Przypływ

Krzesło Jose Saramago, w jego ogrodzie z widokiem na ocean

Próbuję wracać do rzeczywistości. Skoro ostatni mój wpis tutaj miał tytuł „Wyspa”, ten być może powinien mieć „przypływ”, bo przypływam na jakiś spokojniejszy brzeg, po dwóch bardzo wymagających książkach, które oddaję właśnie do druku. Cały ten rok był więcej niż intensywny, po prostu zdarzało się, że miesiącami pracowałem 7 dni w tygodniu, po wiele godzin, i ja tylko wiem, ile to mnie kosztowało. Jednak efekty już za chwilę, bo jeszcze w grudniu Teatr Studio opublikuje moją książkę „To, co najważniejsze. Irena Jun i Stanisław Brudny. Rozmowy”, a w styczniu wyjdzie w Wydawnictwie Prószyński „Krafftówna w Krainie Czarów”. No i są to powody do wielkiej dla mnie radości. Wczoraj wysyłałem ostatnie redakcyjne poprawki, więc teraz już korekty i opracowanie graficzne, czyli blisko, coraz bliżej. Kilka ostatnich dni, to właściwie dni mojego rozluźnienia, trochę jak urlop. Mam oczywiście swoją pracę, ale głowa wolniejsza, stres wynikający z terminów się zmniejszył, więc przypływam do rzeczywistości. Przed chwilą rozmawiałem przez telefon z kolegą, który zapytał mnie, jak odnajduję się w powyborczej Polsce. Myślę, że zwłaszcza teraz musimy się w niej mądrzej odnaleźć i dawać z siebie więcej niż zwykle poszerzając ten margines, na którym usiłujemy dawać z siebie swoje piękno, dobro i talent. W moim wypadku jest to margines marginesów, bo zajmuję się kulturą, która kompletnie została wyrugowana z mainstreamu. Dlatego myślę, że nadszedł czas na to abyśmy wbrew okolicznościom, wbrew przeciwnościom dawali z siebie to, co najlepsze. Zamierzam dalej walczyć o rozwój czytelnictwa, prowadzić spotkania i robić wywiady z mądrymi ludźmi i w ogóle stać po jasnej stronie mocy.

Wczorajszy dzień nostalgiczny, żeby nie powiedzieć smutny. Odwiedzałem warszawskie cmentarze. Rano stare Powązki (byłem gościem TVP, w audycji na żywo mówiłem o swojej książce „Obecność”), później u Agatki na Służewie, wieczorem u Ireny Conti (bohaterki „Wyboru Ireny”) na olbrzymim cmentarzu Północnym. Moje myśli skierowane do wielu osób, które znałem, lubiłem, ceniłem. Ten rok zabrał wielu pięknych i utalentowanych, również moich kolegów. Myślałem więc o Leszku Talmoncie, który zmarł w Sylwestra, o Weronice Migoń, Marcinie Wronie, którego pochowaliśmy kilka tygodni temu na wojskowych Powązkach. Myślałem o swojej Babci, która zmarła w maju. O tylu bliskich, dalszych, ciągle dla nas ważnych. Koleżanka, której narzeczony zmarł kilka miesięcy temu powiedziała mi, że czas leczy rany, ale to niesprawiedliwe wobec tych, którzy odeszli. Myślę o tym zdaniu cały dzień i myślę, że najważniejsze, że z nami byli, i że my z nimi byliśmy. A życie trwa. I też się kiedyś wypełni. Po coś tu jesteśmy. To też jest piękna wiara, że jest cel, w jakim tu jesteśmy.

Na biurku mam po lewej stronie komputera zdjęcie młodej Ireny, po prawej zdjęcie, na którym z Agatą stoimy na gdyńskiej plaży, jesiennie. Niedawno postawiłem sobie też fotografię Jose Saramago, stojącego pod wulkanem. Jest w tej fotografii coś poruszającego – twardość i kruchość zarazem. Jakaś bezwzględność i czułość. I życie gdzieś między tymi współrzędnymi. A na biurku ceramiczną podstawkę, na której wybity jak na maszynie do pisania tekst z Oscara Wilde’a: „Bądź sobą, każdy inny jest już zajęty”.

Przypomniałem sobie dawny wiersz Ewy Lipskiej.

EWA LIPSKA

„Dzień Żywych”

W Dniu Żywych

umarli przychodzą na ich groby

– zapalają neony

i przekopują chryzantemy anten

na dachach wielopiętrowych grobowców

z centralnym ogrzewaniem.

Potem

zjeżdżają windami

do swojej codziennej pracy

do śmierci.

*

Na cmentarzach księża wczoraj zapisywali nazwiska na „wypominki”. Myślałem o tych wszystkich z mojego świata. Dziesiątki, setki nazwisk. I każdy z nich zostawił tu coś naprawdę pięknego. I to się chyba nazywa czułość.