Tajemnica Filomeny

Do obejrzenia tego filmu zachęciła mnie pani profesor Joanna Penson, bohaterka mojej książki „Było, więc minęło”. Napisała mi m.in.: „Są tam momenty przypominające nasze wzajemne zmagania”. Relacja bohater tekstu, czy bohater książki-autor to właściwie temat-rzeka. Zwłaszcza, jeżeli dotyka się spraw trudnych, bywa nie zawsze zabliźnionych, czasem tajemnic, jeżeli dotyka się bólu, strachu czy wstydu. Ile i co ma prawo napisać dziennikarz? To też temat na oddzielną rozprawę. Ale prawdą jest, że jeśli rozmowa, tekst pisany o kimś żyjącym mają być dobre muszą dawać coś obu stronom. Najlepiej, kiedy bohater dowiaduje się czegoś o sobie, coś sobie uświadamia i kiedy dziennikarz również dowiaduje się czegoś o sobie, może jakoś się zmienia, na coś otwiera. Trochę z relacji z panią prof. Joanną Penson opisałem w naszej książce. Nie było łatwo. Ale też nie może być łatwo, kiedy ktoś opowiada swoje życie wiedząc, że dla nas, dziennikarzy i autorów to część pracy. Nie znamy się, a musimy wzajemnie obdarzyć zaufaniem. I Filomena też miała ochotę zwolnić kilka razy autora tekstu o sobie. Jednak mam poczucie, że bardzo długo widział w Filomenie jedynie temat. I mało był empatyczny.

Teraz już jasne jest, że tematem jest „Tajemnica Filomeny” w reż. Stephena Frearsa (autora „Niebezpiecznych związków” czy „Królowej”) z fenomenalną Judi Dench, o której też należałoby napisać oddzielnie, bo kino zawdzięcza jej tyle niejednoznacznych, wspaniałych ról (dla mnie te najważniejsze wykreowała w filmach „Iris” i „Lawendowe wzgórza”, ale uwielbiam też jej mniejsze role w filmach różnego kalibru, od „Herbatki z Mussolinim” przez „Czekoladę” po „Mój tydzień z Marilyn”). Cóż to za niezawodna, charyzmatyczna aktorka. W „Tajemnicy Filomeny”, gdzie gra tytułową rolę, nie można oderwać od niej oczu. Jej sposób mówienia, śmiech i zarazem powściągliwość emocji, katolicki wstyd z absolutnym brakiem pruderii w mówieniu o seksie, jakby cały czas balansowała na granicy. Jednej sceny nie gra jednoznacznie. A ta, w której na wózku wiozącym ją przez lotnisko opowiada treść Harlekina, no mistrzostwo. Bardziej jednoznaczny jest Steve Coogan jako dziennikarz i doradca rządowy, także rzecznik Martin Sixsmith, niesympatyczny bufon szukający dla siebie tematu. Ale i on zmieni się pod wpływem Filomeny, i właściwie każdy by się zmienił, bo jej historia, jej życie przypomina antyczną tragedię.

Pochodząca z katolickiej irlandzkiej rodziny, kiedy jako dziewczyna zaszła w ciążę, została oddana pod edukację sióstr zakonnych, poza jedną, właściwie bezwzględnych i utwierdzających dziewczyny znajdujące się pod ich opieką, że dopuściły się strasznego grzechu, którego nigdy nie odpokutują. Wiele bardzo młodych dziewcząt (w tym czternastoletnia) umiera w klasztorze w czasie porodu. Siostra przełożona w przypadku komplikacji nie chce interwencji medycznych – niech cierpią, skoro grzeszyły, a jak umrą, znaczy Bóg tak chciał. Cmentarz przyklasztorny powiększa się.

Filomena rodzi syna. Przez całe dnie ciężko pracuje w pralni, z dzieckiem może spędzić godzinę dziennie. Poruszająca scena, w której młode matki tuż po skończonej pracy biegną co tchu zobaczyć się z dziećmi a nadzorująca je zakonnica, krzyczy, żeby szły wolno. Wpadają w objęcia dzieci, które aż nie mogły się doczekać. Jednak szybko okazuje się, że klasztor sprzedaje dzieci do adopcji amerykańskim rodzicom. I tu zaczyna się wielka tragedia Filomeny. Pewnego dnia przyjeżdża do klasztoru elegancka para eleganckim autem odebrać dziewczynkę, którą zaadaptują, a ponieważ syn Filomeny traktuje tę dziewczynkę jak siostrę, są właściwie nierozłączni, i on zostaje zabrany. Na oczach Filomeny, która nic nie może zrobić.

Lata mijają. Pięćdziesiąt lat. Nikomu o tym nie mówiła. W urodziny syna ściskając jego jedyną fotografię postanawia wyjawić sekret swojej córce. Sprawy zaczynają dziać się błyskawicznie. Córka Filomeny poznaje przez przypadek Martina Sixmitha, rzecznika rządu, dziennikarza, który właśnie stracił pracę. Nie bez wahania i wątpliwości podejmie temat. Zaczną poszukiwania. Nie, nie będę streszczał filmu, nie powiem, czy Filomena odnajdzie syna. Powiem tylko, że jej przypadek to właściwie wierzchołek góry lodowej. Do dzisiaj matki, które były w klasztorze i którym odbierano dzieci „sprzedając” je zagranicę szukają. Wielki wstyd, nawet powinienem napisać hańba kościoła katolickiego w Irlandii, który się tego procederu dopuścił. Tamte siostry już pomarły albo są staruszkami, ale – co pokazuje film – nie wstydzą się niczego, nie mają wątpliwości, jedna z nich, Hildegarda krzyczy pod adresem Filomeny, słysząc postawione sobie zarzuty: „To ona dopuściła się tego świństwa, tego strasznego grzechu”. Bo ofiar w kościele katolickim nie ma, są grzesznicy, ci, którzy sami się pchają w grzech, którzy prowokują. – Mówię oczywiście o perspektywie pokazanej w „Tajemnicy Filomeny”.

Cmentarz przyklasztorny zarasta bluszczem. Nawet nikt nie dba o pamięć kobiet i dziewczyn, które zmarły w czasie połogu. Historia Filomeny zatoczy krąg. Wróci do punktu wyjścia. A ona sama znosi swoją tragedię z wielką siłą i godnością, jest jak Matka Courage. Żyła w wielkim bólu i chyba w osamotnieniu. Przeżyła największą tragedię, która może dotknąć matkę. Ale przecież żyje dalej. Dlatego przebacza. I jest to najtrudniejsze, co może zrobić.