Times goes by

Minęło bardzo wiele czasu, odkąd pisałem tu po raz ostatni. Aż wstyd mi. Zwłaszcza, że niedawno w pobliżu Pałacu Kultury pewna Czytelniczka tego bloga, której nie znałem, podeszła do mnie i zapytała, dlaczego mój ostatni wpis jest z Festiwalu Singera, że z mojego bloga dowiadywała się o różnych zdarzeniach, a teraz nie piszę. Było mi miło, że to dla kogoś ważne, przeprosiłem tłumacząc się, że nie mam siły na inne pisanie w tej chwili niż kończenie swoich zobowiązań. Bo byłem akurat w najtrudniejszym czasie przygotowania do druku dwóch książek, które były dla mnie piękną przygodą ale i wymagały mojej pracy. Dzisiaj mogę już powiedzieć, że jeszcze w tym roku ukaże się moja książka „To, co najważniejsze. Irena Jun i Stanisław Brudny. Rozmowy” – opowieść o wspaniałych, wybitnych aktorach związanych z Teatrem Studio od początku jego istnienia, a więc i książka o Teatrze Studio. Najprawdopodobniej w styczniu lub lutym ukaże się moja książka „Krafftówna w Krainie Czarów”, czyli moje rozmowy z Barbarą Krafftówną, aktorką, którą nie tylko uwielbiam ale i która dała mi wiele satysfakcji i radości grając w dwóch moich sztukach „Błękitny diabeł” (monodram o ostatnich latach Marleny Dietrich, który reżyserowała wspólnie z Żukiem Opalskim) i „Oczy Brigitte Bardot” (gdzie grała z Marianem Kociniakiem a reżyserował Maciej Kowalewski). W jakimś sensie tą książką zamykam swoją przygodę z Teatrem Na Woli, którego za dyrekcji Macieja Kowalewskiego byłem kierownikiem literackim. Teatr nosił imię i nazwisko genialnego aktora Tadeusza Łomnickiego, o którym zresztą w tych książkach opowiadają i Krafftówna, i Irena Jun, i Stanisław Brudny. Napisałem, że teatr nosił jego nazwisko, bo już właściwie dzisiaj to jest część Teatru Dramatycznego i tylko mogę po raz kolejny wyrazić ubolewania, że warszawscy radni (w tym aktorka Anna Nehrebecka) zadecydowali o włączeniu Teatru Na Woli w struktury Teatru Dramatycznego, pomysł to doprawdy dziwny. Jeden Andrzej Golimont zachował się wówczas godnie i złożył votum separatum. Inni niestety przegłosowali. Tej i innym zabijającym warszawską kulturę decyzjom sprzyjał ówczesny dyrektor Biura Kultury, postać, którą trzeba jak najszybciej zapomnieć, choć pamiętamy wszyscy. Niestety. Na szczęście nazwiska Łomnickiego, Krafftówny przetrwają a tego pana – jestem pewny – nie.

A przecież oprócz książek miałem swoje normalne zawodowe sprawy i swoje życie. Prowadziłem wiele spotkań autorskich, przygotowałem program literacki Festiwalu Warszawa Singera, potem były kolejne spotkania z cyklu „Bagaże kultury” w Teatrze Żydowskim (najbliższy 25 października, jego bohaterem jest rabin Michael Schudrich). Był też krótki, bo jednodniowy zawodowy wyjazd do Rzymu. Naprawdę byłoby mi trudno zliczyć, co w tym czasie robiłem. I wolę się w to zresztą nie zagłębiać.

Dość, że pracowałem przez wiele nie tygodni, a miesięcy po siedem dni w tygodniu, po kilkanaście godzin, uczciwie, rzetelnie, dając z siebie wszystko, co najlepsze. To był czas różnych radości ale też i rozczarowań osobami, które ceniłem i cenię, a które zachowały się wobec mnie albo nielojalnie albo po prostu niewłaściwie. Naprawdę było gęsto, bywało, że nie spałem, bo wszystko mi spadało na głowę i trudno było się jakoś zdystansować. Powiedzmy sobie szczerze, Polska nie jest łatwym krajem dla ludzi kultury i dla kultury w ogóle. Kultura to jest margines marginesu i gdzieś tam zawijam swoje sreberka jak ten świstak. Po prostu robię swoje, choć coraz częściej z poczuciem odbijania się od ściany. Ale jednak idę, a to chyba w życiu najważniejsze.

Doszły też różne nowe propozycje, niektóre przyjąłem z radością. A już zaszczytem jest dla mnie propozycja współpracy z miesięcznikiem „Nowe Książki”, który zawsze ceniłem za fachowość i rzetelność. W najbliższych numerach ukażą się dwie moje recenzje. Satysfakcja też ogromna ze współpracy ze „Zwierciadłem”, które w moim odczuciu jest pismem absolutnie wybijającym się, stawiającym na jakość. Już 16 października nowy numer z moją rozmową.

Działo się i dzieje. Tyle że  z powodu takiej wielości spraw postanowiłem od nowego roku współpracować wyłącznie z tymi, którzy moją pracę, rzetelność, energię i talent szanują.

No i w końcu postanowiłem wyjechać na krótkie, bo tygodniowe wakacje. Piszę właśnie z tymczasowego biurka w miłym mieszkaniu na Lanzarotte. Jutro zwiedzę dom noblisty Jose Saramago, który tutaj przez wiele lat mieszkał i tworzył. Trochę rozumiem klimat jego książek teraz, będąc na tej czarnej ziemi, na której z uporem ludzie stawiają śnieżnobiałe domy, a w nich odbija się słońce. Na Lanzarotte Pedro Almodovar kręcił „Przerwane objęcia”, nie zapominając o pięknej artystycznej pracy Cesara Manrique’a. W domu, w którym mieszkam wisi olbrzymi plakat poświęcony artyście z jego więcej niż miłosną dedykacją dla właścicielki tego domu. Zapytałem ją dzisiaj o tę znajomość. Manrique był jej sąsiadem, osobą jej bliską. Mam też nadzieję jutro zobaczyć jego dom-muzeum.

I tak sobie myślę, że Barcelona ma twarz Gaudiego, Lanzarotte Manrique’a. Hiszpanie, choć podobnie jak my z trudną historią i polityką, oddają pole wybitnym twórcom. Polska oddaje pole „rolnikom szukającym żony”. I to byłaby jakaś puenta, choć totalnie bez happy endu, a nie chciałbym swojego pierwszego wpisu po przerwie tak puentować.

To może po prostu napiszę, że owszem, nadal jestem zmęczony, ale jest mi dobrze. Jestem w słońcu. I widzę sprawy jasno.

PS Po powrocie uzupełnię kalendarz.