Wielkie Piękno

Idźcie do kina! – To właściwie powinno zastąpić wszystko, co chciałbym o tym filmie napisać, bo naprawdę wymyka się wszelkim możliwościom opisu. I to, co teraz napiszę też może wydać się niektórym bardzo na wyrost, choć moim zdaniem nie jest. Nagle, po latach oglądania filmów wspaniałych, znakomitych, dobrych, ważnych, potrzebnych, niedobrych, średnich, niepotrzebnych i nieważnych obejrzałem film, który jest arcydziełem, który wejdzie do historii kina i będzie już zawsze. To „Wielkie piękno” Paolo Sorrentino. Bez wątpienia od „Rzymu” Felliniego Wieczne Miasto nie miało godnego pochlebcy i portrecisty. Woody Allen, którego jestem fanem, zawiódł swoją widokówką Rzymu. I oto nagle Sorrentino realizuje film, który dzisiaj właściwie nie ma sobie równych i jest fenomenalną wizytówką miasta będącego sztuką, maską a może nawet planetą. Miasta na pokaz, puszącego się, żyjącego bez przerwy, kuszącego, cudownie grzesznego i świętego zarazem. Miasta artystów, arystokratów, poszukiwaczy, odkrywców, tułaczy, pisarzy, wydawców, karłów, tancerek, zakonnic, biskupów, świętych, alfonsów, iluzjonistów mijających się bądź spotykających w zabawie. Moje ulubione zdanie z tego filmu pada w kapitalnej scenie tańca, kiedy towarzystwo ustawia się jeden za drugim, aby tańczyć węża. Jep Gambardella, pisarz i sybaryta (w tej pierwszoplanowej roli genialny Toni Servillo) mówi do przyjaciółki, w której domu, a właściwie ogrodzie odbywa się ta zabawa: „Uwielbiam twoje wężyki”. Kiedy pyta go za co, śmiejąc się odpowiada: „Bo prowadzą donikąd”. Kwintesencja tematu, bo Jep choć w młodości napisał jedną świetnie przyjętą książkę, później już nie napisał niczego więcej. W  mieście miliona możliwości, które jest nieustanną zabawą, nie można napisać niczego, nic nie równa się z pięknem nieustających spotkań. Jep jest królem życia i królem tego miasta. Kiedy do Rzymu przybywa święta Maria jeden z biskupów mówi do drugiego: „Jutro będę z nią jadł kolację”. – „Gdzie? U papieża?”. – „Nie, u Jepa Gambardelli” – odpowiada ów biskup jakby to była najoczywistsza oczywistość. Bo Jep jest nie tylko królem Rzymu, on to miasto pisze każdego dnia na nowo. Jest jego autorem. I zresztą na początku już dostajemy informację, że wszystkie postacie i zwierzęta są fikcyjne, bo zostały stworzone w powieści.

Ten film to powieść, wykwit wyobraźni i wszystko w nim jest możliwe, nawet znikająca żyrafa. Nie lubię przykładać etykiet do filmów, ale jest w nim coś z Felliniego, Bunuela, w dialogach z Allena, ale i z „Alicji w Krainie Czarów”. A Jep, którego życie polega na bywaniu, rozmowach, odkrywaniu piękna w każdej minucie życia, jest bohaterem, z którym nie sposób się nie zaprzyjaźnić. Ma urok i zdolność uwodzenia. Zresztą w filmie również uczy, jak to robić. Fenomenalna scena uczestnictwa w pogrzebie, najpierw w instruktażu Jepa, a potem pokazana w praktyce. Pod tym linkiem trailer filmu:

Trailer

Jep smuci się tylko wtedy, kiedy jakiś fragment jego życia znika, ot, stary kumpel nie widzi dla siebie przyszłości w Rzymie i postanawia wrócić do rodzinnego miasta. Ale zaraz Jep pozna kogoś, kto niesie ze sobą nową historię. A pisarz  żywi się przecież historiami. Idzie za nimi, żyje, kiedy coś wokół dzieje się, kiedy jest kolorowo, kiedy pojawia się nowy temat, nowy bohater tekstu. Więc to życie traktuje Jep jak swoją autobiograficzną powieść, więc zagląda w nie, zanurza się w przeszłości jak w chłodnym basenie w dniu największego upału, dokonuje jakiegoś rozliczenia, nie ucieka przed nim a jednak to teraźniejszość jest jedynym realnym.

Ten nieustający taniec młodych, starych, poszukujących, samotnych, wyobcowanych, oszukujących się. Oprowadza Jep po swoim życiu ale i po Rzymie, bo jego pałacach, zabytkach, pokazuje najwspanialsze rzeźby i malarstwo zazwyczaj ukryte przed zwiedzającymi. Jep jest na haju życia. Kocha każdą jego chwilę. Ten film to opowieść o absolutnej afirmacji  życia, w której można się zatracić bez reszty. Bo to jedyne, co naprawdę mamy.

Obłędne zdjęcia, fenomenalne postaci kapitalnie zagrane, film ilustrowany muzyką, która wciąga w ten omal narkotyczny trans – od muzyki dyskotekowej przez Kronos Quartet, Zbigniewa Preisnera po Arvo Parta i Henryka Mikołaja Góreckiego. I właściwie nie chce się wyjść z kina ani nie chce się, aby ten film się skończył. – To zresztą przeczytałem w paru internetowych opiniach. Zresztą o czym tu dłużej mówić – najpiękniejsze miasto świata sfotografowane jak jeszcze piękniejsze wypełnione muzyką, która porywa, a po którym prowadzi nas Jep Gambardella, pisarz-iluzjonista mieszkający w apartamencie z ogromnym tarasem wychodzącym na Koloseum. Do tego morze, słońce, taniec i radość, radość i jeszcze raz radość. Hymn dla Życia. Dwa słowa: „Wielkie Piękno”. Cudownie abstrakcyjny film, w którym nie jesteśmy w stanie przewidzieć kolejnej sceny, więc zachwyca nas jeszcze bardziej. Otwiera głowę, bo odzwyczaja od myślenia idącego utartymi ścieżkami. Film totalny o mieście-życiu, w którym jest wszystko od miłości po rozczarowanie i o jego mieszkańcach-aktorach. I nie liczy się nic innego niż gra. Gra o wszystko.