Obecność

Od soboty zbieram się i nie znajduję słów. Nie umiem siebie poskładać. Ostatnie, najtrudniejsze, trzy tygodnie, to dla mnie też czas gubienia słów. Zaczynam coś mówić i nie mogę sobie przypomnieć imienia, czy nazwiska kogoś, kogo dobrze znam. Wczoraj usłyszałem w radiu piosenkę Miki Urbaniak, piosenkę, którą lubię, której słucham, którą mam na płycie i miałem wrażenie, że słyszę po raz pierwszy, aż spojrzałem na wyświetlacz w radiu, kto śpiewa. Ale ostatnie tygodnie, o czym tutaj delikatnie wspominałem mniej więcej od listopada czy grudnia były coraz trudniejsze. Moja Przyjaciółka, moja cudowna agentka, którą nazywałem – również tutaj, na blogu, specjalną agentką Scully, Agata Kabat odchodziła. Trudno nam wszystkim było się pogodzić z jej ciężką chorobą. Dwa ostatnie tygodnie najkoszmarniejsze. W sobotę, o 9.33 Agatka odeszła.

Cały ten czas nieprawdopodobnego bólu, niemożności pogodzenia się z wiadomościami, zaawansowaniem choroby reagowałem organicznie. Teraz też, usiłując napisać. Najważniejsze miejsce w moim świecie zajmują słowa, czyli ludzie, bo bez nich słowa byłyby niepotrzebne. Odchodzenie najpierw Teresy Torańskiej, później wiadomość o śmierci mojego kuzyna, chorego od lat na stwardnienie rozsiane, a na pierwszym tle – przecież w tym samym mniej więcej czasie odchodzenie Agatki – spowodowało – tak myślę, że zareagowałem gubieniem słów, nazwisk, dat, zdarzeń i wiadomości. Niby incydentalnie, niezauważalnie, a jednak…

Wczoraj w Centrum Kultury w Błoniu prowadziłem spotkanie z panią Magdaleną Zawadzką i naprawdę starałem się być w tym zdarzeniu całym sobą. Nie umiałem. Chociaż praca jest najważniejsza w chwilach tak trudnych, jak te, które po sobie właśnie następują.

Patrzę na zdjęcie na biurku. Chłodny jesienny dzień. Stoimy na plaży. Za nami bezkres Bałtyku. Gdynia. Jeszcze tak niedawno.

Agatka nawet już będąc bardzo chorą pracowała. Na pewno do połowy stycznia, później już z domu. Starała się pracować do końca.

W sylwestrową noc pierwszy raz tańczyliśmy razem. Przez tyle lat jakoś to nam się nie udało. Była piosenka z „Dirty Dancing”, kiedyś ulubionego filmu mojej siostry, więc znałem na pamięć. Żartowaliśmy, że to nasz pierwszy taniec i jak to się mogło stać. Wiedzieliśmy, że ten Sylwester się już nie powtórzy. Wiem, że wiedzieliśmy, bo pamiętam życzenia, jakie Agatka złożyła mi, częściowo szepcząc do ucha.

W styczniu poszliśmy do Teatru Polonia na „Kontrabasistę” z panem Jerzym Stuhrem, spektakl, który przecież stał się również symbolem zwycięstwa nad ciężką chorobą. Miało znaczenie, że to właśnie „Kontrabasista”. Agatka była już słaba. Szliśmy do auta dużo, dużo wolniej. Ale uśmiech nie słabł nigdy, nawet kiedy już bardzo cierpiała pokazywała się promienną, jak zawsze.

Nie chciała mówić o swojej chorobie. Jak zwykle nie chciała zajmować sobą świata. Wiele osób nie wiedziało, co się dzieje. Odchodziła po swojemu. Bez angażowania innych, bez pożegnań. Nie chciała, aby widziano ją w stanie, w którym była.

Jechałem do Kalisza, odezwałem się do Agatki, bo kiedyś byliśmy tam razem, na festiwalu teatralnym. Agatka zajmowała się impresariatem spektaklu „Uwaga – złe psy!”. Odezwałem się. Był dzień 27 lutego. I to był ostatni nasz kontakt.

Był Kalisz, był Gdańsk, była Gdynia, były Wrocław, Łódź, Kraków, Starogard, Błonie, było dużo miast i dużo wyjazdów. Było dużo rozmów, spotkań i zdarzeń. Koledzy w Gazecie Wyborczej z podziwem patrzyli, że Agatka jest na każdym ze spotkań w „Gazeta Cafe”, jakie prowadziłem. W ogóle była na każdym spotkaniu. Prosiłem czasem: „Nie przychodź, masz ważniejsze sprawy”, ale była moją agentką i uznawała, że musi być. Taka była. Czasem ktoś kupował moją książkę przez internet, za pośrednictwem Agaty, pisał później do mnie zaskoczony elegancją przesyłki – książki były zapakowane jak prezent, z wizytówką dowiązaną wstążeczką. Nawet w niedzielę dostałem od znajomej maile zawodowe, jakie wymieniała z Agatą w naszych sprawach. To nie były suche maile zawodowe, to były pełne emocji i uczucia maile osoby, która jest oddana sprawie całą sobą. Każdej sprawie.

Czasem, kiedy negocjowaliśmy jakieś warunki albo coś szło nie tak, ktoś traktował mnie lub Agatkę nieelegancko i dowiadywałem się o tym, dzwoniła, znając mnie i mówiła: „Tylko nie dzwoń, sama to załatwię”. Bo wiedziała, że zaraz zadzwonię, napieklę się, nakrzyczę.

Mówi się, że nie ma osób niezastąpionych. To nieprawda. Mówi się, że nie ma osób kryształowych. To też nieprawda. Wszyscy, którzy mieli przyjemność, zaszczyt i szansę znać Agatę Kabat potwierdzą, że ona jedna – z nas wszystkich – była kryształowa. Dobra do szpiku kości. Oddana. Patrzę raz po raz na profil Agatki na Facebooku i widzę, ile osób dziękuje jej po prostu za bezinteresowną pomoc – przy wydaniu płyty, negocjowaniu umów. Koleżanka przesłała mi dzisiaj maila od Howarda Pflanzera, nowojorskiego dramaturga i poety, któremu też tutaj, w Polsce, pomagała jak mogła. Napisał, wstrząśnięty wiadomością o odejściu Agatki, że dzisiaj wieczorem spotkanie poetyckie w Nowym Jorku, na East Village i swoje czytanie zadedykuje Jej.

To był prawdziwy człowiek sztuki. Impresario z prawdziwego zdarzenia. Pracowała przy wydawaniu płyt i w teatrze (ostatnio w Studio, ale wcześniej związana też z Wytwórnią, Na Woli, Ateneum, a przez całe lata do końca z Teatrem Konsekwentnym), organizowała trasy koncertowe i produkowała spektakle (choćby Oleny Leonenko czy Grażyny Auguścik) i promocje płyt (np. Męskie granie). Agatka stała zazwyczaj w kulisie, albo była na zapleczu i pilnowała spraw.  A była człowiekiem Wielkiego Formatu. Kimś znacznie, znacznie więcej, niż chciała, abyśmy ją widzieli.

Nie umiem poskładać myśli, ani napisać tego tekstu. A chciałbym, aby wybrzmiało to wszystko, co wybrzmieć powinno. Oglądam zdjęcia i wspomnienia się uruchamiają, jak lawina. Bo nie było sprawy w moim życiu zawodowym, a i też prywatnym, z którą Agata Kabat nie była związana. Oglądam zdjęcia i nie mogę uwierzyć, że to tylko zdjęcia. Za nimi przecież jest coś więcej. Oglądam na przykład serię zdjęć z Martyną Jakubowicz, przy stoliku, po koncercie chyba w Działdowie, i wiem, że to Agatka stoi za aparatem. To samo z fotografiami z ostatnich urodzin Ireny Kwiatkowskiej, na których byliśmy razem. Oglądam zdjęcia, na których jest, prawie zawsze uśmiechnięta. Oglądam, bo nie mogę uwierzyć. I wiem, że teraz trzeba wrócić do pracy, do słów, je odzyskać, poznać na nowo, inaczej nazywać świat, bo choć wszystko wokół takie samo, to tak dotkliwie inne. Brakuje słów, bo coraz boleśniej brakuje ludzi. Zostają ich piękno i wrażliwość. I coraz większy problem z ich opisem.

Agatko, dziękuję Ci, tutaj, publicznie. Pracuję nad nowym projektem. Nazywa się Obecność. Nie zdążyłem już Ci o tym powiedzieć.

JULIA HARTWIG

TA CHWILA

kiedy wszystko się ucisza

i takie światło obezwładniające

spoza wszystkiego

stamtąd gdzie jesteście

Najdrożsi

Niewidzialni

nie warto było umierać

(z tomu „To wróci”, wydawnictwo Sic!, Warszawa 2007)