Pomarańczowy flamaster

„Vogue” nigdy nie dawał zdjęć do autoryzacji, ale Marilyn Monroe była wyjątkiem, w dodatku zgodziła się, a nawet sama zaproponowała, że będzie na sesji nago, jedynie za przezroczystą tiulową chustą. Bert Stern fotografował MM całą noc. Byli w pokoju właściwie sami. Tak, chciał przespać się z Marilyn Monroe, fotografował pożądając, tak było zawsze. Zdjęcia, które zrobił przeszły do historii. Ostatnia sesja. Niezwykła do tego stopnia, że kiedy szefowie „Vogue’a” ją zobaczyli, kazali mu zrobić kolejną, tym razem w kostiumach. Ani MM ani on nie byli z nich zadowoleni. Bo tamtej nocy, kiedy byli sami w hotelowym pokoju MM – za pomocą tych zdjęć – dokonała spowiedzi. Pokazała coś, czego nikomu wcześniej nie ujawniła. To było możliwe – jak mówi po latach Stern – tylko w tej wąskiej szczelinie, która staje się misterium, w tej szczelinie, która jest między fotografowanym a fotografującym. W niej jest pasja, pożądanie i prawda nieuchwytna w żadnym innym miejscu.

Więc Marilyn zażądała autoryzacji zdjęć. Dostała negatywy. Właściwie niewytłumaczalne jest, dlaczego najlepsze zdjęcia, te, na których jest prawda, pokreśliła – na zawsze – pomarańczowym flamastrem, żeby dokonać absolutnego samozniszczenia użyła jeszcze wsuwki do włosów i porysowała kadry, porobiła w nich dziury. Zniszczyła na negatywach to, co nieuchwytne, a mimo to zapisało się na zdjęciach Sterna.

Fotograf tłumaczy, że dzięki tym zniszczeniom Marilyn powiedziała o sobie jeszcze więcej, uczyniła te zdjęcia naprawdę nieśmiertelnymi. Czy zrobiła to z gniewu, z potrzeby walki o swój wizerunek i legendę, czy też zrobiła to, aby coś o sobie powiedzieć do końca?

„Vogue” z ostatnią sesją ukazał się dzień po śmierci Marilyn Monroe. Po latach Bert Stern powtarza tę sesję z Lindsay Lohan, zrobioną na Marilyn Monroe. Kopiuje ją i siebie. A praca od początku skazana jest na porażkę. Tak jakby legendarny Stern wziął pomarańczowy flamaster i jakąś szpilkę i tamte zdjęcia i siebie po drugiej stronie obiektywu chciał zniszczyć. Albo chciał powiedzieć coś ważnego.

Bo między jedną a drugą sesją wydarzało się wiele ważnego. Król życia, któremu spełnił się prawdziwy „American dream”, popadł w uzależnienia, w paranoję, zaczął słyszeć głosy, Picasso w jego głowie kazał mu przemalować kuchnię. Rozpadło się jego małżeństwo. Stracił pieniądze. Znalazł się na marginesie. A potem trzykrotnie doświadczył własnej śmierci.

Po latach opowiada historię życia swojej muzie, modelce, partnerce Shannah Laumeister, która chodzi za nim z kamerą, próbując wyczarować tę szczelinę pomiędzy, szczelinę prawdy. Ustawia kamerę i nagrywa ich intymne rozmowy w domu, na spacerze, w samochodzie. Czyni ich wspólne życie tym na sprzedaż. Jakby chciała przekreślić je pomarańczowym flamastrem. Stern wścieka się i mówi, że przez ten film oddalają się od siebie. Mówi nawet: nie zauważyłaś, że ode mnie odchodzisz.

Lubimy podglądać. Zbudowana jest na tym cała współczesna kultura. I podglądamy Sterna z emocjami. Patrzymy na króla życia, dzisiaj starszego, doświadczonego pana jak w białym szlafroku siada w ogrodzie przed domem i powraca do wspomnień, które brzmią jak krzyki i modlitwy z odnalezionej czarnej skrzynki.

Wszystkie te osoby, o których mówi to właściwie legendy. Wiele z nich już nie żyje. Prawdę o wielu utrwaliły jego zdjęcia. Ale on sam mówi, że tylko pstrykał, że to się ujawniało samo.

Ale kiedy chodzi po swoim domu, gdzie w pudłach, kartonach i pojemnikach spoczywają tysiące zdjęć i negatywów, mamy poczucie, że snuje się tam jak po magazynie osobliwości. „I co ja mam z tym zrobić?” – pyta. „Nawet nie wiem, co jest w tych pudłach, one mnie przytłaczają, nie pozwalają oddychać”.

Bert Stern opowiada ze swadą, ale i dowiaduje się sam wiele o sobie. Ten intymny portret genialnego artysty ma ogromną siłę rażenia. Film „Bert Stern: Original Mad Man” ukazał się w kolekcji dvd z kilkoma dokumentami prezentowanymi na Planet Plus Doc Film Festival.

A ja dzisiaj myślę o innym Prawdziwym Madmanie. O Jerzym Kosińskim, który skończyłby 80 lat. Najważniejszą, bez wątpienia, książkę o nim napisał Henryk Dasko. To „Odlot malowanego ptaka”, książka o zakładzie, którego największym przegranym okazał się Kosiński. Pisałem o niej zdaje się w poprzednim blogu (jeszcze na wp). Pisał w niej Dasko: „Na mojej półce stoi fotografia z listopada 1988 roku. Widać tylko fragment postaci. Kosiński wszedł właśnie do pokoju mojego rocznego synka i wdrapał się do jego łóżeczka, zginając swoje patykowate ciało w miejscach pozbawionych stawów. Zdjął zapinane na suwaki botki, które tak lubił, i gładził kark dziecka, a mój synek, wtedy i dziś odnoszący się z rezerwą do obcych, śmieje się histerycznie, a na twarzy ma wyraz absolutnej błogości, jakiego nie odnajduję na żadnej z setek fotografii zrobionych przedtem i potem”.

Od rana chodzi mi po głowie pewna myśl. Gdybym miał okazję rozmowy z Kosińskim, o co bym zapytał. I wiem, że nie zapytałbym o dzieciństwo ani o to, czy pisał swoje książki.

Dzisiaj, w Pana osiemdziesiąte urodziny, chciałbym zapytać Pana, Panie Jerzy: czy kiedykolwiek był pan szczęśliwy?

PS Czekam na od lat zapowiadaną książkę o Kosińskim, którą pisze Urszula Dudziak.