Julia Hartwig w Alei Gwiazd Literatury

W takie dni jak wczoraj wracam do wiary w ludzi i w rzeczywistość, którą rozwija kultura. Wracam do wiary w sens,  w kulturę jako fundament.

Austin Sheerline czeka

Miałem zaszczyt towarzyszyć wczoraj pani Julii Hartwig w uroczystości odsłonięcia przez nią pierwszej gwiazdy w pierwszej w Polsce Alei Gwiazd Literatury w Mińsku Mazowieckim. Z podziwem patrzyłem na rozmach tej uroczystości. Ze wzruszeniem, patrząc na Panią Julię, wygłaszałem laudację. Ale od początku.

Miejska Biblioteka Publiczna w Mińsku Mazowieckim (świetna nowoczesna instytucja) zorganizowała tę fetę połączoną z upowszechnianiem poezji ogłaszając konkurs dla młodzieży na pracę multimedialną poświęconą życiu i twórczości Julii Hartwig.

Julia Hartwig

Młodzież solidnie przygotowała się do tego zadania i prace były autentycznie ciekawe, zwłaszcza poklatkowy film Katarzyny Uścińskiej, będący opowieścią o intymnym spotkaniu z poezją. Wspominam o tym, bo miałem okazję – jako juror w tym konkursie – zapoznać się z wszystkimi pracami. Jak mi powiedziano – wszystkie tomiki Julii Hartwig będące w katalogu biblioteki wypożyczono.

Elżbieta Sieradzińska, wspaniała dyrektorka tej biblioteki w swoim dowcipnym wystąpieniu tłumaczyła, dlaczego pierwsza Aleja Gwiazd Literatury jest w Mińsku Mazowieckim.

Julia Hartwig z Anią Piotrowską

– Po pierwsze dlatego, że to my mieliśmy ten pomysł. A po drugie, dlaczego nie w Mińsku – mówiła – dodając też, że Hollywood i Cannes mają swoje Aleje Gwiazd, a przecież nie byłoby „Przeminęło z wiatrem” gdyby nie Margaret Mitchell, i tylu filmów nie byłoby, gdyby nie autorzy adaptowanych powieści.

Do Mińska przywiozło nas (towarzyszyłem pani Hartwig wspólnie z Anią Piotrowską) zabytkowe brytyjskie auto Austin Sheerline. Kierowca i zarazem właściciel, wielbiciel Julii Hartwig, absolwent polonistyki, ubrany w uniform z epoki. W drodze mówił nam, że to pierwsze auto, którym jechał, bo kiedy się urodził rodzice go tym Austinem przywieźli ze szpitala do domu. Przyjechaliśmy prosto na uroczystość.

Marcin Jakubowski (burmistrz Mińska Mazowieckiego), Elżbieta Sieradzińska, dyr. Miejskiej Biblioteki Publicznej, Julia Hartwig

Panią Julię natychmiast obległ tłumek fotoreporterów, prowadziliśmy ją czerwonym dywanem, grała orkiestra, mieszkańcy Mińska Mazowieckiego zgotowali poetce gorące powitanie wstając z miejsc i oklaskując, przywitali ją wspólnie burmistrz Mińska i dyrektorka biblioteki, również reprezentantka Ambasady Francji w Polsce i Jacek Moskwa w imieniu Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Galę prowadziła Joanna Dukaczewska, świetna dziennikarka związana przez lata z Polskim Radiem i TVP. – Jak wspomniałem wygłosiłem laudację (tekst zamieszczam poniżej), laureaci konkursu odebrali nagrody, a wszyscy uczestnicy naszą książkę „Wolne” w prezencie od Krytyki Politycznej.

Joanna Dukaczewska, burmistrz Mińska Maz., Elżbieta Sieradzińska, Julia Hartwig

Burmistrz wręczył poetce kryształową statuetkę gwiazdy literatury, później czerwonym dywanem wszyscy przeszliśmy do Alei, w której Julia Hartwig odsłoniła swoją gwiazdę (każdego roku ma być odsłonięta jedna z gwiazd), orkiestra grała francuskie melodie, z okien biblioteki posypało się setki karteczek z wierszami poetki – w programie nazwano to „deszczem poezji”.

Po odsłonięciu miły bankiet i znakomita orkiestra jazzowa, rozmowy, zdjęcia, pani Julia podpisywała książki. Przed wyjazdem pozowała jeszcze przy stoliku Himilsbacha. Mieszkańcy Mińska Mazowieckiego wzruszeni, przejęci, pełni szacunku. Nie można sobie wyobrazić lepszej formy upowszechniania czytelnictwa. Do miasta przyjechała wielka poetka przywitana jak królowa, którą przecież jest.

Chyba wszyscy mieliśmy wczoraj Dzień Dziecka, dobę wcześniej, ale już zawsze Mińsk Mazowiecki będzie mi się kojarzył z tym zaskakującym, emocjonującym dniem. – A, i warto dodać, że uroczystość miała streaming na stronie miejskiej, więc była wczoraj w wielu domach. Robiłem komórką zdjęcia, kilka wrzucam ilustrując tekst. Chciałem to jakoś udokumentować. A poniżej już moja laudacja.

*

LAUDACJA

Uwielbiam Julię Hartwig. Wiele lat marzyłem, żeby poznać poetkę, ale nie miałem dość odwagi, żeby podejść, kiedy mijałem panią Julię na przykład w okolicach Bliklego na Nowym Świecie. Lata mijały, a ja cały czas pozostawałem z tym niespełnieniem. A jej poezja jest dla mnie tak ważna, że zawsze mam w torbie miniaturowe wydanie jej zbioru wierszy, jak Biblię. Są mi potrzebne do życia. Bywają drogowskazem i dają światło.

Któregoś dnia poprosiłem – za pośrednictwem zaprzyjaźnionej z panią Julią – Ani Piotrowskiej o rozmowę. A potem o następną. I następną. Tak powstało ponad 40 stron wywiadu opublikowanego w mojej książce Wolne. Miał tytuł: „To, co najważniejsze”, bo Julia Hartwig zawsze zajmowała się tym, co najważniejsze. Oczywiście na tym nie skończyły się nasze rozmowy. Niedawno ukazała się kolejna. Jej tematem była wdzięczność za życie. Takie życie.

W jednym z wierszy z ostatniego tomu „Zapisane” Jej słowa:

Jest wiele tego co nie ginie

nie zapominam

o żadnej dobrej chwili

W innym pisała:

Wszystko było i niczego nie szkoda

ani żalu ani potępienia

(…) nasz czas przeszły

to nadal czas niedokonany

Marta Zawadka, Ambasada Francji

Gdyby chcieć odsączyć esencję z twórczości Julii Hartwig dowiedzielibyśmy się, że życie powinno być dla nas ważne, albo inaczej, że należy je traktować uważnie, uważnie słuchając, że za mało jest życia na sprawy nieistotne, błahe i na patrzenie pozorne. Trzeba nauczyć się patrzeć. Dostrzegać piękno i porządek. Logikę i rozwibrowanie w sztuce. Wreszcie, że trzeba słyszeć muzykę, której wrota otwierają się tak samo jak wrota nieba. Bo niebo i muzyka też są nierozdzielne.

Trzeba słuchać Ludzi: Miłosza, Apollinaire’a, Haydna, Artura Międzyrzeckiego. Trzeba robić fotografie, ale nie aparatem, ale pamięcią wewnętrzną, zapisywać ludzi i fragmenty ich światów w sobie – tak powstał na przykład „Dziennik” Julii Hartwig z genialnymi pejzażami z przeszłości. Do dzisiaj mam przed oczami zagracone nowojorskie mieszkanie poety Allena Ginsberga w Greenwich Village, w którym Julia Hartwig była. I płytę słyszę, której słuchali. I widzę aktorkę Elżbietę Czyżewską, która tam wtedy była. Chociaż nie ma już ani Ginsbera, ani Czyżewskiej. W „Dzienniku” Julia Hartwig napisał o Czyżewskiej: „Podczas ostatniego swego pobytu w Warszawie mieszkała w tak zwanej loży Stalina w Teatrze Dramatycznym w Pałacu Kultury. Pożyczyła sobie wówczas ode mnie hinduską makatę na przykrycie łóżka. Wpadała do nas często, bo w loży było zimno i nieprzytulnie. Zaledwie zrzuciła okrycie, sadowiła się od razu na tapczanie i siedząc w kucki, przykryta kocem, domagała się gorącej herbaty”.

Inny zapis z dziennika: „Ciepły, wiosenny dzień. Balkon szeroko otwarty, widok na nagą ścianę kamienicy stojącej frontem do ulicy Wilczej. Na ścianie, wzdłuż i wszerz, rozpięta plątanina gałęzi dzikiego wina, wciąż jeszcze nierozbudzona, jak co roku wypuszczająca listki jako ostatnia po rozrośniętej brzozie, którą pamiętam jeszcze jako wiotką młódkę, i po sędziwym już kasztanie, przygotowującym teraz swoje świeczniki kwiatów, których ukazanie się zawsze mnie zaskakuje(…) Brak codziennych zatrudnień i oddawanie się krótkiej nawet, ale świadomej kontemplacji wydały owoc w postaci nowych wierszy”.

Trzeba nauczyć się uważności. Bez uważności nie ma mowy o dobrym życiu. Trzeba od siebie wymagać. Nad sobą pracować. Z życia można czerpać garściami, ale najpierw istotna jest praca. W naszej rozmowie mówiła pani Julia:

Uważam, że to, co mam, należy mi się. Mnie się to należy. Bo staram się o to, szanuję, chcę zapracować. Jestem osobą pełną dobrej woli. I gdyby mnie skrzywdzono, czułabym się bardzo źle. Ale zawsze to mnie może spotkać. Liczę się z taką możliwością.

Kiedy Elżbieta Sieradzińska, dyrektorka Miejskiej Biblioteki Publicznej poprosiła mnie, abym wygłosił to małe expose o pani Julii Hartwig, zastanawiałem się, co powinienem powiedzieć. Jak przybliżyć jej bogatą twórczość – poetycką, przekładową (bo przecież zawdzięczamy jej wiele poetek i poetów, których pisała po polsku), biograficzną. Twórczość, która jest doskonale znana. Pomyślałem, że lepiej zwrócić uwagę na zgęszczony sok tej twórczości, jej esencję, jej barwę ale przede wszystkim znaczenie.

To wielki zaszczyt móc obcować z tą jedną z najważniejszych polskich poetek, która jak mało kto pokazuje, że poezja nie tylko może być sensem życia ale i że sens życia jest w poezji. Pani Julia Hartwig zawsze z przyjemnością przyjmuje zaproszenia na spotkania z czytelnikami, w Polsce i poza nią, nie unika wywiadów, chce aby poezja mówiła do ludzi swoim głosem, aby była blisko nich. Czytelnicy, nawet ci, którzy często po poezję nie sięgają, spotykając Julię Hartwig odkrywają, że życie bez poezji jest innym życiem, bo dzięki poezji życie odzyskuje swój spokój, porządek i logikę. Dlatego nie dziwi właściwie, że coraz częściej czytelnicy pytają poetkę: Jak żyć? Bo kogo mamy dzisiaj pytać jak żyć? Celebrytów gotowych odpowiedzieć w każdej chwili na każde pytanie? Dlaczego tak łatwo, przecież nie bezkarnie, rezygnujemy z poetów? Ich mądrości, ich wtajemniczenia, zdolności ujrzenia spraw i zjawisk w świetle, do którego często nie mamy dostępu?

Opublikowała Julia Hartwig wiele „błysków”. Refleksów z tej jasności. Błyski to nie do końca wiersze, a może właśnie wiersze do końca? To fragmenty świata złapane w jego lapidarium. Czasem wspomnienie o kimś, czasem fragment tekstu, zawsze fragment – idąc za myślą Tadeusza Różewicza. Błyski to zaproszenie do rozmowy. A co za tym idzie zaproszenie do refleksji.

Zapytałem Julię Hartwig: Czym jest pełnia wiersza, a czym jest pełnia życia?

– Odpowiedziała: A to mi pan zadał pytanie.

– Pełnia wiersza to pani określenie.

– Pełnię osiąga taki wiersz, który się spełnił. Nic mu dodać, nic ująć.

– A pełnia życia?

– Pełnia życia to jest dodać, ale z umiarem.

Na koniec chciałbym wspomnieć pewien „miński” akcent. W ubiegłym roku Pan Leszek Celej, Dyrektor Muzeum Ziemi Mińskiej i Przewodniczący Komisji Kultury i Dziedzictwa Narodowego Sejmiku Województwa Mazowieckiego wraz z Marszałkiem Adamem Struzikiem wręczał Pani Julii Hartwig na Zamku Królewskim nagrodę im. Norwida w kategorii „Dzieło życia”.

Dzieło życia to wiara w nie. Wdzięczność za nie.

Jeden z moich ulubionych wierszy Julii Hartwig pochodzi z tomu „To wróci”:

Ta chwila

kiedy wszystko się ucisza

i takie światło obezwładniające

spoza wszystkiego

stamtąd gdzie jesteście

Najdrożsi

Niewidzialni

nie warto było umierać.

Poezja i doświadczenie Julii Hartwig, w którym nie brakowało tragedii i smutku, jest w gruncie rzeczy wielkim Hymnem Życia. Hymnem Miłości. Panie i Panowie. To wielki dzień, wielka chwila i wielka Poetka. I my z nią. Tak szczęśliwie. Tak blisko. Dziękujemy.