Powrót

To był czas! I wciąż jeszcze na karuzeli i kręci się, i nęci, i wznosi. Przecież nie zeskoczę, jak tyle dzieje się wokół ciekawego, tyle spraw, tematów, spotkań, rozmów. Czy to pracowitość, czy to po prostu praca – w kraju, gdzie pracuje się za mało, przepraszam za ten niepopularny pogląd.

Piotr Głowacki, Adam Ferency, foto Dorota Awiorko-Klimek

Najpierw Lublin. Cudowne spotkania, rozmowy, wizyty, Hades na Szerokiej i żydowska restauracja Mandragora. Niebiańskie wtajemniczenia. Wizyta w pracowni Joli Szali, fenomenalnej projektantki, której ubrania – styl: nonszalancja i literatura – są moje jak z urodzenia. Część mnie.

Wieczorem w Teatrze Starym przedpremierowy pokaz spektaklu Juliusza Machulskiego „Machia” o Machiavellim (Adam Ferency). I chyba nie będzie żadnej przesady w tym, że to naprawdę jeden z najlepszych dramatów biograficznych, jakie ostatnio widziałem. Tekst napisany wspaniale, wprost perfekcyjny pod względem dramaturgicznym. Wchodzi się w niego wolno, oswoić trzeba się z tą historią Medyceuszy, miłości i nienawiści do nich, historią miasta i państwa, intrygami, ale z każdą minutą wpada się w niego coraz bardziej, nie przypuszczając, że… nie, finału nie zdradzę. To ważny tekst o wirusie polityki, którym można łatwo się zarazić, o epidemii, jaką może wywołać, wreszcie o ambicji, która jest gorsza od samego diabła. W efekcie też tekst o nieświadomej przegranej. O syzyfowym wysiłku w dążeniu do spełnienia, do chwały w końcu, a wiadomo, że gloria to raczej in excelsis Deo. Albo in bramy piekielne. Wybór „nagród” od nas nie zależy. Machiavelli podsumowuje swój żywot nękany pytaniami dziwnego urzędnika, przypominającego ipeenowskie pistolety, gotowego w każdym momencie wyciągnąć jakiś donos, czy pseudo-dokument z przeszłości. Przesłuchując Machiavellego nie skrywa swojej sympatii, może nawet fascynacji, a mimo to czujemy, że jest go w stanie pogrążyć dla samej chęci zobaczenia ostatecznego upadku.  Fascynacja bliska stalkingu. Miłość bliska nienawiść. Bez wątpienia rodzaj choroby. Wielbiciel-urzędnik-sędzia nie potrafiący czytać historii, nie rozumiejący niuansów. Utyka, przeżuwa mówiąc, piszczy, śmieje się w sposób niekontrolowany, mówi szybciej, kiedy temat zapala w nim iskrę, jest trochę jak Louis de Funes. Spektakl, który widziałem raczej należał do Piotra Głowackiego. I bardzo polecam, zwłaszcza, że 8 i 9 czerwca można zobaczyć w Teatrze IMKA w Warszawie. „Machia” to produkcja Teatru Starego w Lublinie, co jest ważne, bo to teatr impresaryjny i wspaniale, że wystartował z własnymi spektaklami.

Następnego dnia rano piętnastowieczne rusko-bizantyńskie freski w Kaplicy św. Trójcy w Lublinie, których dotąd nie widziałem. Odkrycie dla mnie, że w ogóle mamy w Polsce taki zabytek. Znowu zachwyt i wtajemniczenie.

Miły powrót do Warszawy. Następnego dnia promocja „Złodziei koni” w Teatrze Studio. Wieczór pełen emocji. Piękna publiczność. Marian Kociniak, na czym bardzo mi zależało, przeczytał trzy fragmenty mojej powieści. Jestem szczęśliwy, że to Marian, który grał w mojej sztuce „Oczy Brigitte Bardot” w Teatrze Na Woli (z Barbarą Krafftówną, która też była na sali) i jest bohaterem wywiadu-rzeki „Spełniony”, jaki wydałem na jego pięćdziesięciolecie pracy artystycznej kilka lat temu. Marian wprawdzie zamiast do Studio pojechał do Teatru Buffo (co mówię, aby wyjaśnić początek filmu, jaki wkleję poniżej), ale dotarł w końcu do nas (w filmie są dwa z trzech fragmentów, jakie czytał). Agnieszka Drotkiewicz, która prowadziła to spotkanie była bardzo wnikliwa, a ja pełen emocji i chyba nie na wszystko odpowiedziałem. To jednak nie takie proste mówić o powieści, która jest swoim własnym światem i właściwie już sobie ode mnie poszła. Teraz jest u Czytelników.

To już film ze spotkania:

Promocja \”Złodziei koni\”

Następnego dnia nie mogłem odpocząć ani ochłonąć specjalnie, bo wieczorem prowadziłem promocję ważnego zbioru reportaży Izy Michalewicz „Życie to za mało”, wydanego przez „Zwierciadło”. Iza, laureatka nagrody Grand Press w 2011 roku za reportaż o Jolancie Brzeskiej „Jolanta i ogień”, mistrzyni pierwszych zdań, wprowadzania Czytelnika w sam środek akcji, budowania tekstów jak kryminały opisała Polskę niewidoczną, nieopisaną, której odmawia się prawa do godności, którą się omija, Polskę oszukaną przez system. Bo z większości, jeśli nie z wszystkich reportaży zamieszczonych w książce, biją zaniedbania, zła praca, oszustwa państwa, które powinno działać inaczej, które powinno dawać poczucie bezpieczeństwa. To tak naprawdę opowieść o Polsce ofiar, za którymi nikt nie stoi, o które nikt – poza reporterką mającą nieomylną intuicję – się nie upomni. Temat jest, jak jest krew. Dla prasy. Ale Michalewicz, która jest wobec ludzi empatyczna idzie również za tematami, których media nie chcą. Część z tekstów w tym zbiorze nie miała szans ukazać się w druku wcześniej. Ważna i mocna książka. Cieszę się, że mogłem poprowadzić rozmowę z jej autorką.

Tematy. Sprawy. Biurko. Dokumentacja. Pisanie. Czas wrócić do życia. Czas wrócić do pisania.

PS W linkach przy „Złodziejach koni” zamieściłem też link do wczorajszej audycji w Polskim Radiu, w Jedynce. O książce będę mówił też w niedzielę o 17.00 w Radiu dla Ciebie. I chyba w poniedziałek w RMF. Dobrej lektury.