Święty Graal

Wspaniały jest ten drugi dziennik Jerzego Pilcha, który właśnie kończę. Owszem, lektura niełatwa, jednak mierzy się Pilch ze sprawami ostatecznymi, z chorobą, różnymi zanikami, z walką o apetyt na życie, na pisanie, na lekturę. Zapisuje w nim odejścia osób dla siebie ważnych, swoich kolegów. Ale jest to właściwie zapis walki o godność, o swoje miejsce w życiu (a nie w chorobie), o postrzeganie siebie nie jako chorego i o to, aby inni nie postrzegali jako pacjenta. Jest też dziennik przyglądaniem się przeszłości. Szukaniem jakości w życiu.

To właściwie nie dziennik a autobiograficzna powieść, w której buduje Pilch mistrzowsko sceny – jak choćby ta, w której jego babka Czyżowa i Hania od Kocięłłów zaczynają chichotać, wpadają w ten śmiech coraz głębiej, śmieją się do rozpuku, by na chwilę stężeć, bo – czego nie wyznają nigdy – poznają tajemnice Boga. Kapitalna scena podglądania w tramwaju numer 17 dziewczyny czytającej książkę.  Genialna scena tworzenia z wielkich pisarzy drużyny i sadzania niektórych na ławce rezerwowych, zmiany składy, dawania żółtych kartek („za symulowanie karnego Tomasz Mann”). Uwielbiam scenę, w której poszukuje u swojego ojca fizycznego podobieństwa do Camusa, konfrontując to w końcu z albumem prywatnych fotografii noblisty przygotowanym przez jego córkę, a wydanym niedawno w Polsce („Albert Camus. Samotny i solidarny”, Studio Emka). Genialny zresztą jest też obszerny fragment o poznawaniu Camusa, o miłości do niego – „nie przypominam sobie linijki Camusa, która by nie płonęła”. Ale też przy okazji wadzi się Pilch z zachwytem, który przeszkadza w odbiorze. „Zachwyt nie jest żadnym dowodem rozumienia czegokolwiek. Zachwyt często – o wiele częściej, niż się wydaje – jest gwarantem niezrozumienia niczego”.

Wiele w „Drugim dzienniku” wadzenia się z Polską, naszą piłką nożną, religią. Na skrzydełku okładki jest zdanie od wydawcy, że Pilch wadzi się z przegraną. Ale nie mam takiego poczucia. I chyba Pilch też nie ma poczucia jakiejkolwiek przegranej. Traci smak na różne sprawy, nie jest to od niego zależne, ale też wkłada wielki wysiłek aby swój smak pobudzać, aby o niego nieustannie walczyć, aby tracąc fizycznie nie tracić naprawdę.

Chyba nikt tak dotąd nie pisał o własnym cierpieniu jak Pilch, który czyni ze swojej choroby część życia, część codzienności, który jest daleki od szukania dla siebie współczucia (zresztą i ze współczuciem i ze współodczuwaniem się wadzi, pisze, że nie chce wrażliwych lekarzy, chce lekarzy dobrych), ani nie czyni z siebie jakiejkolwiek ofiary. Nie jest niewolnikiem swojej choroby. Jest sobą we własnej chorobie w takim stopniu, w jakim w tym stanie być sobą może. Nawet żalu w tej książce nie widzę. Ten dziennik to jest piękny hymn o godności, a jego autor jest bez wątpienia jednym z najważniejszych i największych polskich pisarzy.

Wpadłem kiedyś po uszy w „Dziennik” Jarosława Iwaszkiewicza. Tak ogromnie ludzki. Pełen smutku, niezrozumienia, żalu. Jak każdy dziennik i ten Iwaszkiewicza pisany był zapewne z myślą o przyszłym czytelniku. Jednak to Pilch swojemu dziennikowi czy też zapisowi swojego życia i swoich stanów nadał formę doskonałą. Uczynił ze swojego dziennika dzieło literackie najwyższej próby. – Nie tylko zapis swojego stanu. Nie ma tu linijki, która by nie płonęła – i bynajmniej nie chodzi tu o ogień jaki się bierze z bólu czy poczucia przegranej. Przeciwnie. Ten ogień bierze się z doskonałej formy, z kompozycji, z ironii, również autoironii, rytmu. Ten dziennik zapala do życia. – Jak pisze Pilch nie sztuką jest stworzenie pełni czy też całości (to jest domena grafomanów). Sztuką jest stworzenie części. – Chciałoby się za Różewiczem powiedzieć: „zawsze fragment”.  Ten dziennik nie uzurpuje sobie żadnych praw do opowiadania całości. Opowiada tę iskrzącą się, rozwibrowaną część, która pobudza wciąż na nowo. Mimo że „opisane słabnie, a niezapisane zmierza do nieistnienia”.

Tylko pisarz tej miary, co Pilch jest w stanie napisać o sobie:

„Nawet jak jest w miarę normalnie, łażę z nudną pewnością, że zaraz mnie ogarnie mulista kadłubowość, ciężkie i jak we śnie nieuchwytne poczucie braku.

Wymiar wysoki też istnieje, dziury w mózgu dają efekt Graala (termin mój – J.P.), bez przerwy czegoś szukasz, szukasz czegoś, co nie wiadomo czy istnieje, a jak istnieje, nie wiadomo jak wygląda; raczej nie znajdziesz, a jak znajdziesz, to albo ci zabiorą, albo nie będziesz wiedział, że znalazłeś”.

(Jerzy Pilch „Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013)