Teraz Książka!

„Alice Munro nie miałaby u nas szans” – pisaliśmy wspólnie z Anią Dziewit-Meller, Kasią Tubylewicz, Joanną Laprus-Mikulską i Grażyną Plebanek w liście o literaturze środka (najkrócej to ujmując), który ukazał się w „GW” 10 stycznia. Tym listem rozwijaliśmy też temat podjęty wcześniej przez Kaję Malanowską. Od tego czasu ukazało się wiele głosów i tekstów poświęconych zarówno relacji autor-krytyk, jak i rynkowi książki, relacji autor-wydawca, i dyskusja, na szczęście, rozlewa się, trwa i widać, że problemy są palące i ważne dla wielu. Wszyscy jednak walczymy o jedno – o dostępność książki, o naprawę i stymulowanie rynku, przede wszystkim o Polskę z książką, a nie bez niej. Może trzeba by zrobić większą akcję pod hasłem „Teraz książka!”. Nie chciałbym żyć w świecie bez książek. Bo to byłby świat bez słów. A kiedy giną słowa – jak to opisał fenomenalnie w swojej powieści „Porządek alfabetyczny” Juan Jose Millas – nastaje epoka barbarzyńców. Wizja to może jest zbyt apokaliptyczna, ale czy świat, w którym giną słowa to nie jest świat apokalipsy? A bez wątpienia giną, kiedy i czytanie jest na wymarciu. Chociaż półki z książkami uginają się w księgarniach i rynek jest coraz szerszy. Ale mogą uginać się dziesięć razy bardziej a i tak to jest margines.

Spraw, jak się okazuje, wartych poruszenia pod hasłem „rynek książki” jest ogrom. I mam nadzieję, że w końcu uda się głośno wypowiedzieć to, co leży nam na sercu i równocześnie doprowadzić do sytuacji, w której inni także otworzą oczy. Bo może ich wzrok głodny jest liter i słów? Może potrzebuje podsunąć wyobraźni równomiernie rozsiane na kartach książek słowa i zajrzeć w świat, który pełen jest szeptów, krzyków, muzyki, w którym słychać i widać więcej, czasem nawet wyraźniej, gdzie „dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa”? Potrzebny nam Google-glass jak baletnicy betonowe buty. Książka ma potężniejsze możliwości.

Wszystkie teksty i głosy dotyczące literatury i rynku książki, które jakoś mają początek w apelu Kai Malanowskiej i później w naszym liście do „GW” zalinkowałem tutaj, obok, pod kategorią „debata o literaturze”.

Tymczasem przeczytałem w sobotnio-niedzielnej „GW” wywiad z Władysławem Pasikowskim (przeprowadziła go Donata Subbotko). Głównym tematem tej rozmowy jest jego nowy film „Jack Strong” o Ryszardzie Kuklińskim. Kilka myśli wydaje mi się istotnych, niektóre również w kontekście dzisiejszej kondycji twórców i zajadle naskakującego na nich państwa. Mógłbym się pod nimi podpisać z czystym sumieniem. Fragmenty:

Ale z Polską jest teraz trochę jak z telewizją – mamy wiele jej wariantów, kanałów tematycznych. Który kanał pan wrzuca?

– Odkąd pan premier rabunkiem fiskalnym wypędził mnie ze swojego obozu, jestem polityczną sierotą. Wybieram więc kanał sportowy i kibicuję FC Barcelona(…)

Na czym panu dzisiaj zależy?

– Na tym, co zwykle. Na szczęściu i pomyślności moich najbliższych. Na nagrodzie Akademii Amerykańskiej i na przywróceniu kosztów uzysku zrabowanych mi w imię bolszewickich zasad.

Ale pana to męczy. Do 2012 r. ludzie wolnych zawodów płacili podatek 50 proc. przychodu, mogliśmy odliczać koszty uzysku. Platforma nam to zabrała. Dlaczego pana zdaniem nie jest to zbyt uczciwe? Może, skoro premier ogłosił koniec kryzysu i wziął się do śmieciówek, to i artyści powinni stanąć u płota?

– Męczy mnie, bo z dnia na dzień mój podatek wzrósł o sto procent. Mój, moich wrogów i kolegów filmowców, innych artystów, naukowców i nawet państwa dziennikarzy. A już przedtem był spory. I nikt jakoś przeciw temu nie protestuje. Jeszcze wszyscy udają, że to słusznie, w imię solidarności społecznej z biednymi, tak jakby przedsiębiorczość, pracowitość, talent wreszcie były przywilejami, które sobie bogatsi uzurpują kosztem uboższych. Niech sobie pan premier przypomni raczej swoje obiecanki w sprawie podatku liniowego. A z tymi, których to nie boli, chętnie pogadam po końcu roku fiskalnego, gdy po raz pierwszy poczują na własnej skórze, co za niespodziankę im zgotował minister finansów, który decyzję, owszem, i podjął, ale już jej nie doczekał”.

Mam dokładnie takie samo wrażenie – państwo nie widzi w twórcach żadnego potencjału, który stymulowałby rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Rozwój społeczeństwa w ogóle. To, co państwo nazywa przywilejami jest przecież wkładem w rozwój społeczeństwa. No niech mi ktoś jak cepowi, bo chyba jestem cepem, skoro nie rozumiem, wytłumaczy, że rozwój może następować bez kultury, że rozwój to jedynie budowanie i gospodarka. Pani prezydent Warszawy właśnie ogłosiła, że ma ochotę na trzecią kadencję. Ja bym się na to nawet zgodził, gdybym usłyszał, że dotąd budowała a teraz będzie rozwijała. I nie o rozwijanie asfaltu mi chodzi. Obserwuję działania w mieście i spojrzenie na kulturę nastąpiło w sytuacji absolutnie podbramkowej – w perspektywie referendum o jej odwołanie. Ale o czym mamy mówić, skoro premier nie widzi potencjału w kulturze, minister kultury prowadzi dialog, z którego niewiele wynika, bo to dialog pozorowany, jest w końcu reprezentantem partii i w jakimś sensie musi wykonywać założenia ministra finansów, związki artystyczne i zawodowe przestały mieć znaczenie (marzy mi się Ameryka silnych syndykatów), a samorządy są lepsze i gorsze, w Warszawie akurat w sprawach kultury jest gorszy, żeby nie powiedzieć fatalny.

Narzekać nie lubię. Do krytyki jako obywatel mam prawo. Na szczęście. Polegać mogę wyłącznie na sobie. Więc robię swoje i  jak świstak zawijam te sreberka.

fot. Maciej Zienkiewicz/AG

Na szczęście do pracy motywują tacy ludzie warszawskiego podziemia jak Joanna Rajkowska („posadziła” w Warszawie palmę), Julita Wójcik (autorka kilkakrotnie palonej Tęczy), czy twórcy kabaretu „Pożar w burdelu”. Absolutnie słusznie Julicie Wójcik i kabaretowi przyznano wczoraj „Wdechy” – warszawskie Oscary. Na uroczystości w Teatrze Studio Stanisława Celińska genialnie interpretowała piosenki o Warszawie ze swojej (a także Bartka Wąsika i Royal String Quartet) płyty „Nowa Warszawa”. Dla mnie Stanisława Celińska jest ikoną tego miasta. Miasta wielkiego potencjału i ogromnych możliwości, jakie tkwią w ludziach. Miasta, które się odbudowuje z ruin i spaleń, które nie pozwoli sobie zniszczyć tego, co najlepsze. Dlatego trzeba robić swoje. Wbrew smutnym paniom i smutnym panom, którzy traktują twórców jak karty kredytowe i decydują o ich losie i losie tego miasta bez jakiegokolwiek dialogu. Sorry, że tak minorowo dzisiaj, ale taki mamy klimat.

Miałem jeszcze kilka zdań z Pasikowskiego, ale już zamieszczę je w „dzienniku lektur”.