ONA

W tych dniach myślę o Teresie Torańskiej, odeszła rok temu, 2 stycznia, w swoje urodziny. I wciąż trudno jest uwierzyć. Czytam właśnie książkę Ingi Iwasiów „Umarł mi. Notatnik żałoby”. I wciąż mam w głowie pytanie, które w niej zadaje: „Dlaczego nigdy nie pozwalam zawalić się światu?”.

Fragment mojej rozmowy z Teresą Torańską, ostatniej, jaka się ukazała. Całość w mojej książce „Wolne” wydanej przez Krytykę Polityczną w grudniu 2012 roku, którą Teresa zdążyła przeczytać.

Czy już w Białymstoku rodziła się twoja reporterska świadomość?

Pewnie tak, bo okazuje się, że bardzo dużo pamiętam z tego czasu. Chłonęłam, co było wokół. Mam też wcześniejsze, wyraźne wspomnienia. Na przykład z Sulechowa.

Byłam małym dzieckiem, kiedy tam mieszkaliśmy. O, spójrz, tu na ręku mam bliznę, ślad po skaleczeniu, bawiłam się w dawnej łaźni, miałam ze trzy lata, była oczywiście zburzona, z resztkami ścian, ona była z niebieskich kafelków. Dziecko zapamiętuje kolory.

Czy myślisz, że dziecko czy reporter?

Moja siostra niczego nie pamięta, a była dużo starsza. Pewnie się zdziwisz, pamiętam także powrót ojca z Syberii. A miałam cztery lata. W tym wspomnieniu mama jest brzydka, bo ma czerwone plamy na twarzy. Mama chciała być ładniejsza na powrót ojca i sąsiadka ją umalowała. Dla mnie przez szminkę stała się brzydka, bo jej takiej, umalowanej, nie znałam. Wydała mi się obca. Nie chciałam, żeby nagle stała się inna. Doskonale pamiętam te swoje emocje. Powrót ojca zapamiętałam przez dotyk. Miał na sobie okropny sweter z owczej wełny, bardzo szorstkiej. Wziął mnie na ręce i do dzisiaj czuję, że ojciec jest nieogolony i czuję ten sweter. W tym wspomnieniu krzywię się, patrzę na mamę, ale już wiem, że nie wolno płakać, chociaż tata przytula mnie i tak drapie. Mama nas nie biła, to było nie do pomyślenia, ale wystarczyło, że spojrzała w odpowiedni sposób i już wiedziałyśmy wszystko.

Pamiętasz te swoje pierwsze pytania? Pytałaś mamę: skąd się wzięłam?

Pytałam, a mama robiła z tego zabawę. Mówiła na przykład, że mnie znalazła w wychodku, byłam brudna, umyła mnie i przygarnęła. Moją siostrę znalazła w tej opowieści w taborze cygańskim, była głodna. Całowałyśmy mamę i dziękowałyśmy jej za to, że nas wzięła. Wiesz, dzisiaj to może brzmi dziwnie, ale myśmy tak naprawdę nie traktowały tego zbyt dosłownie. Czułyśmy, że to gra. Może miała takie poczucie humoru? A może matki bawiły się tak z dziećmi, mówiąc: „Nie, nie jesteś moją córką”. Żadnej traumy dla nas w tym nie było. A co miała opowiedzieć? Że bocian nas przyniósł? Widocznie uważała, że to za proste. Poza tym zawsze wciągała nas w opowieści, jakieś fabuły, podsycała ciekawość. Leżałyśmy wieczorem w jednym łóżku i opowieści się same snuły. Przecież ile pytań jest z takiej historii o uratowaniu z taboru cygańskiego. Mama lubiła nas wciągać w różne zabawy. Pamiętam, z Białegostoku, że lubiłyśmy się z siostrą przebierać. Któregoś razu, poprzebierane w mamy szmatki biegałyśmy po parku, mieszkałyśmy niedaleko. Mama postanowiła się nami zabawić. Podeszła do nas i zapytała: „Dziewczynki, a skąd jesteście?”. I szepnęła, żeby odpowiedzieć, że z Korei. A trwała akurat wojna koreańska. No więc Halina mówi: „Z Korei”, a dookoła ludzie. My twardo odpowiadamy, że jesteśmy sieroty wojenne. Zaczyna się robić szum. A ponieważ siostra ma bardzo skośne oczy, spokojnie wyglądała na Azjatkę. Tam się tłum zebrał, była żona funkcjonariusza UB, bo niedaleko były bloki, w których mieszkali ubecy. Ona najwięcej dopytywała o tę Koreę. Halina odpowiadała, jak to strasznie jest na wojnie. Ja coś tam dopowiadałam, ale Halina była starsza, więc radziła sobie lepiej. Pamiętam, że ta kobieta dopytywała: „Naprawdę jesteście same?” – „No, tak, jesteśmy same”. – „To trzeba wam jakoś pomóc”. W pewnym momencie mama zobaczyła naszą sąsiadkę, panią Pawłową i powiedziała: „Dziewczynki ja się spieszę, muszę biec dalej”. I tak nas zostawiła. Pawłowa zobaczyła nas poprzebierane i wypaliła: „Halinka, Tereska, co wy tu robicie?!”. I nas zdekonspirowała. Co innego mnie teraz ciekawi, że ludzie wierzyli w takie bzdury. Byli potwornie naiwni. Bo skąd raptem w Białymstoku dzieci koreańskie? Na dodatek same, w parku?

Pamiętasz sąsiadów z ulicy Elektrycznej?

Elektryczna była podzielona na dwie części: od Warszawskiej do rzeki Białki i parku było z pięć, sześć domów, po jednej i drugiej stronie, a po drugiej stronie rzeki teatr, elektrownia, a dalej ulica Mickiewicza z ogromnymi gmachami UB, do których później przeprowadził się ZUS. Mama nas potem zaprowadziła do ZUS-u, żebyśmy zobaczyły piwnice. Na ścianach były brązowe plamy. Mówiła, że to krew.

Już ci mówię, kto mieszkał na Elektrycznej. W Domu Węclików, pod numerem ósmym, był dom aktora. Aktorzy mieli dzieci, byłam z nimi zaprzyjaźniona, codziennie wieczorem biegałyśmy do teatru, nakładałyśmy buty i leciałyśmy przez kulisy. W domu aktora mieszkał na przykład Jarema Stępowski. Oglądałyśmy go, bo były takie słuchy, że lunatykuje, bardzo nas to interesowało. Cały czas myślałam, żeby zakraść się i zobaczyć, jak pan Jarema chodzi po dachach. Pod „szóstym” mieszkał doktor Hamerla, chirurg płucny, fantastyczny facet, z żoną farmaceutką. Biegałam i bez przerwy skręcałam sobie kostkę. Co ci będę mówiła, na drzewa też się właziło. I pan doktor Hamerla ciągle mi te nogi nastawiał. W tym domu mieszkały też moja babcia – matka ojca, i pani Kwasiborska.

My mieszkałyśmy pod „czwórką”, w jednym pokoiku, dwupokojowego mieszkania. W drugim, większym mieszkała Niemka, wciąż mam ją przed oczami – ubrana w białe żaboty całymi dniami siedziała w wejściu, na schodkach i patrzyła na ulicę. Mama w nocy chodziła do niej z jedzeniem, żeby ludzie nie widzieli. To coś mówi o tym, jaka musiała być atmosfera wokół tej kobiety. Nie wiem, dlaczego jej nie wysiedlono, w Białymstoku mieszkało przed wojna sporo Niemców, po wojnie Niemcy mieli przymus wyjazdu. Bardzo biedowała, chodziła głodna, miała robaki w łóżku. W drugim mieszkaniu byli Pawłowie, alkoholicy, matka z synem panieńskim, Michałem – malarzem, portrecistą, zdolnym nawet. Dalej mieszkała dziewczyna, która chodziła pod koszary wojskowe, miała syna Zbyszka.

Ty już rozumiałaś te wszystkie konteksty, o których mówisz?

Dam ci przykład na jakąś świadomość albo intuicję, nie wiem. Pamiętam taką scenę. Biegnę boso ulicą, zaczepia mnie jakiś facet i pyta, gdzie mieszkają państwo Wolańscy. Pokazuję. Wpadam do domu i mówię: „Mama, Ani ojciec wrócił”. Mama pyta skąd. Mówię: „Jak to skąd, z więzienia”. Wiedziałam, chociaż nie pamiętam, żeby ktoś mi o tym mówił. I wiedziałam na dodatek, że siedział za sprawy polityczne, chociaż – i tego jestem pewna – nigdy mi o tym nie mówiła. O tym się nie mówiło. Ja też nie mówiłam koleżankom, że mój wujek siedzi, że moja jedna ciotka była w łagrze, druga w łagrze, że ojciec miał wyrok dziesięć lat łagru – to była jednak tajemnica. Ania na pewno nie zwierzała się koleżankom, że jej tata siedzi. Musiało być coś, że jako dziecko – a miałam wtedy dziesięć lat – poznałam, że wrócił z więzienia. Miał bladą, właściwie białą twarz, a było lato. Nawet nie przyszło mi do głowy, że mógłby wracać ze szpitala. Dzisiaj wiem, że to był czas wielkiej amnestii. Naprawdę interesuje cię ta ulica?

Interesuje, bo mówi coś o tobie, twojej ciekawości i o tym, jak się rodziłaś jako reporterka. Wracamy na Elektryczną?

Pod „dwójką” mieszkał Praga, nie znam imienia, interesuje mnie do dzisiaj. Był właścicielem połowy tej ulicy. Myślę, że te domy były pożydowskie. Już dawno się rozpadły. Facet był z tajemnicą, miał dużo młodszą żonę. Widzę jej twarz, potwornie ciemna, z zapadniętymi oczami. Była chuda. Smutna. Ich córkę zapamiętałam jako przezroczystą. Oni ją oddali do zakonu. To było dla wszystkich zaskoczenie, że Praga z żoną to jedyne dziecko oddali do zakonu. Dziewczyna skończyła czternaście lat i matka zawiozła ją trafiła do klasztoru w Krakowie, chyba do Szarytek. Moja mama prosiła ją, żeby tego nie robiła. Rozmawiała z nią o tym. Raz przy mnie. Urszula była kilka lat starsza ode mnie. Przyjechała po dwóch latach do Białegostoku, miała kornet. Jakbym miała wreszcie wolny czas, pojechałabym do Białegostoku pogrzebać w hipotece, bo chciałabym zrozumieć, o co chodziło z tymi domami. Nasz dom na pewno był żydowski, był lichy, drewniany, z bali. Umarła Niemka, dostaliśmy drugi pokój. Mieliśmy dziury w ścianie, na wylot, które mama próbowała załatać poduszką. Było strasznie zimno. Poszłyśmy raz, gromada dzieci z ulicy do przewodniczącego Rady Narodowej na ulicy Lenina, to była przecznica od Elektrycznej, żeby nam tę dziurę załatał. Przyszli robotnicy i ją zamurowali. Ale dalej było zimno i woda zamarzała w nocy. Jak miała nie zamarzać, skoro dom mama ogrzewała niewielką kozą, która stała po środku? Wiesz, dużo się nauczyłam, na Elektrycznej, bo była tam mieszanka narodowościowa i religijna. Mieszkali inteligenci, ale i rodziny z marginesu. Na przykład rodzina, w której co roku rodziło się dziecko i co roku umierało. W tej rodzinie zostało troje dzieci – złodziej i dwie prostytutki. Gdyby zostali na tej ulicy, to by się wybronili, bo jednak inteligenci mieszkający na Elektrycznej pomagali innym sąsiadom. – Moja mama, która była nauczycielką, pomagała dzieciom odrabiać lekcje, pisać wypracowania. Był teatr, do którego się biegało. Ale wyprowadzili się z Elektrycznej. Tymczasem ich matka umarła w kolejnym połogu, może dwudziestym. Ich ojciec był fryzjerem, chyba ją bił. Teraz się czasami zastanawiam, czy te nowonarodzone dzieci aby nie były zabijane.

Sąsiedzi się wzajemnie sobą interesowali?

Mama w ogóle nie była osobą, która by usiadła na ławce i poplotkowała. Jeżeli cokolwiek wiem, to z własnych obserwacji, z informacji, które sama zdobywałam. Dziecko odkrywa inność. A my żyłyśmy we trzy, bo rodzice, jak ci mówiłam poprzednio, rozstali się. Nie pamiętam, żeby mama na nas krzyczała, czy podnosiła głos. Jeżeli zrobiłyśmy jakiś numer, zdarzało jej się płakać. Więc wszystko różniące się od tego modelu życia, od tego spokoju było dla mnie ciekawe. Pamiętam na przykład, że niedaleko mieszkał alkoholik, któremu żona podkładała pigułki, były wtedy antabusy, po których nie chciało się pić. Oczywiście napił się i umarł na serce. Na moich oczach. Oparł się o dom i umarł. Zamykam oczy i widzę, jak się obsuwa po ścianie. Miałam może siedem lat, kiedy widziałam Pragę w otwartej trumnie, byłam tego ciekawa, poleciałam zobaczyć. Nigdy więcej już nie chciałam oglądać zmarłych.

Historię rodzinną poznawałaś od mamy?

Znałam ją lepiej niż mama, bo wypytywałam babcię, robiłam drzewo genealogiczne. Łapałam okruchy od ciotki Żeni, która dużo wiedziała, od ciotki Śnieżynki. Moja babcia, matka ojca, która była rodem od pokoleń z Wołkowyska bardzo tęskniła i chętnie zagłębiała się przeszłości. Wyprowadzała nas na ulicę Piasta, gdzie były tylko zboża i oczekiwałyśmy pociągów jadących do Wołkowyska. Jeździły tylko towarowe, a my machałyśmy tym pociągom.

Wróciłaś na Elektryczną po latach?

Tak, ale naszej ulicy już nie ma. Została wykupiona przez kościół św. Stanisław Kostki. Naprzeciwko naszego domu był dziki ogród i było przedszkole, też ich już nie ma. Zostały tylko dwa domy – Węclików, czyli dom aktora i dom Kalinowskiego, czyli ten, w którym mieszkali Hamerlowie, moja babcia i pani Kwasiborska. Ten dom jest strasznie mały, a wydawał mi się wtedy wielką, piękną kamienicą. Zresztą pierwszy obrazek, który pamiętam z Białegostoku – przyjechałam z Sulechowa, mam cztery lata, jest zimno, jestem opatulona, świeci piękne słońce, stoję w bramie, a ta brama jest taka wielka. Jeszcze dzisiaj widzę tamto słońce. Może kiedyś będę miała czas i zapał, żeby to wszystko opisać.