Miejsca

Jeszcze dzisiaj nie usiadłem – chętnie parafrazuję tytuł zbioru wywiadów Agnieszki Drotkiewicz, bo pasuje do mnie jak ulał. Nie wiem, czy to pracoholizm czy nerwica natręctw. W każdym razie ile bym nie pracował, same zaległości. Na szczęście Święta idą. I mowy nie ma o stosie zaległych lektur. Ale coś tam jednak sobie z niego uszczknę i przeczytam dla przyjemności. Nie z zawodowej konieczności.

Przeczytałem „Perełkę”, niewielką powieść tegorocznego noblisty Patricka Modiano, nie znam innych jego książek. Była w sam raz na jedno wolne popołudnie, jakie miałem. Wystarczająca bym mógł o niej dłużej myśleć. Paryskie metro (i Paryż jako miejsce akcji), kobieta, której twarz coś mówi bohaterce tej fabuły. A właściwie mówi za dużo. Twarz przypomina zdjęcie matki, która dawno już nie żyje. Wystarczający powód aby dowiedzieć się, kim jest ta kobieta. Mnie poruszyła subtelność tej powieści, rozpięcie jej pomiędzy realizmem a snem, skrawkami wspomnień. – Jakby działa się tam, gdzie nie jest jasne, co nam się wydaje a co jest naprawdę. Modiano nie dopowiada, nie prowadzi czytelnika za rękę. Podsuwa tropy i myli. Realność to czy choroba? Samotność czy obsesja? A może i jedno i drugie? Mam teraz apetyt na kolejne jego książki, a widzę, że wyszło właśnie w Polsce kilka tytułów.

Sam ciągle jeszcze jestem w „Wyborze Ireny”. Dużo emocjonalnych głosów od Czytelników. Niektórzy z nich też prowadzą poszukiwania rodzinnej tożsamości. Dzisiaj dostałem mail, w którym Czytelniczka pyta, czy ten człowiek w Skarżysku, który pomagał Irenie i Kazikowi mógł być jej dziadkiem, bo dziadek wywoził dla partyzantki amunicję z fabryki. Rekonstruowanie przeszłości trwa. Słyszałem kiedyś zarzut, że siedzę w przeszłości a nie interesuję się sprawami współczesnymi. Interesuję się. Nawet bardzo. Ale próba zrozumienia przeszłości, dialog z nią są konieczne, żeby mówić o tym, co teraz. Tak czuję.

Opowiadała mi niedawno pani Barbara Krafftówna, że kiedy budowano drugą linię metra i ulica Świętokrzyska była rozkopana, miała poczucie, jakby się czas cofnął do powstania warszawskiego. Jakby przeszłość nachalnie wydostała się na powierzchnię. Jak w jednym z wierszy Jarosława Mikołajewskiego, gdzie ruchome schody metra wbijają się pod powierzchnię innego, umarłego miasta. O tym podziemnym mieście pisał w „Ptasich ulicach” Piotr Paziński. Dlatego jego opowiadania tak bardzo mnie poruszyły.

Choć nieprzytomnie zajęty i trudno mi już wieczorami skupić się na lekturze, znaleźć odpowiedni dla niej spokój sięgam po dzienniki Julii Hartwig (wyszedł właśnie tom drugi) i Józefa Hena „Dziennika ciąg dalszy”. To jak nagły dopływ tlenu. Mogę otworzyć na dowolnej stronie i zanurzyć się. U pani Julii Hartwig wiele obrazów i wspomnień z przeszłości. Portrety ważnych dla niej ludzi. Jej dialog z poezją i poetami. Imponująca codzienna praca. Krzątanina twórcza. Nadawanie dniom formy. Porządkowanie świata. Próba dostrzeżenia w nim logiki. Dziennik Józefa Hena osnuty wokół choroby, odchodzenia, śmierci żony, żałoby po Niej. Opowieść o Jej powrocie do Nawarii, mitycznej dla Niej krainie. Przejmujący zapis. Piękna opowieść o czułości, byciu obok, opiece, bywa także niezrozumieniu. Nie wychodzi mi ta lektura z głowy. Wracam do niej. Tak żałuję, że coraz mniej autorów pisze dzienniki. To jednak ważne świadectwo epoki, ale też świadectwo myśli, rozmowy z sobą samym.

Wczoraj w drodze do przyjaciół nagle w radiu „Somewhere over the rainbow”, jeden z ulubionych utworów Agatki. W dodatku w jej ulubionym wykonaniu. Gdyby żyła, byłaby z nami na tej kolacji. Właściwie mam poczucie, że była.

Pracuję nad swoją książką „Obecność”. Zacząłem zaraz po śmierci Agaty. Niełatwa próba zapisu i nazwania.

W torbie noszę teraz nowy tomik Krystyny Lars „Zaprosimy do nieba cały świat” – przewrotny, ironiczny, miejscami bardzo przejmujący, miejscami zabawny. Przepisuję jeden z moich ulubionych wierszy.

KRYSTYNA LARS

POCHWAŁA BŁAZNÓW

Błogosławieni nich będą

błaznowie

Chaplin, Haszek, Hrabal

W oświetlonym amfiteatrze

trzy tysiące ludzi

o twarzach jak białe ryby

śmieje się z

żartów

telewizyjnego komika

który parodiuje gesty premiera

żarty są marne

głupie i puste

ale śmiech

śmiech bije pod niebo jak chmura złotego dymu

z jerozolimskiego ołtarza

mocny i niezwyciężony

na roześmiane twarze

patrzy zza czarnych drzew

śmierć

przez chwilę

zupełnie

bezrobotna

*

Nie wiem, czy uda mi się zajrzeć przed Świętami. Dużo radości i odpoczynku. I czasu na lekturę. I na rozmowę z innymi i ze sobą. I poczucia zawsze, że jesteśmy na swoim miejscu.