daty

Są takie daty, które się pamięta całe życie. Dla mnie jedną z nich jest 2 sierpnia. Dokładnie sześć lat temu zmarła babcia Agnieszka, która mnie wychowywała, po dziesięcioletniej chorobie Alzheimera, wyszła moja powieść „Bądź moim Bogiem” i zacząłem pracować w Teatrze Na Woli. Sześć lat i tyle zdarzeń w tym czasie. Tamten czas wydaje się odległy, zamknięty.

Pisałem tutaj kilka razy, że moja babcia była nie tylko świetną kucharką ale i znakomitym cukiernikiem. Pisałem o wytrawnych łabędziach z ptysiowego ciasta, jakie piekła, i które potem pływały w talerzu czy miseczce z bulionem. Bo babcia Agnieszka była Babette z opowiadania Karen Blixen. Chciałem dzisiaj jakoś wrócić wspomnieniami do przeszłości. Mam taką kawiarnię, w której podają łabędzie, wprawdzie na słodko, z bitą śmietaną, ale robione są i wyglądają tak samo jak te, które piekła babcia. Poszedłem na kawę z łabędziem. Pomyślałem, że to najlepszy sposób, by jakoś wrócić do dzieciństwa, do czasu, który – jak dzisiaj myślę – był dla mnie bardzo ważny.

A Teatr Na Woli? To był wspaniały, twórczy czas. Wokół teatru, za inicjatywą dyrektora Macieja Kowalewskiego gromadzili się ważni, ciekawi artyści. Krytykowano nas niemiłosiernie, potępiano w czambuł, zniszczono tę dyrekcję i jej potencjał. Bywało, że recenzenci nie chcieli dostrzec w spektaklach niczego pozytywnego. Kiedyś o tym czasie napiszę. Ale chcę tylko powiedzieć, że wówczas z Teatrem Na Woli związani byli wspaniali wybitni artyści, wszystkich pokoleń, od Michała Siegoczyńskiego przez Iwana Wyrypajewa i Karolinę Gruszkę do Barbary Krafftówny. Powstało kilka ważnych spektakli, w tym najważniejszy „Lipiec”. Nie mnie oceniać pracę, ale nikt z tak zwanych recenzentów nie zauważył wtedy, że w Teatrze Na Woli działają ważni muzycy Bartosz Dziedzic (znakomity kompozytor i producent płyt, później współautor sukcesu Moniki Brodki) czy Marcin Macuk (współautor ważnych utworów Kasi Nosowskiej), że reżyseria świateł jest na światowym poziomie (Piotr Rybkowski z berlińskiego teatru Hebbel), że dzięki dyrektorowi teatr zyskał jedno z najlepszych nagłośnień teatralnych w Warszawie. Że „Wola” była jedynym teatrem w Warszawie, który grał regularnie wszystkie spektakle z angielskimi podpisami, że odwiedzało nas wielu turystów i obcokrajowców, którzy doceniali otwartość spraw i tematów. I mógłbym tak długo. Dowiedziałem się Na Woli, jak krytyka potrafi zniszczyć nie widząc i nie rozumiejąc. Niektórzy z krytyków zrobili z nas grafomanów, nieudaczników, szkodników. Petycję popierającą dyrekcję Macieja Kowalewskiego podpisała znaczna część środowiska teatralnego, a Barbara Krafftówna, Ewa Szykulska, czy Ala Świdowska, która u nas zagrała ważny spektakl według pamiętnika swojej mamy Adiny Blady-Szwajger „I nic więcej nie pamiętam” chodziły stale na posiedzenia Komisji Kultury i Rady Warszawy, aby zabrać głos przeciwko miejskiej polityce. Był to chyba pierwszy teatr, który tak wyraźnie protestował otwarcie potępiając działania Biura Kultury i pani prezydent. Tylko wtedy inne teatry i instytucje nie widziały sensu wspólnego działania. Zauważały dopiero, kiedy kolejni dyrektorzy tracili możliwości i dyrekcje. Inni dyrekcje zyskiwali (niektórzy potrójne), Teatr Na Woli stał się zaledwie sceną Teatru Dramatycznego. I tu już nie mam siły nawet komentować, moja opinia jest znana, bo ją głośno wyrażam. Na szczęście przed nami konkurs na dyrektora Biura Kultury, którego by nie było, gdyby nie zagrożenie referendum, tego jestem pewny.

A warto też powiedzieć, że realizowane później spektakle, które zyskały świetne recenzje np. „Sex machine” czy „Amazonia”, to były sztuki napisane na zamówienie Macieja Kowalewskiego. „Amazonię” wydaliśmy zresztą drukiem, co pamiętam dokładnie jako kierownik literacki tego teatru. Zresztą wydawaliśmy wszystkie teksty sztuk, jakie miały swoje premiery w teatrze. Nie mówię, że nie było błędów Na Woli. Były, ale przecież błędy wpisane są w każdą działalność artystyczną. Ważniejsza była ilość wydarzeń, jakie się Na Woli odbywały – spektakli, koncertów, spotkań, festiwali (w tym choćby „Modrzejewska wraca do Warszawy”, ze spektaklami teatru z Legnicy), benefisów, wieczorów autorskich, debat, konferencji…

Sześć lat doświadczeń dobrych i złych. Lata, które mnie kształtowały, zmieniały. Robię swoje. Wczoraj oddałem wydawcy nową książkę. Zaczynam następną. Nie zatrzymuję się, bo żre mnie ciekawość świata i apetyt na życie. Nic z tego nie straciłem. A smutni i ślepi zostaną smutnymi i ślepymi. Róbmy swoje. Wbrew wszystkiemu. Budujmy i dajmy innym swoją wrażliwość. Piękno zwycięża.