Pistacje

Cieszę się, że zaczął się nowy. Prawdę mówiąc rok 2013 choć zawodowo bardzo dla mnie dobry był smutny, bywał przygnębiający. Nieoczekiwane odejścia ważnych dla mnie osób zgasiły radość z zawodowych działań. A swoją pracę bardzo lubię. I lubię się nią cieszyć.

Zaraz po Świętach wyjechałem na kilka dni zagranicę, do słońca, na urlop bez żadnych zobowiązań. I jak to bywa, kiedy organizm się wycisza, adrenalina spada, zaczyna się osłabienie. Już drugiego dnia ból gardła, a potem wszelkie symptomy przeziębienia. Ale przetrwałem. Jestem już w Warszawie i dzisiaj od rana załatwiałem sprawy, organizowałem sobie pracę na najbliższe tygodnie. A rok zapowiada się zawodowo bardzo gęsty. I niech nic już się złego nie dzieje. Tego sobie i wszystkim życzę. Niech nam już będzie dobrze, a nawet lepiej i raczej w słońcu niż w deszczu.

Za to w czasie urlopo-choroby przeczytałem dwie fantastyczne książki, o których mam nadzieję jeszcze napisać. „Miedzianka. Historia znikania” (Wydawnictwo Czarne) to fascynująca reporterska opowieść o mieście, które znikało kilka razy, które zapadło się pod ziemię. To historia miasta i jego mieszkańców.  – Ich problemów, nadziei, marzeń, trosk i wreszcie ich wygnania. Bo przecież wszyscy oni, czy mieszkający tam od pokoleń Niemcy wygnani po wojnie bądź masowo odbierający sobie życie czy Polacy – przesiedleńcy, pracownicy kopalni albo słynnego browaru, zostali wygnani ze swojej Arkadii. Poruszająca historia miejsca, które idealizowane dzisiaj, przetrwa już tylko na kartach tej książki, kiedy pamięć jego ostatnich mieszkańców zacznie gubić sceny i fotografie. Konia, który zapadł się pod ziemię, ograbionego kościoła, niemieckiego cmentarza, drzewa, które jako jedyne zapamięta.

praca Aliny Szapocznikow

„Kroją mi się piękne sprawy” to listy Aliny Szapocznikow i Ryszarda Stanisławskiego (wydawnictwo Karakter, zbiór uzupełniają objaśnienia Agaty Jakubowskiej). Wspaniały dokument czasu, nie tylko świadectwo miłości i jej końca. Mówiła niedawno na spotkaniu w „Gazecie Wyborczej” pani Julia Hartwig, że właściwie wielką stratą jest zanik epistolografii, bo z listów dowiadywaliśmy się o epoce. Zrozumiałem tę prawdę po raz kolejny. Bo choć PRL, w jakim Szapocznikow i Stanisławski żyli, jest tak nieodległy, to jak wiele ich listy uświadamiają. Talent Aliny Szapocznikow rozpoznany został za późno. Nieustannie uwikłana w codzienność, w brak pieniędzy, konieczność ich pożyczania, wysiłki pozyskania paszportu i wiz potrzebnych na zagraniczne wyjazdy, jej świadomość, kiedy oglądała zagraniczne wystawy, jak wiele jeszcze nie wie, jak wiele się musi nauczyć. Jej siła zaczynania wciąż od nowa. Osobiste problemy. Choroby. Macierzyństwo odnalezione w adopcji, bo własnego dziecka mieć nie mogła. I prawie nieobecna przeszłość – wojna, życie w getcie, obóz. – Jakby tego nie było. Chociaż nie. Jest moment, kiedy pęka. Kiedy już za dużo jak na jedno życie. Ale szła do przodu. Rozwijała się. Dbała o bycie artystką. Nie tylko o tworzenie, ale również o rolę i pozycję artysty. Miała temperament i tupet. Kiedy ze Stanisławskim odwiedzili we Francji Picassa, przedstawiła się i zaraz powiedziała: „I chcę pożyczyć trzy tysiące”. Mogła to powiedzieć, bo właściwie byli sobie równi. Twórczość Szapocznikow na szczęście zdobywa coraz większe uznanie. Wspaniała wystawa z MoMy w Nowym Jorku od lutego prezentowana będzie w Muzeum Sztuki w Tel Awiwie. W Warszawie też aktualnie możemy zobaczyć jej dzieła w galerii Teatru Wielkiego. Te listy to właściwie wydarzenie. I bardzo namawiam do ich lektury.

Zaczął się nowy rok, a ja znalazłem w końcu pierwsze zdanie do książki, którą dokumentuję już piąty rok. Początek nowej przygody. A więc niech nam się pisze.

JAROSŁAW ZALESIŃSKI

PISTACJE

Na seledynowym spodku leżą pistacje.

Łagodne kolory sycą się sobą. Możesz brać je

w palce i wkładać do ust. Słodycz i słoność

zaspokoją twój głód. Bierz pełnymi garściami,

wolno upuścić ci spodek, który rozbije się na kamieniu

na ostre kawałki, a ty przesuniesz je w kąt bosą stopą,

jak fakir, nie raniąc się do pierwszej krwi. Jest lato,

jego schyłek, niczym pszczoły buczą kolory ogrodu.

Łodygi rabarbaru, różowe u nasady, napęczniały

znanym ci kwaśnym sokiem. Potrącasz liście

czarnej porzeczki i wdychasz ich cierpki aromat.

Dalie, hortensje, ostróżki, różowo-biała pościel

w dziecięcej sypialni, namawiają do południowej drzemki.

Zaśniesz, ockniesz się jesienią i dla rozruszania obciążysz dłonie

hantlami gruszek. Zimą zakwitnie nad tobą jaśmin.

(z tomu „Wiersze ponowne”, Wydawnictwo „Tytuł” Krystyna Chwin, Gdańsk 2012)