zero jeden zero

puste korytarze Uffizi, jeszcze dwa tygodnie temu

Od dwóch tygodni jestem w Polsce. Przepakowałem się po powrocie z Włoch i pojechałem do Katowic, gdzie miałem świetne spotkanie autorskie w Miejskim Domu Kultury Koszutka, które prowadziła pani Rena Rolewicz-Jurasz, niezwykle precyzyjna i dociekliwa przez co rozmowa miała dla mnie znaczenie. Katowice to zawsze świetna okazja spotkania z przyjaciółmi, oczywiście Martą Fox i Januszem, u których się zatrzymałem ale też z Magdą Piekorz, z którą się dawno nie widziałem i Romą Jegor, poetką, którą cenię. W ogóle jakiś miły uścisk zrozumienia.

Ale zaraz potem wpadłem w sprawy w Warszawie, działania, zajęcia, rozmowy, spotkania, pisanie, planowanie, notatki. I jakby cień po podróży do Włoch nie został. Dlaczego mam poczucie, że tutaj jest spalona ziemia? Jakby w czarną dziurę wpadało każde pożyteczne działanie? Dlaczego mam poczucie miałkości, niezrozumienia, ciasnoty w myśleniu? Zamkniętych środowisk i adoracji słodyczy, że sparafrazuję tytuł ważnej wystawy. A parafrazuję, bo mam poczucie, że to hasło wiele tłumaczy.

Dlaczego jakość zamienia się na jakoś to będzie? I wiadomo, jakoś jest. Dlaczego wszystko tu przepada, jakby wrzucić do głębokiej studni? Dlaczego nie ceni się pracowitości? Dlaczego rządzi tu pozorna tylko albo przebrana oryginalność? Nawet jest mi to przykro pisać. Ale trudno, piszę. Czasami trzeba się wypowiedzieć otwarcie.

Czytałem wczoraj wywiad z Agnieszką Holland w „Polityce”. Mówi w nim wiele ważnego, upomina się o rolę i pozycję kultury, mówi o paranoicznej sytuacji twórców (również materialnej), ale inny fragment tej rozmowy daje do myślenia (wątek dotyczy „Idy”): „Polacy, nawet przedstawiciele intelektualnej lewicy – którzy przynajmniej obejrzeli film, choć go nie zrozumieli – utracili narzędzia do bezinteresownego odbioru dzieła sztuki. Wpisują w nie natychmiast swoje polityczne lęki i stereotypy. Wszystko traktują ideologicznie, zero-jedynkowo, konfrontacyjnie. Zapominają, że główną funkcją sztuki nie jest pouczanie, osądzanie, statystyczne wyważanie racji, że jej istotą jest pokazywanie złożoności losów ludzkich, ekspresja wyobraźni, egzystencjalnej rozpaczy i nadziei, poszukiwanie światła i piękna, stawianie pytań, prowokowanie, wzruszenie i empatia”.

Zgadzam się z każdym zdaniem, choć przekaz dojmujący, bolesny. Bo znaczyłoby to, że jako społeczeństwo straciliśmy zdolność zrozumienia. Ale wystarczy włączyć telewizor, czy zajrzeć do internetu, żeby znaleźć na to tysiące potwierdzeń.

W wielu miejscach tego wywiadu Agnieszka Holland mówi o sytuacji twórców. I też trudno się nie zgodzić, ale mam poczucie, że system to jest jedno i na pewno trzeba walczyć o przywrócenie kulturze właściwego miejsca, ale też niestety środowisko ludzi tworzących kulturę to chyba jedno z najbardziej aspołecznych środowisk. A może to społeczeństwo odpuściło już angażowanie się w sprawy, przestało je brać w swoje ręce? Że ludzie kultury nie zabierają głosu w sprawach ważnych dla kraju to jedno ale że nie zabierają głosu we własnych sprawach to drugie. Znam środowisko pisarzy, które owszem, narzeka na swoją sytuację i pozycję. Nic za tym nie idzie. Omal krok. Nieliczni usiłują coś zmienić. Większość wybiera wygodę fotela przy biurku. Może sami utracili znaczenie i głos?

Nie wiem, zadaję pytania, bo dziwi mnie to, co dzieje się wokół. Nie wiem, czy manna spłynie z nieba. Na razie widzę grad za oknem. A swoją drogą myślałem, że wiosna idzie. Niech się w końcu wygrzmi, wydeszczy, wywietrzy. Niech w końcu będzie. Może i jakaś perspektywa się rozświetli a potem i wygrzeje w słońcu.

Uffizi

Jeszcze dwa tygodnie temu spacerowałem korytarzami i salami zamkniętej tego dnia galerii Uffizi we Florencji. Czułem się jak w Wielkim Pięknie. Pani z galerii mówiła: „Teraz otworzę drzwi do Botticellego a teraz do Michała Anioła”. Będę to pamiętał przez całe życie. Ten cud, w jakim uczestniczyłem a który tak szybko stracił swoją moc, kiedy zacząłem odbijać się od ścian tutaj.

Ale wciąż wierzę w Wielkie Piękno. I powiem coś jeszcze, coś, czego się nie wstydzę: cenię swoją pracowitość i swoją pracę. I cenię siebie.

I wiem, że nie ma większego grzechu w Polsce niż się do tego przyznać.