Fruwające miasto – „Ptasie ulice”

W pracy, w książkach, w przygotowaniu do spotkań, czasem w pośpiechu, czasem zwalniam. Od lat piszę bloga i próbuję być regularny. Dlatego od kilku dni na banerze jest zakładka „codziennik”, pod którą umieszczam wpisy w bardziej lapidarnej formie. Blog będzie działał jak dotąd, na głównej stronie nadal będę umieszczał swoje teksty o książkach, filmach, spektaklach, spotkaniach. Nie chcę by jakość tych wpisów straciła. Chcę dać sobie czas na przemyślenia, więc tutaj będę wklejał teksty jak dotąd, co kilka dni. Za to „codziennik” pozwoli mi zachować regularność. Po prostu w wolnej chwili, mam nadzieję, że każdego dnia, zapiszę tam dwa, trzy zdania, no, może sześć i bardziej będzie miał formę dziennika niż bloga. W ten sposób będziemy mogli się spotkać na tej stronie codziennie. Więc do miłego spotkania.

A ponieważ w tych dniach dużo myślałem o nowej książce Piotra Pazińskiego (autora znakomitej powieści „Pensjonat”, nagrodzonej Paszportem „Polityki” i Nagrodą Literacką Unii Europejskiej, nominowanej do Nike), która ma tytuł „Ptasie ulice”,  a ponieważ nie wychodzi mi z głowy, chciałbym podzielić się swoją radością z tej przezroczystej i onirycznej powieści (na którą składają się cztery opowiadania, można je czytać niezależnie), powstałej w czasie zwątpienia w prozę. Coraz częściej słyszę od autorów, wydawców i czytelników, że przestają wierzyć w „fikcję”. Zaskoczyło mnie kiedyś, kiedy bliska znajoma, dotąd wielbicielka powieści i kustosz Muzeum Marii Dąbrowskiej, powiedziała: „Już nie czytam prozy. Szkoda mi na nią czasu”. A jeszcze bardziej zaskoczyło mnie właściwie podobne zdanie, które powiedział amerykański prozaik Philip Roth. Od paru lat myślę o tym, czy powieść ma jeszcze siłę, żeby nas zatruć albo odtruć? Czy powieść może jeszcze mieć siłę rażenia? Wciąż wierzę w prozę, nawet jeśli czasem nachodzą mnie wątpliwości. Mijają, kiedy wpadam w tak misternie tkaną sieć słów i opowieści jaką jest bez wątpienia nowa książka Piotra Pazińskiego, mimo nagród wciąż – mam takie poczucie – niedocenionego w Polsce odpowiednio.

Wspomniałem już, że „Ptasie ulice” to zbiór czterech opowiadań („Kondukt”, „Staruszek”, „Manuskrypt Izaaka Feldwurma” i „Mieszkanie”), które mogą być czytane oddzielnie, niezależnie od siebie. Ale czytane razem tworzą powieść, nie tylko poprzez przechodzących z opowiadania na opowiadanie bohaterów, która jest jak melodie z przedwojennej płyty, czasem igła gramofonu przeskakuje w tył lub w przód, zahacza, stawia opór, ześlizguje się, ale jednak gra, zacina się ale nie przestaje, przeskakuje ale gra dalej. Bo melodia jest zapisana, wydrążona rowkami. Porysowana być może, ale w swojej pierwotnej formie doskonała. Nawet kiedy igła przeskakuje i trafia na ścieżkę, którą podążała już dziesiątki razy, nagle ukazuje coś zupełnie nowego, zestawiając ze sobą fragmenty, które nie leżały w sąsiedztwie. Czytanie tych opowiadań właśnie tak, razem, jak rozdziały powieści spowodowało, że odkrywałem coś stale na nowo, wracałem do porzuconych już bohaterów, do ich dziwactw, ich miejsc zagubienia i słuchałem na nowo. Bo to książka, która mówi, zacinając się, przeskakując, stawiając opór. To Księga Pamięci i Słów dedykowana mówiącym i piszącym. Księga ocalania.

Po raz kolejny powraca Piotr Paziński do świata polskich Żydów, po którym właściwie nie zostało nic oprócz pamięci. Bohater i zarazem narrator „Pensjonatu” i „Ptasich ulic” jest doskonałym słuchaczem, jakby został stworzony po to, aby wysłuchać nielicznych, którzy pozostali, aby zebrać resztki ze stołu ich pamięci, aby zapisać ich słowa. Wędruje po cudzych historiach, bywa, że „zagubia się” w czasie. Dzięki niemu, żyjącemu teraz czas traci swoją moc (a może przeciwnie, zyskuje ją) i stoi w miejscu. Przeszłość i teraźniejszość występują obok siebie jak bohaterowie tej samej opowieści. Genialne opowiadanie „Manuskrypt Izaaka Feldwurma” nie przejmuje się czasem. Wydłuża go i skraca, jak chce albo jak potrzebuje. To opowiadanie na miarę najlepszych opowiadań Singera. Istniał Feldwurm, czy nie? Musiał istnieć, skoro tyle jest o nim opowieści. Istniał, bo przecież przez jakiś tunel dostał się do współczesności i omal można go było zobaczyć, był na wyciągnięcie ręki, a nawet pozwalał siebie spotkać. Przecież istniał, skoro dawał się śledzić. Miał w głowie ideę fix, jaką miewają jedynie szaleńcy. Zapisać Warszawę, i to przynajmniej przez kilkanaście pokoleń.

„Pisał i skreślał, dodawał zdania i doklejał arkusze z nowymi akapitami, ale powieść, mimo że ulegała ciągłym przeróbkom, wciąż go nie zadowalała. Miał ambicję odwzorować Warszawę możliwie najdokładniej, każdy dom z osobna, a w nim każdą izbę, zajrzeć pod wszystkie łóżka, zlustrować wychodki i kuchnie, policzyć słoje z konfiturami w spiżarniach i spisać tytuły woluminów ukrytych w szafach bibliotecznych. Chciał dotrzeć do środka miasta, do jego trzewi, zbadać piwnice, przewody ściekowe i składy rupieci…”

Feldwurm oszalał? A czy każdy z nas, zapisujących fragmenty świata, choćby we własnej pamięci, nie jest takim szaleńcem? Kto nie chce ze świata ocalić jak najwięcej. Serce Feldwurma było pojemne, bo chciał ocalić nie tylko swój świat ale świat miniony. Feldwurm płynie w tą samą podróż, co podobni mu pasażerowie, jak Joseph Grand z „Dżumy” Camusa, piszący wciąż pierwsze zdanie swojej powieści, jak encyklopedysta z powieści „Stambuł” Orhana Pamuka, który jest tureckim Feldwurmem zagubionym w alejkach opowieści, jak Caden Cotard bohater filmu Kaufmana „Synekdocha, Nowy Jork”.

Każdy z nich jest strażnikiem egzystencji. Mówiła o tym też kiedyś prof. Maria Janion, o swojej obsesji stworzenia takiego archiwum, które gromadziłoby wszystko, z czym styka się umysł.

Ale z Feldwurmem sprawa jest o tyle istotna, że upomina się o topografię miasta, którego już nie ma, które jest jak wspomnienie Atlantydy, jakiejś wygasłej gwiazdy albo spalonej planety. Atlantyda wciąż leży u stóp, tylko trzeba wiedzieć, gdzie jest to miejsce. Od Dzikiej i Stawek na północy aż po Sienną na południu – jak mapa, na której Feldwurm zwykł zaznaczać trasy swoich spacerów. Opowieść o tym świecie to właściwie Kadisz. Feldwurm stoi na dachu i wywołuje ich wszystkich po imieniu, jednego po drugim, a było ich z górą sześćset tysięcy. Więcej, ten geniusz i szaleniec zarazem jest dowodem na istnienie Warszawy równoległej. I jak w filmach Kaufmana można się do niej przedostać przez odpowiedni uskok. A tam pod ziemią istnieje to, co istniało i zostało spalone, co tutaj, na powierzchni przypomina kamień na kamieniu i jeszcze jeden kamień. Ale ten geniusz szaleniec idzie dalej, mierzy się z Panem Bogiem. Chce z nim wygrać, czyli jak najwięcej ocalić.

Takiej siły jak Feldwurm nie miał dotąd żaden pisarz. To jedno z najważniejszych opowiadań, jakie czytałem być może w ostatnich dziesięciu latach. Ale dopiero czytane z pozostałymi z tomu ma prawdziwą siłę rażenia. Zderzone właściwie z magicznym realizmem opowiadania „Mieszkanie”, w którym nasz narrator-wędrowiec czuwa przy zwłokach doktor Kamińskiej, podsyca w nas wiarę w to równoległe miasto. Zagracone mieszkanie, wypełnione bibelotami, ubraniami, wspomnieniami to kolejny przypis do tej wielkiej opowieści o ocaleniu. Nasz narrator-wędrowiec został tutaj wezwany (przez kogo tak naprawdę wezwany), by czuwać, obejrzeć pozostawione skarby, jakby miał doświadczenie archeologa, umieć w nich czytać jakby miał doświadczenie kolekcjonera (czego?). Co ma odnaleźć dla siebie w tym domu żałoby, w którym tkwi godzinami? A przecież kondukt dopiero wyruszy (tu płyta zapętla się, bo „Kondukt” to pierwsze opowiadanie w zbiorze), jeszcze wszyscy zdążą się w tym dziwnym onirycznym kondukcie zagubić. A przecież na cmentarzu głazy pomników przypominają ruiny miasta. Ileż można wyczytać z dat, wyrytych na nagrobkach nazwisk, funkcji, zawodów. Ile ścieżek i wspomnień ukrytych za dużymi liśćmi paproci. We wszystkim można przeczytać przeszłość. Idealne do „wyczytania” wydają się zbiory tajemniczego antykwariusza z opowiadania „Staruszek”. Tyle że nawet stara książka telefoniczna okazuje się mylnym tropem. Adresy wymazują się. Więc nawet zapisane nie istnieje. Więc co istnieje? Czy istnieje tylko opowieść, bez dowodu? Czy istnieje tylko to podziemne miasto, do którego mógłby nas zaprowadzić Feldwurm? Istnieje tylko świat zapisany w „Ptasich ulicach”? Proza, która sama siebie stwarza i obumiera wraz z jej bohaterami? No bo ostatecznie kto ma dowody na istnienie choćby jednej strony z rękopisu Feldwurma i dowody na istnienie zapisanych przez niego faktów, zdarzeń i miejsc? No i kim jest ten Feldwurm, jeśli zobaczymy go kiedyś wszyscy. A podobno nadejdzie taki czas.

Na razie pozostaje nam powieść o Warszawie, jakiej nikt dotąd nie napisał tak, jak zrobił to Piotr Paziński mierząc się z Singerem na rękę. Moim zdaniem wygrał. Nie tylko opisał ale i oderwał ją od ziemi i teraz frunie gdzieś, ale nie wiemy, gdzie i kiedy się zatrzyma.

Piotr Paziński „Ptasie ulice”, Wydawnictwo Nisza 2013