klasie. To ktoś, kto wie, że na sali na pewno są od niego inteligentniejsi, tylko musi pomóc uczniom to ujawnić, to w nich odkryć. Pan profesor to europejskiej klasy humanista. Człowiek mający jedną z najciekawszych bibliotek, jakie widziałem. Zapytany, czy się kiedyś zdenerwował, odpowiedział z uśmiechem, że „w zasadzie to nie”.

Z ciekawością wysłuchałem opowieści pani dyrektor Wiesławy Górskiej o historii szkoły, która zaczęła się przecież pod zaborami. Pierwszym językiem był niemiecki. Pierwsi jej dyrektorzy byli Niemcami. Opowieść ilustrowały zdjęcia dawnego miasta. Patrzyłem z przejęciem na zdjęcie, na którym rzeką, od strony starych młynów vis a vis pałacu Weiherta pływają łódki z eleganckimi ludźmi. Jak w Wenecji. A obok promenada. Warto by kiedyś do tego wrócić. Może się uda miastu jakoś wskrzesić tamtą atmosferę.

Później wiele fajnych kuluarowych rozmów z byłymi absolwentami szkoły, m.in. z panem komisarzem Markiem Konkolewskim z Komendy Głównej Policji i panią Mirosławą Adamczak z Wrocławia, która tańczyła i śpiewała w Mazowszu, potem przez wiele lat była związana z telewizją, była rzeczniczką Wojewody Dolnośląskiego, a aktualnie prowadzi własną firmę ale też portal kulturaonline.

Spotkania z moimi nauczycielami. Publicznie też wybaczyłem swojej nauczycielce biologii. Robiła nam niezasłużony przez nas poligon i całe lata właściwie nie mogłem otrząsnąć się z traumy. Do dzisiaj uważam, że szkoła nie jest od powodowania lęku, a przecież byliśmy omal dorosłymi ludźmi. Dzisiaj wiem, że taki terror jest zły i do niczego nie prowadzi. Umiem to nazwać. Chciałem powiedzieć publicznie, że wybaczam, bo dzisiaj, po dwudziestu latach to już nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Ale pamiętam.

To, co ze szkoły było dla mnie najważniejsze to poza biblioteką, o której już pisałem niezwykle rozwojowe, piękne, humanistyczne właśnie lekcje polskiego i literatury u pani prof. Teresy Jankowskiej, z którą mam kontakt do dzisiaj. Zapaliła też we mnie miłość do teatru, bo robiliśmy w tej właśnie szkolnej auli całkiem profesjonale spektakle. Pamiętam np. że grałem płaczliwego Albina w „Ślubach panieńskich”. Choć wolałbym oczywiście grać Gustawa. Zazdrościłem koledze, Filipowi Schulzowi tej fircykowatej roli.

Potem spotkanie z prezydentem Starogardu, bo wciąż drążę temat Gertrudy Babilińskiej, możliwości wpisania pamięci o niej na stałe w krajobraz miasta.

I  w ogóle mam w tej chwili w głowie kalejdoskop. Bo w czasie tych intensywnych krótkich dni odnalazłem też rodzinę. Spotkałem się zawodowo z człowiekiem, który ma takie samo nazwisko jak panieńskie mojej babci. Zacząłem drążyć temat. Po konsultacjach z rodzinami z obu stron okazało się, że jego dziadek i mój pradziadek byli braćmi. Cała rodzina zdzwaniała się, żeby wydobyć szczegóły. Rozmowa na głośnomówiącym. A przy jakiej ulicy, a gdzie pracował ojciec, a gdzie dziadek itd. To ciekawe, że rozmawialiśmy ze sobą zawodowo nie wiedząc, że jesteśmy rodziną i to wcale nie daleką. A z tych rozmów wynikło kolejne odkrycie. Bo koleżanka dziennikarka, którą znam pół życia i która akurat napisała mi, że żałuje, że nie mogła być na moim spotkaniu okazała się kuzynką tego kuzyna, znów dochodzenie relacji, i znów okazało się, że jest moją ciocią… No teraz to już musimy jakieś spotkanie rodzinne zrobić.

Więc gęsto i ciekawie, bardziej niż się spodziewałem. A nie opowiadam wszystkiego, bo pociąg dojeżdża do Warszawy. Pozdrawiam i dobrego dnia życzę z końca podróży do źródeł.