smocze życie

Próbuję się zorganizować do większej regularności tutaj, ale wokół tak gęsto. No, nic, spróbuję po raz kolejny. Kot Alfred przeciąga się na kaloryferze jak na piecu, Kot Tutka przesypia w szafie a ja dzisiaj odwiedziłem z Kasią Chmurą-Cegiełkowską, świetną fotografką Irenę Jun, bohaterkę mojej książki „To, co najważniejsze”. Wczoraj byliśmy razem też u Stanisława Brudnego, bo to książka o tej parze wybitnych artystów, współtwórcach Teatru Studio. Chociaż tekst już zamknięty, to nasza rozmowa wciąż trwa, wątki rozbudowują się, opowieści snują się niejako same, dopominając wybrzmienia. Bardzo to jest ciekawy proces, kiedy choć wszystko zamknięte, to zarazem otwarte. Od lat kieruję się w swoim zawodzie zasadą „wszystko zostało powiedziane, więc i wszystko zostało do powiedzenia”. Dużo dobrych wspomnień, bo wybieraliśmy zdjęcia do książki, zdjęcia z prywatnych archiwów, coś, co bardzo lubię. Przeglądanie odręcznych zapisków, fotografii z dzieciństwa, rozpoznawanie twarzy. Kiedy przegląda się zdjęcia czas jest tylko teraźniejszy. Przeszłość dopomina się głosu. Mówi. W „pamiętniku” mamy Ireny Jun wiele rysunków, listów, wierszy, nawet adresów. Nagle ożywa ten nieistniejący świat. Zdjęcia podawane z rąk do rąk, oglądane pod światło, z różnych perspektyw też jakby ożywały. Piękny ruch w domu Ireny Jun. Również ten dzisiejszy – wilczyca Trąba, koty bliźniaki o barwie rozlanego mleka Kuku i Muniu, które można rozpoznać jedynie po tym, że jeden ma zeza, wnuczki Klara i Aniela, które tulą się do Ireny, a Kasia chętnie robi im zdjęcia. Piękne prywatne portrety i bardzo miłe południe. I nagle Irena mówi nam wiersz Baczyńskiego „Wina” o świętym Jerzym zabijającym smoka:

(…)

Wspominasz to niezdarne, smutne, smocze życie
i że śpiewałaś czasem jak potok szczęśliwie,
wsparta na jego miękkiej, wypłowiałej grzywie?
I wraca święty Jerzy tam, gdzie lasu smuga
kończy się i zaczyna trakt suchego pyłu,
a na postojach ciemnych marzy mu się długa
smocza szyja przebita i oczy, co były
wypukłe i żałosne, i głos, i łzy słyszy,
i gorzko płacze zbrodni pod sklepieniem ciszy.

Wiersz z 1942 roku. I tak myślę o smoczym życiu. O tej odwróconej u Baczyńskiego perspektywie. I o różnych perspektywach, z których oglądamy czyjeś życie, smutek albo o tym, że czegoś nie potrafimy dostrzec.

Myślę o wspaniałej powieści Majgull Axelsson „Ja nie jestem Miriam” (WAB, 2015, przekład Halina Thylwe), która mi nie wychodzi z głowy. Opowieść o starej kobiecie, która w dniu swoich 85. urodzin nagle, po latach milczenia postanawia ujawnić prawdę o sobie. Mówi rodzinie, że nie jest Miriam. Jest byłą więźniarką obozów Auschwitz i Ravensbruck, urodzoną w Berlinie Żydówką, jak myśli jej rodzina. Prawdę poznaje jedynie wnuczka. Bo Miriam naprawdę była Maliką, romską dziewczynką, która straciła rodzinę i małego braciszka Didiego i która  w obozie pod wpływem innej więźniarki postanowiła zmienić tożsamość. Powieść Axelsson jest o łamaniu tamy. O próbie życia na nowo. Malika – Miriam nie tylko wyparła własną tożsamość ale też zdecydowała się zakopać na cmentarzu pamięci cały świat, do którego kiedyś należała, swoją rodzinę, swoją kulturę, język dzieciństwa. Pilnowała przez lata, aby nie miały do niej dostępu. Skutecznie się od nich odgrodziła. A jednak nie była w stanie wymazać tego do końca.

Przeszłość, której głos fascynuje mnie od dawna, której głos domaga się wysłuchania i próby zrozumienia, jest częścią tożsamości, nawet gdyby  była nowa, zmieniona, wyuczona. Ale też powieść Axelsson ma drugi, może i ważniejszy temat. Kwestię rasizmu i nienawiści. Opowiada Axelsson o antyromskich napaściach, do jakich dochodziło w Szwecji krótko po wojnie. Ta rasowa nienawiść też była powodem, dla którego Miriam nie pozwoliła sobie być Maliką. Bała się przez przypadek odezwać po romsku, bała się przypominać Romkę. Dlaczego tamtego dnia, wychodząc na ulicę, nie założyła kapelusza? – Pyta samą siebie opowiadając zdarzenia sprzed lat. Axelsson tłumaczy w wywiadach, że Szwedzi chcą się rozliczyć ze swojej przeszłości, że to jest temat dla nich ważny, dlatego piszą i mówią, dlatego również ona napisała swoją powieść.

Myślę o tym w kontekście napaści na Olgę Tokarczuk i za to, co napisała w ostatniej powieści i za to, co mówiła po jej publikacji. Zastanawia mnie, dlaczego nie chcemy własnej przeszłości rozliczyć, ale żeby ją rozliczyć, to musielibyśmy najpierw ją spróbować zrozumieć. We wszystkim, co dokumentuję, co piszę staram się zrozumieć przeszłość, w jej najszerszych kontekstach. Nie stawiać tez. Zadawać pytania. Nawet jeśli nie powodują odpowiedzi. Czytam komentarze pod artykułami w prasie na portalach internetowych, nienawistne, agresywne, często wulgarne, oczywiście anonimowe albo podpisane jakimś nickiem i myślę sobie, że ci, którzy je piszą jeśli nie mogą pomyśleć o powodach swoich emocji, przynajmniej powinni pomyśleć o konsekwencjach. Technika jest tak rozwinięta, że wszystko, co piszemy zostaje w wirtualnym świecie, i nasze nicki, albo anonimowe wpisy mają przypisane IP komputerów itd. I kiedyś twój wnuk szukając przeszłości dziadka lub babci sięgnie do wirtualnego archiwum pamięci narodowej czy innej, i zobaczy tę nienawiść. I pewnie się zastanowi, dlaczego dziadkowie tak bardzo nienawidzili własnego świata?