Gorzkie pomarańcze

Byłem w Grecji wiele razy, na wielu wyspach, z których najbardziej ukochałem sobie Korfu. Jednak poznawałem kraj dosyć powierzchownie, co uświadomiła mi znakomita książka reportera radia TOK FM  (nominowanego w ubiegłym roku do nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego) Dionisiosa Sturisa „Grecja. Gorzkie pomarańcze”, która pozwala nam spojrzeć na Grecję z wielu perspektyw. Z jednej strony jest aktualna, bo podejmuje temat kryzysu ekonomicznego, pokazuje spowodowane kryzysem społeczne przemiany (ale też okopywanie się na pozycjach oczekiwania i roszczenia), przybywające do Grecji fale emigrantów (i ich tragiczny często los), jednak przede wszystkim podejmuje próbę ukazania, w jaki sposób kształtowała się współcześnie tożsamość Greków. Na tym tle, co jeszcze ciekawsze, Dionisios Sturis bada swoją własną tożsamość, urodzonego w Salonikach a wychowanego w Polsce z pokiereszowaną historią rodzinną. Najbardziej chyba wstrząsająca jest opowieść o wygnaniu, w efekcie którego znalazła się jego rodzina najpierw w Czechosłowacji i w Polsce, później  tylko w Polsce, by w końcu powrócić do Grecji. Cała ta rodzinna tułaczka wynikająca z mielącego koła historii jest kontrapunktem do opowieści o dzisiejszych emigrantach szukających w Grecji swojego miejsca na świecie (jeśli w ogóle udaje im się przeżyć drogę, wyruszają nielegalnie, często bez paszportów, zdarza się, że ich ciała wyławiane są na brzeg i wówczas nie wiadomo nawet, kim byli ci zdesperowani ludzie, którzy zostawiając swoje kraje nie mieli też chyba pojęcia o aktualnej sytuacji w Grecji).

Podejmuje Dionisios Sturis tematy społeczne, polityczne i kulturalne (walcząca z juntą wybitna grecka aktorka Melina Mercouri, która postanawia uratować kraj w potrzebie narażając siebie i swoją rodziną na śmiertelne niebezpieczeństwo; kiedy pułkownik Pattakos oświadcza, że już nie jest Greczynką, zapytana o to w wywiadzie odpowiada wielce charakterystyczne słowa: „Urodziłam się Greczynką i umrę Greczynką. Pan Pattakos urodził się faszystą i jako faszysta umrze”). Wywiad z pisarzem  Nicholasem Papandreou, synem Andreasa i bratem Jorgosa jest pretekstem do opowieści  o ich polskich przodkach, o rodzinie Zygmunta Mineyki (jego biografia to materiał na trzymający w napięciu film). Ale zaraz dostajemy też relacje ze spotkań premiera Papandreou z generałem Jaruzelskim. „Gorzkie pomarańcze” dają portret podwójny – Polaków i Greków, przez co pozwalają nam lepiej Grecję zrozumieć. Dionisios Sturis bada przecież własną polsko-grecką tożsamość, dzięki czemu patrzy na Grecję trochę jak swój, ale chyba bardziej jak obcy odkrywając i dla siebie Grecję będącą wciąż terra incognita. Zdaję sobie sprawę, że piszę ogólnie, ale nie chcę zdradzać za wiele, książka jest precyzyjnie skonstruowana, dosłownie się w nią wpada, i nie chciałbym odbierać przyjemności z odkrywania dla siebie.

Moją ukochaną bohaterką tej książki jest ciotka Kula, która opowiada rodzinną historię z jakimś wrodzonym dystansem, a równocześnie emocjonalnie. Opowiada o przerzucaniu przez granice zakupionych w Polsce mebli na wysoki połysk, i nagle wszystko staje się bliskie, bo kto z nas takich mebli nie zna. I możemy być pewni, że ten akurat komplet (przeciwnie do tych, które pamiętamy) nie wyląduje na śmietniku historii. To już prędzej wyląduje tam wielofunkcyjny stół-biurko Iliasa, która ma uratować Grecję, bo jeśli nie ten stół, to co mogłoby uratować rodzinny „biznes”?

Inaczej będę patrzył na Grecję, teraz, po lekturze tej książki. Dumni, owszem. Leniwi, niektórzy, jednak praca na roli w górach ciężka. Ale przede wszystkim próbujący się podnieść z okrucieństwa, jakie zadała im historia, czego rodzina Dionisiosa Sturisa jest doskonałym przykładem. Ale ze wzburzoną krwią, jak Melina Mercouri. Wędrujący z meblościankami po świecie, żeby w końcu do Grecji powrócić. Urodzili się Grekami i Grekami umrą. I nawet pół-Grek jest Grekiem Zorbą (tak jak każdy z nas jest z „Nocy i dni”).

Jest lato 1966. Na wyspie Spetses pojawia się Greta Garbo. Melina Mercouri z przyjaciółmi wyprawia dla niej przyjęcie w lokalnej tawernie. Buzuki jeszcze nigdy tak pięknie nie brzmiały. „Wszyscy mieli kefi, wszyscy zatracali się w zabawie. Całą podłogę pokrywało potłuczone szkło. Okoliczni rybacy tańczyli dla Garbo, która była zachwycona. Poprosiła, bym i ja dla niej zatańczyła. Tańczyłam boso, ale nie zważałam na kawałki talerzy. Nie pociekła mi ani kropelka krwi. Moment kulminacyjny przyszedł, gdy Garbo sama rzuciła na podłogę pierwszy talerz. Wszyscy poszli w jej ślady i ze stołów zniknęły szklanki i wszelkie szkło. Zanim wróciła na statek, śpiewaliśmy jej greckie piosenki. Płakała, gdy nuciłam Kaimos Mikisa Theodorakisa. Jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze, tak żeby mogła słyszeć mój głos, gdy odpływała”.

Melina Mercouri śpiewa \”O Kaimos\”

I taką Grecję znam. Porywającą do tańca, do śpiewu, do rozbicia w sobie kamienia i roztańczenia duszy. Teraz trochę więcej wiem, co jest głębiej, co tego ducha kształtowało. „Gorzkie pomarańcze” to lektura obowiązkowa nie tylko w wakacje i nie tylko dla wybierających się do Grecji.

(Dionisios Sturis „Grecja. Gorzkie pomarańcze”, Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2013)