w jasność, w światło

Tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie myślałem o dwóch Zofiach. Przede wszystkim o Kossak-Szczuckiej, czytając „Zofię Kossak. Opowieść biograficzną” Joanny Jurgały-Jureczki, wydaną niedawno przez PWN. Znałem trochę z wojennej biografii Kossak-Szczuckiej, oczywiście jej działalność w Żegocie, pomoc udzielaną Żydom (wiedząc też o różnych kontrowersyjnych jej tekstach), w ubiegłym roku na Festiwalu Singera prowadziłem spotkanie z Władysławem Bartoszewskim wokół jego książki „O Żegocie”. Barwnie opowiadał o Ciotce, jak nazywali Zofię Kossak współpracownicy, o jej niefrasobliwości w konspirowaniu, ale też o jej brawurze. Powieści i innych jej książek nie znam w ogóle, nie przebiły się do mojego pokolenia, zamierzam po nie sięgnąć, zwłaszcza teraz, bogatszy w wiedzę o jej fascynującym, żeby nie powiedzieć filmowym życiu.

To, co mnie, po lekturze książki Jurgały-Jureczki porusza najbardziej to końce różnych światów, w których żyła Zofia Kossak. Zmiany epok i historii, które dokonywały się nie tylko na jej oczach, ale których była i świadkiem i uczestnikiem. Piękny ród Kossaków, nie tylko malarzy, również pisarek – Magdalena Samozwaniec, Pawlikowska-Jasnorzewska, czy choćby żona Witkacego. Ich posiadłości, dwory, majątki, krewni bogaci i biedni, dobrzy gospodarze i utracjusze. Zarządzanie ziemią. Podróże. Kształcenie. Ile kryje się za tymi hasłami. A potem historia przetacza się przez Kresy, plądruje dobytki, rozkrada biżuterię, wyrzuca książki na bruk, buciory odbija w rękopisach. Zaczyna się wędrówka, a właściwie wędrówki. A później wojna i kolejne dramaty. Nie mówiąc o tych osobistych. Zofia Kossak trafia w ręce gestapo. Jest już uznaną i poczytną pisarką. Przeszła wiele. A najgorsze dopiero się zaczyna. Później jest Auschwitz, który zawsze kazała oddzielać od Oświęcimia. Tam piekło i różne powojenne głosy – niektóre więźniarki uważały, że nosiła się jak królowa, że zadbano, żeby niczego jej nie brakowało. A później wolność i jej brak, bo oto okazuje się jest niewygodna. Berman ostrzega ją, że lepiej, jeżeli wyjedzie z Polski. Wyjeżdża, ale i na emigracji zaczyna się od nienawiści, bo ktoś napisał, że była sekretarką Bieruta (co oczywiście nie było prawdą), zaszywa się na farmie w Kornwalii i zajmuje rolnictwem. Oczywiście nie przestaje pisać. Jej książki zdobyły jeszcze przed wojną zachodnie rynki. Była często tłumaczoną pisarką. Teraz też usiłuje żyć po swojemu. Jednak wraca do Polski. I znów… Bo przecież wpada w sam środek peerelowskiej propagandy i cenzury, ona pisarka chrześcijańska, katoliczka, skupiona na swojej wierze (jednak nie bigotka). I znów posądzenia, bo zdaniem wielu wydaje na smyczy PAX-u. Próba ocalenia godności i życia w zgodzie z sobą. I ciągle jej niejednoznaczne albo zbyt jednoznaczne stanowiska. Uczciwa do bólu dobra chrześcijanka traktowana coraz bardziej z przymrużeniem oka, nawet przez rodzinę. Pawlikowska-Jasnorzewska jej nie znosi. Inni Kossakowie też wypowiadają się z ironią. Współczesna historia Polski pokazana jest w tej książce przez pryzmat biografii Zofii Kossak i daje do myślenia. Zasmuca. Aż dziwne, że nikt dotąd nie nakręcił o niej filmu. Przecież to ważna postać i ważna rodzina. Aż się prosi.

Ta druga Zofia, o której myślę, to tytułowa bohaterka filmu Ryszarda Czekalskiego. Przygotowując się do kolejnego spotkania z cyklu „Bagaże kultury” w Teatrze Żydowskim, poświęconego tym razem Ryszardzie Hanin obejrzałem ważne jej filmy i przypomniałem sobie po raz kolejny jej wielką rolę w filmie Jana Łomnickiego „Jeszcze tylko ten las” (gdzie jest na ekranie omal cały czas z dziewięcioletnią dziewczynką, zagrała ją Joanna Friedman, która była na naszym spotkaniu).

A ponieważ wcześniej nie widziałem filmu „Zofia” z 1976 roku z jej nagrodzoną na kilku festiwalach rolą, postanowiłem tę zaległość nadrobić. Dziwię się, dlaczego dzisiaj ten film jest tak mało znany. Ryszarda Hanin gra tu pensjonariuszkę domu opieki, która odkłada pieniądze na lepsze życie swojej córki i jej rodziny, która właśnie przeprowadza się do nowego mieszkania w bloku. Oczywiście, tak Zofia myśli, zamieszka z nimi jak tylko się urządzą.

Kobieta, dosyć introwertyczna a właściwie kompletne outsiderka stroniąca od jakiegokolwiek towarzystwa próbuje wszelkimi sposobami zarobić jakieś pieniądze. Przez przypadek zostaje zaangażowana do statystowania w filmie, jest modelką na ASP, zbiera butelki, które potem oddaje do skupu. Do zwitka banknotów zrolowanych gumką dokłada kolejne. W końcu, zamiast skorzystać z zaproszenia starszego samotnego mężczyzny, aby spędzić z nim święta, postanawia pojechać do rodziny. I tu zaczyna się jej dramat. Nic nie jest tak jak sobie wyobrażała. Rozumie, że w tym domu nie ma dla niej miejsca.

I w tym miejscu Czekalski kręci scenę (bo czyta się ją jak właściwie jedną), która jest wstrząsająca i zapada w pamięć na długo. Scenę właściwie wbrew wszelkim filmowym regułom, a przez to właśnie bardzo filmową. Zofia siada w pustej restauracji. Kelner (Zdzisława Maklakiewicz) proponuje wigilijne dnia. Zofia chce szampana. Pyta, jaki jest. – Może być radziecki albo francuski. Radziecki jest lepszy, a francuski droższy. – Tłumaczy kelner. Jasne, jest środek PRL-u, 76 rok. Zofia zamawia francuskiego. Na stole pojawiają się dania, jest szampan, a po chwili do sali wchodzi cygańska orkiestra. Są coraz bliżej. Stoją wokół Zofii, właściwie jakby włazili na stół, osaczają tę kobietę. Kelner rozlewa wódkę, sam pije ukradkiem. To, co maluje się na twarzy Hanin w tej scenie naprawdę nie wychodzi mi z głowy od kilku dni. Jest tam wszystko. Od radości przez rozczarowanie po desperacką chęć ucieczki. Zofia je, orkiestra gra i pije. Inny reżyser już skończyłby tę scenę, a Czekalski dopiero ją rozkręca, rozświdrowuje, jedna melodia, druga, trzecia, urwana, i już widz ma ochotę uciec z tego stołu, a Zofia wciąż tam jest i muzykanci są. Grają do upadłego. I nagle Zofia wstaje, idzie salą, ale to już nie jest sala restauracji tylko długi peron dworca. Orkiestra idzie z nią, gra dalej, kobieta wsiada do pociągu, właściwie kelner ją tam wprowadza, ściska ją, całuje, orkiestra nie przestaje grać i już chce się, żeby ta scena się skończyła, ale nie kończy, zawija jeszcze, obraca się, oberkuje. Myślę o tej Zofii i myślę. I o polskim kinie. O tym, jaką miało odwagę w kreowaniu języka filmowego. I myślę o Ryszardzie Hanin, jak bardzo kino nie umiało jej wykorzystać. Z ról, która mnie najbardziej zapadły w pamięć wymieniłbym jeszcze te w filmach „Gra”, no i oczywiście u Stanisława Różewicza w „Drzwiach w murze”. I znów pytanie, dlaczego kino nie wykorzystało później Wandy Neumann, znakomitej aktorki, która grała w tym filmie jej córkę. Ucieszyłem się, będąc całą ubiegłoroczną wiosnę w Gdańsku, kiedy na jednym ze spotkań autorskich, na którym byłem, pani Neumann czytała fragmenty książki. Ucieszyłem się, że w ogóle mam okazję zobaczyć ją z bliska.

A skoro Różewicz, to wciąż Tadeusz, brat Stanisława. Zaglądam do jego wierszy. Wczoraj w „Dużym Formacie” świetna, choć skromna rozmowa Kasi Bielas z Hanną Krall. Rozmowę kończy fragment monologu Różewicza z drugiego wydania „Białej Marii” Hanny Krall:

Jutro skończę dziewięćdziesiąt lat.

W osiemdziesiąte dziewiąte urodziny umarł mój syn.

Miesiąc po synu umarł mój młodszy brat.

Już tylko się żegnam.

Z Kafką pożegnałem się.

Z Dostojewskim.

Z którym zaprzyjaźniłem się nie wiem po co, chyba

niepotrzebnie, ale już trudno, już się pożegnałem.

Z Raskolnikowem bez żalu, a z Tołstojem z żalem,

ale mimo wszystko.

I z Nietzschem.

Miałem go w lesie ze sobą… jestem jeszcze niewczesny,

czytałem w lesie, niektórzy pośmiertnie

rodzą się. No tak, i z Nietzschem.

Najgorsze były wszy.

Jest kilka gatunków, są wszy zwyczajne, na głowie

i pod pachami, te takie złe jeszcze nie są.

Na jajach. Te są najgorsze. Tylko te w lesie mieliśmy.

O nim?

O nim nie…

Nie powiem. Nic. Nie.

Ta śmierć. Straszna jego.

Nie.

Nie o nim.

I proszę już wyjść z tych mroków. W jasność, w światło.

Resztę życia trzeba w jasności przeżyć.

(fragment „Białej Marii”, Świat Książki, 2014)

PS

Moja powieść „Złodzieje koni” jest już również w formatach e-book, do kupienia np. tutaj:

e-book

Po majowym weekendzie powinna już być dostępna w większości księgarń. Aktualne recenzje w linkach pod kategorią „Złodzieje koni”.