Nikt nie woła

Józef Hen w Teatrze Żydowskim, foto Janusz Paliwoda

Skusiłem się wczoraj na wizytę w Empiku (świąteczna promocja 2+1 czyli kupujesz dwie książki, trzecia gratis), a wyszedłem po przeszukaniu torby i gęstym tłumaczeniu się, że tomiki wierszy Julii Hartwig w mojej torbie są moje własne (wracałem właśnie od pani Julii), a nie kradzione, i że proszę, nawet dedykacje mają wpisane, ale usłyszałem, że dedykacje mogłem tutaj sam sobie… I pewnie też zdążyłem gdzieś w kącie zaznaczyć ołówkiem różne fragmenty wierszy i marginesy zapisać komentarzami. W całej tej historii cieszy jedynie to, że – z wiedzy ochrony Empiku – najwidoczniej są amatorzy książek, a już zwłaszcza poezji. Czyli jest nadzieja w narodzie. Inna sprawa, dlaczego ta bramka w ogóle zadzwoniła?

Jednak cieszę się wolnością i mogę sobie czytać do woli. – Właściwie jednak nie mogę, bo skupiam się niestety głównie na lekturach zawodowych potrzebnych mi do wywiadów, jakie robię, do tekstów, jakie piszę i do spotkań, jakie prowadzę. W dodatku weszliśmy podobno w okres, kiedy organizm wytwarza więcej melatoniny niż zwykle, co ewidentnie czuję nawet w ciągu dnia.

Pisałem tutaj ostatnio kilkakrotnie o Józefie Henie, jego książkach, moim przygotowaniu do spotkania z pisarzem, jakie prowadziłem w Teatrze Żydowskim (dźwięk jest w zakładce „codziennik”). Gęsto cytowałem też zbiór wywiadów z Henem „Wiem, co mówię…”.

Marzyłem od dawna, żeby wpaść bez pamięci w jakąś powieść. Żywię się głównie literaturą faktu. Zresztą non-fiction to znak naszych czasów. Przeczytałem gdzieś nawet, że żyjemy w epoce reportażu (czy Martin Pollack tak powiedział?).

Tymczasem Wydawnictwo Literackie przysłało mi wznowienie autobiograficznej, bardzo przejmującej prozy Hena „Nikt nie woła” i w ten sposób otrzymałem prezent bycia sobie w tej powieści do woli, i bez pamięci. I co to był za czas?! Sama historia wydania „Nikt nie woła” to już niezły materiał na powieść. Bo na wydanie czekało ponad trzydzieści lat. Historię młodego Bożka, żydowskiego chłopaka z Nowolipia, który w 41 roku znalazł się w Związku Radzieckim i usiłuje dostać się do armii generała Andersa, uznano oczywiście w PRL-u za niecenzuralną. Kiedy Józef Hen napisał pierwszą część książki „Boso” na jesieni 1956 roku było jeszcze światło na jej druk. Postanowił jednak nie wydawać samej tej części i dopisać drugą – historię miłości Bożka i Leny. Rok później, kiedy rzecz była ukończona jakiekolwiek światło na jej druk przestało się tlić i jeszcze kilkakrotnie do czasu zmiany ustroju zapalało się i gasło. Tak więc i czytelnicy i krytycy przez całe lata znali pisarstwo Hena bez tej ważne i przejmującej książki.

Lubiłem tego Bożka od pierwszej strony. Samotny chłopak, który nie ma pojęcia, co stało się z jego żydowską rodziną w Warszawie, gdzieś właściwie w Azji, daleko od ukochanego Nowolipia, musi żyć życiem instynktownym, morderczo ciężką pracą w obozie pracy, w sowchozie. Jest robotnikiem. I to wszystko, co przeczytał, czego się nauczył, jego pisarskie aspiracje nie mają w tej części świata w tym momencie historii żadnego znaczenia. Bożek musi przetrwać. Oczywiście, że gdzieś w nim jest to wszystko, czym wcześniej nasiąkł. Oczywiście, że obrazy do niego wracają, że chowa się w nich czasami, że przypomina sobie przedwojenną Warszawę, jej kawiarnie, księgarnie i place. Ale też instynkt podpowiada mu, że ważniejsza jest twardość, że powinien stać się ostry, być może nawet bezwzględny. I usiłuje taki być, a jednak tamto przebija się stale. Jest coś w wychowaniu, czego nie można zasypać. Sympatyczny jest Bożek nawet, kiedy jest hardy. Nie ma nic, a właściwie niczego mu nie potrzeba. No, mundur by się przydał a nie łachy. I buty by się przydały. Za buty, których nie ma, pracowałby długo. Zrobiłby wiele.  Dla butów właściwie chce się zaciągnąć do wojska. Przyjmą go czy nie, ale może chociaż mundur dostanie. Bo mając buty to jakby był człowiekiem na powrót, nie maszyną. I okoliczność się nadarza. Miałem łzy w oczach, kiedy czytałem:

– Numer butów? – spytano.

Może być ósemka.

Obładowany odszedł pod pień morwy. Zdejmował z siebie stare połatane bryczesy, czarną od licznych dezynfekcji koszulę, futrzaną czapkę, która tak długo chroniła go od porażenia słonecznego. Przebierał się, płacząc. Nie hamował łez, nie mógł opanować szlochu i dopiero kiedy zobaczył nadbiegającego Stachowicza, wytarł mokrą twarz skrawkiem starej koszuli(…)

Dlaczego nie zakładasz butów?

Poczekaj chwilę, umyję nogi(…)

Powoli z namaszczeniem sznurował buty, mocne, nie do zdarcia, sama krzepa. Miałem piekielne szczęście! Wstał, próbował chodzić. Ziemia uciekała mu spod nóg. Czuł się teraz wyższy, lotniejszy(…) Odwrócił się, zrobił kilka kroków i stuknął obcasem w ziemię. Wspaniale! Nie czuje się wybojów, korzeni, szkła, twardości ziemi. Nie będzie się bał rozpalonych kamieni ani parzących szyn. – Nigdy nie zapomnę – pomyślał nagle.

I co tu dużo gadać Bożek płakał nad sobą, ja nad nim. I już byłem w tej powieści po uszy, na zawsze, nie umiałbym już jej oddać nikomu. Może nigdy do niej nie wrócę, może nie zajrzę już ale będę miał. Dla siebie. Pamiątkę tego mieszkania w niej. A potem szliśmy z Bożkiem dalej, a on poznał Lenę. Cała ich miłość, jej naiwność, dziecinność, niedojrzałość, jej pierwszość, budowanie czegoś, co jest jak zamki z piasku, pochłonęła mnie jeszcze bardziej. Ta nieporadność, świeżość, piękno po prostu. A przecież cytowałem tu wcześniej to, co Józef Hen mówił o swojej żonie, która gubiła pamięć, która odchodziła. O swojej Renie. O Lenie. Przecież nie mogłem czytać „Nikt nie woła” nie myśląc, że to wszystko napisał o sobie, o nich. Na spotkaniu zapytałem o to. Odpowiedział, że w tej powieści nie ma żadnej fikcji, że wszystko, co jest opisane, naprawdę im się przydarzyło.

I jeszcze niezwykła puenta, jaką dopisało życie. Na okładce parę zdań autora: „Starsza, bardzo dystyngowana pani, erudytka, po przeczytaniu Nikt nie woła, powiedziała, wyraźnie skrępowana: Przepraszam, że to poruszam… Ale czy pan wie, jakie były dalsze losy tej dziewczyny, która żegnała się z Bożkiem na peronie? – Tak, wiem. – Co? – Jest babcią moich wnucząt. Pani otworzyła usta, jakby musiała nabrać tchu – i rozpłakała się”.

Zbiór wywiadów z Henem „Wiem, co mówię” kończy opracowane przez niego, kapitalnie, kalendarium życia i twórczości, które jest czymś o wiele cenniejszym niż kalendarium. Zapisał tam:

2009. Lipiec. Kilkakrotnie w nocy znajduję Renę na podłodze. Nie pada, osuwa się. Nieoczekiwanie potrafi być błyskotliwa. Mówi: „Masz dobry gust”. „W czym?” „Że wybrałeś mnie”.

2010. 26 sierpnia. RENA ZMARŁA. Jej ciało przestało Ją męczyć. „Wróciła do Nawarii”. Powiedziałem to na uroczystości pogrzebowej na Cmentarzu Komunalnym. Odprowadziło ją kilkanaście osób. Odmówiliśmy z Maćkiem kadisz. Zwróciłem się do niej: „Reniątko, śpij spokojnie, należy ci się to”.

Czytam, a widzę Bożka, który pewnego popołudnia postanawia mieszkającej ze trzydzieści kilometrów dalej Lenie zanieść morwę.

Na pewno okaże się, że morwę przyniosłem w samą porę. Lena powie zmieszana: Z chlebem były dziś kłopoty – dziękuję ci, synu. Wyobraziłem sobie, jak łapczywie je owoce. Sok oblewał jej wargi i same wargi też stawały się soczyste, spojrzenie jej wilgotniało i oczy połyskiwały jak czarna morwa. Potem przypłynął ku mnie zapach jej włosów, słodkawy zapach nafty, którą je przemywała, i owocowy zapach jej skóry. W cztery godziny zajdę, pomyślałem.

*

Józef Hen „Nikt nie woła”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

Józef Hen „Wiem, co mówię czyli dialogi uzdrawiające”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2013