Teatr musi się wtrącać

Próbowałem dostać się na tę stronę i okazało się, że nie pamiętam hasła. To dowód na to, że ostatnio – mimo dobrych chęci – nie zaglądałem tu prawie w ogóle. Albo dowód na to, że za dużo mam na głowie różnych spraw i zajęć. Albo dowód na to, że życie w świecie haseł i PIN-ów zaczyna nas przerastać. W każdym razie jestem. I właściwie nie wiem, od czego zacząć. Przez całe lata unikałem tutaj pisania o polityce, wierząc, że tym, co jest nam naprawdę potrzebne jest kultura. Chciałem, aby to miejsce było nieskażone polityką. Jednak w ostatnich miesiącach coraz częściej nie wytrzymywałem. A teraz to już naprawdę trudno wytrzymać to, co się dzieje wokół nas, to ogólne zgłupienie, manipulację i oszustwa na każdym kroku, działania wielkich kłamców i małych kłamczuszków. Zupełnie nie umiem się w tej rzeczywistości odnaleźć. I wiem, że jest nas więcej,  a nawet bardzo wielu. Zacząłem o polityce, i od razu tracę chęć dalszego pisania.

Może nas uratować jedynie kultura, ta w ostatnich latach porzucona, zepchnięta na margines. To jest banał, który tu powtarzam jak mantrę, ale naprawdę powtórzę kolejny raz: nie ma zdrowego, rozwijającego się, otwartego społeczeństwa obywatelskiego bez kultury i edukacji. To jest fundament, chleb, tlen i lekarstwo.

Wczoraj uczestniczyłem w konsultacjach społecznych „Media publiczne – co dalej”, które w Sejmie zorganizowała Nowoczesna. Oczywiście zazwyczaj nic z takich rozmów nie wynika, i pewnie wynikać nie może, zwłaszcza, że nie padły konkrety pod ciekawą dyskusję, ale kiedy prezes zarządu TVP mówił, że telewizja się zmienia, bo w programach publicystycznych polityków zaczęli zastępować eksperci, i że to naprawdę jest już wielka zmiana i dalej zapytał, jak zmieniać telewizję, bo dzisiaj jej finansowanie jedynie w 20 procentach jest z abonamentu, zabrałem głos. Powtórzyłem kolejny banał, który powtarzam raz po raz: „Pyta pan jak? Odpowiedź jest prosta. Trzeba produkować jakość. Widzowie nie płacą abonamentu, bo nie chcą finansować takiej telewizji, w której nie ma misji, w której marginesem jest kultura i edukacja. Zastąpienie polityków ekspertami nie spowoduje chęci płacenia abonamentu. Trzeba zacząć produkować jakość”.

Nie wiem, ludzie odpowiedzialni za media, również my, dziennikarze, chyba na za wiele godzili się przez ostatnie lata, w imię oglądalności, klikalności i poczytności. Wyszła nam z tego niepoczytalność. Za wielki temat, żeby go tutaj rozwijać.

Więc może by się ratować kulturą? I to się chyba samo i szybko stanie. Teatr musi być dzisiaj polityczny, prowadzić dialog z rzeczywistością. Media pozbawiły się inteligencji, wyrzuciły z debaty publicznej artystów, humanistów (których ponoć jest na uczelniach za wielu), więc teatr będzie przejmował rolę takiej platformy spotkania. Jak głosi hasło Teatru Powszechnego w Warszawie: teatr musi się wtrącać.

Jeżeli media nie staną się obywatelskie, kultura – czy to się IM podoba, czy nie – przejmie funkcję odnowy społecznej. Teatr, kino, literatura, sztuki wizualne. To się stanie.

W tym czasie, kiedy liczni niedawni bezkrwawi rewolucjoniści obalający autorytarny system, obalający ONYCH, przejmują ich hasła, ich metody działania, prowadzenia polityki, wychodzi zbiór wywiadów Teresy Torańskiej „Aneks” (Wydawnictwo Świat Książki). – Czyli aneks do „ONYCH”. Właściwie obie te książki warto by dzisiejszym twardogłowym niszczycielom zadedykować. Wiem, że nie przeczytają. Ale gdyby wrócili do „Onych”, przypomnieliby sobie, że dawni liderzy partyjni zaczadzeni komunizmem zostali przez ów komunizm zdradzeni, zmieleni i wypluci. Przyszli po nich nowi komuniści, których wielki i pięknych ruch Solidarności zmiótł na dobre razem z systemem, wprowadzając ustrój demokratyczny. Po tamtym ustroju pozostało wspomnienie i przekazy historyczne. Więc zamiast świętować demokrację (bo czy nie o to chodziło?), dzisiaj zatęsknili za dawnymi hasłami, próbują grać aparatczyków, i dokonują nocnych przewrotów pod szyldem Sejmu? Gdyby przeczytali „Onych”, uświadomiliby sobie, że autorytaryzm nie ma dzisiaj w Europie żadnych szans. A ich retoryka jest najgorsza z możliwych, dawno już śmierdzi zgnilizną. Choć może zmienili zdanie i myślą, że system był „trochę przygnity, ale wyśmienity”?

A gdyby przeczytali „Aneks” albo choćby wstęp prof. Andrzeja Friszkego, może by do nich dotarły te słowa: „Łączyła nas potrzeba działania na rzecz odkłamania historii najnowszej(…) Był to czas Solidarności, wybuchu potrzeby wolności i samoorganizacji społeczeństwa, zarazem odrzucenia systemu dominacji monopolistycznej partii i jej kontroli nad życiem umysłowym”.

I właściwie brzmi to bardzo aktualnie.

Miałem nie pisać o polityce, ale naprawdę jest czas, kiedy ma się ochotę nie tylko mówić, ale i krzyknąć. Wbrew coraz większej bezsilności. Ale wierzę, że społeczeństwo się zorganizuje. I oczywiście nie wiem, co zrobić. A kiedy nie wie się, co zrobić to najlepiej zrobić swoje, najlepiej jak się potrafi. Więc będę dalej rozmawiał, pytał świadków historii, pisał, próbował coś zrozumieć.

W niedzielę tlenem była kapitalna Danuta Szaflarska, z którą miałem zaszczyt po raz kolejny prowadzić spotkanie, tym razem w Teatrze Żydowskim w cyklu „Bagaże kultury”. Pani Danuta, wielka legendarna aktorka, niezwykła gawędziarka, przywołuje wspomnienia, również wojenne, straszne, a uśmiech nie schodzi z jej twarzy. Bo dobro zwycięża. To było wspaniałe, że mogliśmy przez półtorej godziny słuchać jej mądrości, dowcipu, w ogóle być świadkami jej obecności. Bardzo to jest dla mnie wzruszające.

To był błysk w szaro-czarnym listopadzie i cieszę się, że się kończy bo był to miesiąc pełen wytężonej pracy. Do druku idą obie książki „To, co najważniejsze. Irena Jun i Stanisław Brudny. Rozmowy” (wyjdzie jeszcze w grudniu, wydaje Teatr Studio) i „Krafftówna w krainie czarów” (w księgarniach od 12 stycznia, wydaje Prószyński i S-ka). W zakładce kalendarz różne szczegóły, m.in. zaproszenie na spotkanie z Ireną Jun i Stanisławem Brudnym do Teatru Collegium Nobilium 9 grudnia i Teatru Studio 20 grudnia.

Na razie „idę stąd”, jak mówiła Alicja. Jutro zjem w Sopocie obiad z panią prof. Joanną Penson, bohaterką mojej książki „Było, więc minęło”. Książki dla mnie ważnej, może najważniejszej, bo była i pozostaje bezcenną lekcją humanizmu.

Tę książkę zamyka rozmowa o wierszu Wisławy Szymborskiej, dzisiaj znów aktualnym.

WISŁAWA SZYMBORSKA

STARY PROFESOR

Spytałam go o tamte czasy,

kiedy byliśmy jeszcze tacy młodzi,

naiwni, zapalczywi, głupi, niegotowi.

Trochę z tego zostało, z wyjątkiem młodości

– odpowiedział.

Spytałam go, czy nadal wie na pewno,

co dla ludzkości dobre a co złe.

Najbardziej śmiercionośne złudzenie z możliwych

– odpowiedział.

Spytałam go o przyszłość,

czy ciągle jasno ją widzi.

Zbyt wiele przeczytałem książek historycznych

– odpowiedział.

Spytałam go o zdjęcie,

to w ramkach, na biurku.

Byli, minęli. Brat, kuzyn, bratowa,

żona, córeczka na kolanach żony,

kot na rękach córeczki,

i kwitnąca czereśnia, a nad tą czereśnią

niezidentyfikowany ptaszek latający

– odpowiedział.

Spytałam go, czy bywa czasami szczęśliwy.

Pracuję

– odpowiedział.

Spytałam o przyjaciół, czy jeszcze ich ma.

Kilkoro moich byłych asystentów,

którzy także już mają byłych asystentów,

pani Ludmiła, która rządzi w domu,

ktoś bardzo bliski, ale za granicą,

dwie panie z biblioteki, obie uśmiechnięte,

mały Grześ z naprzeciwka i Marek Aureliusz

– odpowiedział.

Spytałam go o zdrowie i samopoczucie.

Zakazują mi kawy, wódki, papierosów,

noszenia ciężkich wspomnień i przedmiotów.

Muszę udawać, że tego nie słyszę

– odpowiedział.

Spytałam o ogródek i ławkę w ogródku.

Kiedy wieczór pogodny, obserwuję niebo.

Nie mogę się nadziwić,

ile tam punktów widzenia

– odpowiedział.