Miasto 44

W Warszawie mieszkam. Do Warszawy wracam. Kiedy pokazuję miasto obcokrajowcom mówię o przeszłości, o Zagładzie miasta z 1944 roku. I o tkance, która przetrwała, o jego odbudowaniu i o energii, która tkwi na ziemi, pod ziemią i w ludziach. Bo Warszawy są dwie. Ta pod stopami, ulicami, kanałami i druga – zbudowana na tej pierwszej. Zmieniająca się stale, rozwibrowana, chaotyczna, nie pozwalająca się do końca okiełznać, z ruchomym centrum, szukającym dla siebie odpowiedniego miejsca. Poruszony byłem na tegorocznym Festiwalu Warszawa Singera, zwłaszcza spacerując wokół placu Grzybowskiego i Próżnej. W bramach prowizoryczne galerie, w oficynach tymczasowe kawiarenki, knajpki, ktoś woła na szota, nalewkę, trzy nalewki w różnych kolorach, na placki ziemniaczane, chleb ze smalcem. Rozśpiewany plac Grzybowski. Fenomenalne koncerty, a po nich ludzie snujący się ulicami, śpiewający o pokoju, pijący wino do późna. Poruszony byłem energią tego miasta. Zazwyczaj zbyt pośpiesznego, nieuważnego, męczącego. Odsłoniło całe swoje piękno, to, które jest w ludziach.

I omal z tych rozśpiewanych ulic trafiłem na pokaz prasowy filmu Jana Komasy „Miasto 44”. Filmu opowiadającego tę Zagładę. Chwilami trudno było mi powstrzymać emocje. Właśnie teraz, kiedy Donieck ostrzeliwany (nawet szpitale), kiedy Żyrinowski grzmi o nalotach dywanowych i o tym, jak Rosja zrówna Polskę z ziemią, kiedy Ukraina walczy o swoją niezależność. Kiedy katastrofa jest na wyciągnięcie ręki i napięcie odczuwalne każdego dnia. Może jestem przewrażliwiony. Może za dużo lektur wojennych, historii, rozmów ze świadkami i uczestnikami zdarzeń. Ale trudno mi uciec od tych myśli, że wolność nie jest dana na zawsze.

Trudno mi nie myśleć o warszawskich powstańcach. Skończyłem niedawno pisać „Wybór Ireny”, gdzie opowiadałem również jej, Ireny Gelblum udział w powstaniu. W ilu wywiadach opowiadano mi to powstanie, różne jego fragmenty. I nagle w nich wszystkich zobaczyłem omal dzieci. I to jak powstanie wymyka im się właściwie spod kontroli. Miało trwać góra dwa-trzy dni. I chyba nikt nie był gotowy na więcej.

Film zaczyna się scenami normalnego, codziennego życia. Dużo muzyki, przedwojenne szlagiery (ale też Marino Marini z „Nie płacz kiedy odjadę”). Ludzie, chociaż wojna zrobiła już swoje od 39 roku, zachowali jeszcze uśmiech, jakąś radość a przede wszystkim nadzieję. Owszem zajęci są konspiracją, ale też zajęci sobą. Wybuch powstania przywraca entuzjazm. Miasto walczy. Symboliczna scena, w której na samym początku powstania młody oddział idzie zdobywać budynek, idący na przedzie, schodami w górę chłopak uśmiecha się. Trzyma broń, ale uśmiecha się. I tyle. Bo Niemcy schodzą i zabijają go. Rzeź stanie się właściwie codziennością. Rzeź ludzi i miasta. Deszcz odłamków, gruzów, kawałków ciała i krwi.

Nie chcę opowiadać ani filmu ani powstania, ale chcę powiedzieć, że z wielu powodów ten film jest dla mnie ważny, a jego ujęcie nowe. Pokazuje bohaterstwo, do którego się przyzwyczailiśmy, ale pokazuje też bierność, desperację, depresję i narastającą potrzebę zemsty. Kapitalnie zagrali tę partyturę emocji Józef Pawłowski jako Stefan i Monika Kwiatkowska (jako jego matka, przedwojenna aktorka filmowa).

Uważam za istotne, że powstanie opowiadane jest również przez kobiety. Znakomite Zofia Wichłacz i Anna Próchniak jako młode łączniczki, konspiratorki. Zwłaszcza Wichłacz jako „Biedronka”, bo niejako w tę wojnę zostaje wplątana, a kiedy okazuje się, że zakochała się w Stefanie idzie na tę wojnę nie tyle za nim czy dla niego ale idzie, bo Stefan nie ma nikogo, kto byłby w stanie go uratować. Bo staje się w czasie powstania z odważnego mężczyzny wrakiem człowieka, bezwolnym, bezsilnym, nie potrafiącym zrobić kroku. I to co robi „Biedronka” dla mnie jest prawdziwym bohaterstwem. Przeprowadza go, osłania, zajmuje się nim. W końcu świadomie lub nie wybiera też los sanitariuszki. Wystarczy, że ktoś prosi ją o podanie kubka wody w szpitalu. Reszta jest przesądzona. Zostanie w nim.

Mógłbym o tym filmie długo. Ważna jest jego ścieżka dźwiękowa skomponowana z muzyki Antoniego Łazarkiewicza i przedwojennych szlagierów (ale jest też „Dziwny świat” Niemena). Ścieżka hipnotyczna, narzucająca filmowi rytm, miejscami rozbijająca narrację a miejscami ją scalająca, jakby w tej muzyce była owa podziemna siła, która wybije krystalicznym źródłem, jakby to w niej była wolność. Przejął mnie też sposób opowiadania. Chwilami jakbyśmy przewracali karty komiksu, chwilami jakbyśmy oglądali serial „Walking Dead”. Oczekiwałem takiego języka opowiadania po „Sali samobójców” Komasy. Przecież film miał trafić do młodych ludzi, czyli prawie do takich, jakimi byli tamci młodzi. I uważam, że trafi.

Nie wiem, czy ktoś piękniej opowiedział o sile tego miasta, jakim jest Warszawa. Pokazał omal całkowite zniszczenie i to, jak się z gruzów podniosło i czym jest dzisiaj. Tę Nową Warszawę, o której na swojej płycie śpiewała Stanisława Celińska. Tę widzianą z nadwiślańskiej skarpy. Celowo nie podejmuję tematu, czy powstanie było potrzebne, czy nie, w filmie ktoś z tłumu pyta nagle powstańców: dlaczego skazaliście to miasto i nas na śmierć? I czy powstanie było klęską czy zwycięstwem. To chyba nie jest film podejmującym te wątki. To film o sile wolności. Bo choć nie jest dana na zawsze, wygrywa.

Mogą ten film krytykować, mogą się z nim nie zgadzać, ale nikt nie będzie mógł zaprzeczyć, że to film głęboko humanistyczny, a nie pretekstowy, czy koniunkturalny.

To film, który trafił w  swój czas i który nie wpisuje się w pro lub kontra powstańcze retoryki. Film, który kolejny raz przestrzega przed wojną. Wracam do genialnej powieści Dawida Grosmana „Patrz pod: miłość” a właściwie do jej ostatniego zdania: „Niech na świecie będzie jeden człowiek, który przeżyje życie od początku do końca, nie wiedząc nic o wojnie”.