Tam, gdzie wiśniowy sad

Są takie książki, które trudno opuszczać. Ma się ochotę smakować dłużej, nie spieszyć się, raczej raz po raz zanurzać się w źródle opowieści. Taką przygodę przeżyłem czytając autobiografię Izabelli Cywińskiej „Dziewczyna z Kamienia” (Wyd. Agora). Powiedzieć: fascynująca, to za mało. Najbliżej jej chyba do „W ogrodzie pamięci” Olczak-Ronikier i „Proszę bardzo” Andy Rottenberg, czyli autobiografii literacko najwyższej próby. To nie tylko opowieść o życiu wybitnej reżyserki i pierwszej minister kultury w „wolnej” Polsce ale sugestywny i bogaty obraz epoki, zapis czasu, spotkań; portret ludzi, których znała bardzo dobrze, z którymi spotkała się na dłużej albo na chwilę. – Do tego boleśnie szczery, dla innych ale i dla samej autorki. Opowiada nie tylko bez cenzury ale często i bez hamulców. To również ogromna zaleta tej książki. – Biografia nieskłamana, co zresztą nie jest znowu takie częste. Jednak ani przez moment nie wymyka się ta opowieść literackiej formie, precyzyjnej konstrukcji, choć czas raz to cofa się, raz przyspiesza. Ale czy nie tak mówimy – zaczynając od środka sceny, a potem opowiadając konteksty?

Wychowała się Izabella Cywińska w zamożnej ziemiańskiej rodzinie we dworze (a po części również pałacu) w Kamieniu niedaleko Puław. Miała wielce zasłużonych przodków. Idylliczne dzieciństwo w otoczeniu bliższych i dalszych krewnych, nauczycielek i guwernantek, oryginałów zamieszkujących takie dwory jak ten lub wędrujących z jednej rodzinnej posiadłości do innej opowiadane jest jak „Tajemniczy ogród” i zarazem prolog do „Wiśniowego sadu”. Rodzinne zabawy, rewizyty, podwieczorki, w których nic nie zapowiada końca epoki, początku nowej Historii, która postara się aby nie pozostał kamień na kamieniu. W tej idylli zdarzają się różne tragedie, ale jest tyle poczucia bezpieczeństwa i ochrony, jaką daje świat dorosłych, że właściwie zdarzenia te jakby nie znaczyły tego, co znaczą.

Jako mała dziewczynka traci ojca (spalił się w warszawskim Hotelu Bristol) – zasnął paląc papierosa, po powrocie z dansingu w Adrii. Ale jest za mała, żeby zrozumieć. Dopiero później, dużo później, kiedy już będzie dorosła w czasie jednej z wizyt z Bristolu zacznie sobie zadawać pytania. Może nawet usłyszy głos ojca. Znakomita filmowo scena dziejąca się na kilku planach – dziś, kiedyś, w gwarze, w oparach. Raz po raz wydobywa z pamięci wspomnienia, które są jak wyjęte z powieści. A przecież będzie jeszcze w jej życiu gęsto, bardzo gęsto i bardzo twórczo.

Pierwsze bunty i rewolucje. Areszty i zatrzymania. Opozycja i patriotyzm, który znaczy, że trzeba z siebie dawać maksimum i to, co najlepsze. Olbrzymi wysiłek w przebiciu się do zawodu. Najpierw etnografia, później reżyseria, na której jest właściwie ofiarą mobbingu. Jest kobietą, więc się nie nadaje. To też opowieść o emancypacji i o sile kobiet.

Na szczęście trafia do Adama Hanuszkiewicza, zaczyna mu asystować. Z tego, jak opowiada o Hanuszkiewiczu bije czułość. Widać w tym też charyzmę Hanuszkiewicza. To naprawdę wspaniały i w finale bolesny portret. W ogóle bolesna bywa opowieść o artystach. O tych, z którymi była najbliżej. Trudno opanować wzruszenie, kiedy czyta się pożegnalny list reżysera Janusza Nyczaka („Zamęczam się moimi problemami, więc pocieszam się, że tam będzie weselej. Cieszę już na spotkanie z Czechowem, ale i tym starym świntuchem Fredrą, a tylu naszych wspaniałych przyjaciół czeka na nas, więc może nie ma co lamentować, tylko cieszyć się na spotkanie z nimi”). Czasami dwoma-trzema zdaniami potrafi narysować portret czyjegoś mroku. O aktorce Hannie Kulinie: „Nie minęło pół roku, jak Hania przerwała nagle zabawę ze swoimi synkami w budowanie domku z klocków i wyszła przez okno z trzeciego piętra, prosto na betonowe podwórko”.

Bardzo wiele portretów udało się Izabelli Cywińskiej ocalić. Zbyszek Cybulski wciąż będzie wchodził przez okno do jej pokoju w akademiku. I zawsze już będzie jechała z Jackiem Kuroniem do lasu: „Pamiętam szczęśliwego, roześmianego Jacka, który dotykał ośnieżonych drzew, jakby przesuwał ręką po ciele dziewczyny. A potem długo bawił się białą od szronu szyszką. Ostatni raz widziałam go w szpitalu. Nie mogłam być na jego pogrzebie, ale parę dni później zobaczyłam, jak dzika kaczka dziwnie długo przygląda się zgubionej w trawie szyszce. Uśmiechnęłam się. Odfrunęła”.

Długo nie mogłem zasnąć, kiedy przeczytałem o ostatnich latach ukochanej i jedynej siostry Cywińskiej. Przez całe życie chciała być w innym miejscu  niż była. Jakby żyła życiem bez jednego spełnienia. Więc te spełnienia w końcu zaczęła wymyślać. Pojawił się o wiele młodszy mężczyzna, urojony romans, a potem była choroba.

Tyle świata odfrunęło. Kiedy kończy Cywińska rozdział o rodzinnym majątku Kamień, pisze, że już dość, że się pożegnała, że już do Kamienia w tej książce nie wróci. A wraca, niejako obsesyjnie, wraca, bo w nim tkwi. Bo nie da się zatrzasnąć przeszłości, którą usiłowała zatrzasnąć wojna a później władza ludowa. Przecież kamień jest filozoficzny. Będzie zawsze mimo ruin, jakie pozostały. Chociaż nic już właściwie nie przypomina dawnego.

Wojenna tułaczka, skomplikowane losy rodziny. Po wojnie odszukiwanie bliskich. Pojawia się ciotka, która była zesłana na Syberię, ona z tego dawnego świata, z pałacu powraca ze szczęką pełną zębów z blachy. Opowiada o synu, który nie mieścił się do trumny, więc trzeba było mu złamać nogi.

Wojna pozostawiła zgliszcza. I pozostawiła pamięć.

Ta książka to opowieść o tym, jak się idzie. Świat się dzieje, historia przetacza a jednak idzie się – jak  w „Bożej podszewce”. Aby nie było „białych minut”, bo „białe minuty są wtedy, kiedy wydaje się, że czas stoi w miejscu, kiedy nic wokół się nie dzieje. Białe minuty są białe, bo nie zostały niczym wypełnione”…  Białe minuty to żal czasu, bo nie został zapisany. Więc najważniejsze, żeby iść.

Po drodze może przytrafić się piękna kariera. Dyrekcja teatrów w Kaliszu, Poznaniu, Warszawie. Dwa małżeństwa. Wiele premier, nerwów, tytułów. Budowanie od zera. Psy i koty. Przyjaźnie na chwilę i na całe życie. Zazdrość artystyczna, której nie ukrywa. – Wymowna scena picia wódki pod teatralnym bufetem, kiedy Maciej Prus, a nie Cywińska dostaje drugą ważną reżyserską nagrodę. Oczywiście również zazdrość innych. I zdrady. I spotkania.

Potem jest dyrekcja Teatru Ateneum i burzliwy konflikt z aktorami tego teatru. Niemożność porozumienia się. Ten akurat rozdział znam bardzo dobrze, bo oparł się na konflikcie Izy z Marianem Kociniakiem, na etacie w Ateneum przez 50 lat. Ponieważ Marian grał wtedy w mojej sztuce i napisałem z nim wywiad-rzekę „Spełniony”, a z drugiej strony byłem w dobrej relacji z Izą, z którą napisałem dwa scenariusze filmowe, byłem niejako między młotem a kowadłem albo między jedną prawdą a drugą. Kiedy Iza wyrzuciła Mariana z Ateneum, znalazł gościnę w Teatrze Na Woli, u Maćka Kowalewskiego, gdzie pracowałem. Grał Na Woli kilka spektakli. Zrobiliśmy Mańkowi piękny Jubileusz. Nie wnikam w istotę  konfliktu Izy i Mariana. Przez lata potrafili się przyjaźnić. A teraz bywało beznadziejnie. W końcu Marian niejako powtórzył wolę Adama Hanuszkiewicza, zwłaszcza po zmianach Na Woli, gdzie spektakle zrobione za dyrekcji Maćka Kowalewskiego zostały skreślone przez nowego dyrektora. Zginął nam Marian z artystycznej przestrzeni. Przestał mieć smak na pracę i na życie. I pytanie, czy teatr jest tego warty, czy należy płacić taki koszt?

Iza burzliwie rozstała się z Ateneum, którego być może w ogóle nie powinna była brać. Szczerze o tym wszystkim w swojej książce pisze. A ponieważ jest osobą, która idzie, więc mierzy się z kolejnymi tytułami, robi spektakle, no i napisała tę fenomenalną książkę.

Przecież jest Dziewczyną z Kamienia. Jakkolwiek metaforycznie czytać ten tytuł.

I wreszcie po latach pojawia się „Wiśniowy sad”, którego Kamień był prologiem a który wojna przepisała omal słowo po słowie.

„Pisząc tę książkę, spacerowałam po moim wiśniowym sadzie wszerz i wzdłuż, a on był i sadem Stryjka, pielęgnowanym przez niego na papierach zamkniętych w słoiku, i sadem, jaki wyrósł z moich przedstawień, bo każde było przecież jak malutkie drzewko zakorzenione w aktorach i wyrastające w emocjach widzów”.

Nie napisałem o tej książce nawet ułamka. I naprawdę koniecznie trzeba po nią sięgnąć. I w niej zasmakować. Smakować długo.

*

Zmieniając niejako temat zapraszam na spotkanie promujące „Obecność” jutro (wtorek) o godz. 19.00 w Warszawie w Faktycznym Domu Kultury z udziałem Julii Hartwig, Joanny Sobolewskiej-Pyz i Krystyny Morgenstern. Fragmenty książki zinterpretuje Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Spotkanie poprowadzi Anna Dziewit-Meller.

Na zachętę załączam link do programu „Kultowe rozmowy”, gdzie o tej i innych książkach rozmawia ze mną Katarzyna Marcysiak:

Kultowe rozmowy