Warszawa

Byłem już w Gdańsku, na początku kwietnia, rok temu. Po różnych trudnych doświadczeniach pojechałem na rozmowy z prof. Joanną Penson do książki „Było, więc minęło”. Pamiętam dokładnie tamten początek kwietnia. Było zimno, śnieg, a morze z brzegu wyglądało jak skute lodem. Chodziłem na rozmowy do pani profesor do Zielonej Bramy, gdzie swój gabinet ma prezydent Wałęsa i czasem też jeździłem do pani profesor do Sopotu. Prawie całą wiosnę mieszkałem na gdańskiej Starówce i był to bardzo ciekawy czas, bo choć pochodzę spod Gdańska to od lat już nie miałem okazji tak zwyczajnie tam pobyć, pospacerować, odkrywać dla siebie. Dużo fotografowałem. Wieczorami pracowałem nad tekstem. Czasami chodziłem do teatru, między innymi na rewelacyjne „Czarownice z Salem” w Teatrze Wybrzeże. Bardzo mi jest miło do tego czasu wracać. Jednak był jakiś spokój, który dobrze wspominam.

Nie dziwię się, kiedy Kasia Figura mówi, że w Gdyni, gdzie aktualnie mieszka, ma więcej czasu dla siebie, czasu również na myślenie.

foto Wojciech Surdziel/Agencja Gazeta

Warszawa jest pięknym ale trudnym miastem. Zazwyczaj kończy się na deklaracji: „Musimy się spotkać”.

Warszawa jest rozwibrowana, gna przed siebie, jeśli zatrzymuje to naprawdę na chwilę. Ale nie pozwala dłużej utrzymać uwagi. Znajomości są powierzchowne i trwają wtedy, kiedy łączą ludzi zawodowe działania. Jeżeli przestają łączyć, zanikają. Z nowymi zadaniami wchodzi się w nowe znajomości.

Warszawa to bardziej kolorowy kalejdoskop, który wciąga wielością barw niż fotoplastikon, gdzie można spokojnie obejrzeć zatrzymane kadry i detale.

Patrzę na magnolię w ogrodzie sąsiada. Zakwitła wcześniej niż zwykle. Majestatyczna. Zachwycająca. Z rzadka widzę, żeby ktoś zatrzymywał się i na nią spojrzał, chociaż na to zasługuje.

Gonię. Najczęściej ostatnio mówię, że zasuwam. Konieczność zmieszczenia się w terminach, różne bieżące zadania, tony zawodowego czytania, często nie dla przyjemności. Kalendarz zapełnia się. I to obsesyjne myślenie – czy o wszystkim pamiętam, czy czegoś nie przeoczyłem, a przede wszystkim, czy zdążę.

Jest coś w energii tego miasta, co każe mu się nieustannie odbudowywać, regenerować, rozwijać.

Jest Warszawa pod ziemią, o której pisał Piotr Paziński w swojej ostatniej książce „Ptasie ulice” i jest Warszawa, która wybiła z gruzów jak gorące źródło. Nie może mieć w sobie energii Krakowa, Rzymu czy Paryża. To Warszawa, która chce żyć intensywnie, która chce odbudować swoją przedwojenną tkankę, która zachłystuje się możliwościami i każdego dnia, kiedy otwiera oczy wpada w życie całą sobą, biegnie i nie zatrzymuje się. Lata miną zanim pozwoli sobie na afirmację. Na razie zachłystuje się światłem i próbuje oddychać. Zmęczona ale szczęśliwa. Że aż tyle znów jest. Że aż tyle można. Zasypia na moment, nie ma czasu przetworzyć wszystkiego, co atakowało wzrok. A potem jest rano i znów to poczucie, że nie zdąży się sobą nacieszyć.