słucham w fotelu, na widowni… (podróż kaliska)

Na chwilę pojawiło się słońce i jakbyśmy zostali dopuszczeni do tajemnic świata, radość i oszołomienie. Ta zima była zdecydowanie za długo. Poszedłem na spacer. Takie normalne a takie nadzwyczajne. Wczoraj wróciłem z Kalisza, gdzie w Galerii im. Tarasina promowałem swoją nową książkę „Wolne”. Towarzyszyła mi Agnieszka Wiśniewska z Krytyki Politycznej. Miła podróż, chociaż PKP dla mnie odkrycie – dawno już nie jechałem pociągiem. Weszliśmy do przedziału, który był pusty. Wrzucam torbę na górę i kątem oka spoglądam do lustra, które jest umieszczone między siedzeniem a półką na bagaż. Więc widzę w lustrze dwóch facetów, którzy układają swoje bagaże. Nie słyszałem, żeby ktoś wchodził. Odwracam się, przedział pusty. Patrzę w lustro, oni już siadają. Okazało się, że nie tylko nie ma lustra ale jest dziura na kształt lustra, dziura na wylot do sąsiedniego przedziału. Już się zrobiło swojsko. A ponieważ wyjazd był wcześnie rano, pomyślałem, że zjem w Warsie i tam wypiję kawę. Najpierw zrobiłem wycieczkę w prawo, aż do lokomotywy, ale restauracyjnego nie było. Potem w lewo, do końca pociągu. A pociąg z Warszawy do Wrocławia przez Kalisz. Na szczęście na wysokości Zduńskiej Woli (na budynku dworca jest wielki napis: miasto urodzenia i chrztu św. Maksymiliana Marii Kolbego) pojawił się „pan kanapka”, miał też kawę.

W pociągu zagadałem Agnieszkę „na sen”, ale podróż była wystarczająco długa, żebym zdążył przeczytać wywiad-rzekę z Teresą Torańską, jaki ukazał się właśnie nakładem Agory. To rozmowy, jakie Małgorzata Purzyńska przeprowadziła z Teresą Torańską w 2005 roku. Książka ma tytuł „Ja, My, Oni” i nie tylko odsłania kulisy rozmów, jakie Torańska przeprowadzała, ale też jest opowieścią o nieustannej pracy nad sobą i nad swoim warsztatem. Interesujące są też wątki biograficzne, chociaż książka – mam takie poczucie – skupia się głównie na zawodowym doświadczeniu Teresy Torańskiej. To lekcja, że trzeba się nieustannie uczyć (a przecież nie dotyczy to tylko dziennikarzy), żeby codziennie siebie pobudzać. Wspaniały fragment, jak Teresa spotyka gdzieś prof. Michała Głowińskiego i mówi: „Jak wspaniale, że pana widzę, bo bardzo chcę zrobić z panem rozmowę?”. – „Ale o czym?” – zapytał profesor. Na co Teresa: „Tego jeszcze nie wiem, dlatego jeszcze się do pana nie odzywam”. Nie tylko mówi o szukaniu tematów, ile o intuicji, która do nich prowadzi. Poruszające sceny rozmów z prof. Ewą Łętowską, która opowiada o śmierci męża i o tym, jak pani profesor autoryzowała tekst w łazience. W tej książce Torańska mówi też o obciążeniu trudnymi rozmowami, o swojej rozmowie z Bermanem, który był nieprzemakalny. Kłócili się, Teresa próbowała konfrontować jego opowieść z faktami. W końcu musiała pójść do łazienki, umyć twarz zimną wodą, bo czuła, że zwariuje. Ten zawód był dla Torańskiej nie tylko pasją, nie tylko życiem, ale chyba też stałą gimnastyką intelektualną. Naprawdę nikt wcześniej tak nie pytał.

Mówi w tej rozmowie: „Przez pół roku myślałam wyłącznie o Urbanie. Kiedy go sobie poukładałam w głowie i przeczytałam wszystko, co było możliwe, łącznie z jego konferencjami prasowymi, poszłam do niego jeszcze ze dwa razy, żeby uzupełnić konkretne rzeczy, na przykład: Czy pan jest inteligentny? W czym pańska inteligencja się wyraża?”. Wielką lekcją jest to, co mówi o rozmowie z politykami. Stale chodziła do Sejmu. Mówiła, że chodzi, żeby się dowiedzieć, czego posłowie się boją. Bo strach mają wypisany na twarzy i za każdym razem boją się czegoś innego.

W Kaliszu z dworca odebrał nas Arkadiusz Pacholski, wybitny eseista i pisarz, którego poznałem przed laty (kiedyś Jerzy Giedroyc zamówił u mnie do „Kultury” recenzję z jego zbioru esejów). Uwielbiam zwłaszcza jego książkę „Pochwała stworzenia”, którą muszę teraz, po latach przeczytać jeszcze raz. Właśnie wyciągnąłem egzemplarz z biblioteczki, widzę, że cały pozakreślany ołówkiem. Otwieram i co od razu rzuca się w oczy, choćby taki fragment: „Każde ludzkie przeżycie, każde doświadczenie jest jak jeden muzyczny dźwięk, każdy gatunek doświadczeń to melodia konkretnego instrumentu, zaś melodie grane na wszystkich tak różnych instrumentach to wspaniała symfonia życia, której końca nie znamy, dopóki słuchamy jej, siedząc w fotelach na widowni. Jedno jest wszakże pewne – że każda nuta jest jej potrzebna, każda ma ściśle wyznaczone miejsce i bez niej nie byłaby możliwa harmonia, która stopniowo odsłania się naszym uszom; i szkoda tylko, że całe piękno tej harmonii poznamy dopiero wtedy, gdy przebrzmi ostatni dźwięk…” (słowo/obraz terytoria 1998).

Arek zabrał nas też na obiad, do siebie, co było naprawdę miłe, a przy okazji dowiedziałem się, że za tydzień w Kaliszu będzie Anna Janko, w salonie literackim, jaki Arek prowadzi i zadzwoniłem od razu do Ani, że się mijamy.

Tę moją wizytę w Kaliszu zorganizował świetnie Mikołaj Pancewicz w ramach działań kaliskiej świetlicy Krytyki Politycznej, a spotkanie odbyło się w gościnnych progach Galerii im. Tarasina, gdzie odurzyły mnie dwa obrazy Romana Maciuszkiewicza, którego malarstwo znam i lubię, a którego teksty miałem zaszczyt kiedyś publikować na portalu parnas.pl.

Spotkanie prowadził Arek Pacholski, co w ogóle samo w sobie było już powodem, żeby do Kalisza przyjechać, bo widzieliśmy się ostatni raz chyba sześć lat temu, kiedy monodram „Uwaga – złe psy!” startował na kaliskim festiwalu (Małgosia Rożniatowska zdobyła wtedy Grand Prix). Bardzo ciekawa rozmowa, fajne pytania publiczności, tłumaczyłem się między innymi ze swojego ostrego i krytycznego tekstu po publikacji książki Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim, bo między innymi o to zostałem zapytany.

Po spotkaniu jeszcze długa rozmowa przy kolacji o sytuacji lokalnej, o władzy, o działaniach, o potrzebie przemeblowania mentalności, o ważnych działaniach Krytyki, również o pracy z dziećmi w kontekście spotkania, jakie KP zorganizowała w Cieszynie (prezydent Komorowski spotkał się z dziećmi, podobno jakiś chłopiec zapytał go, dlaczego czynsze drożeją, a pensje nie są wyższe). Naprawdę ciekawy i ważny dla mnie wyjazd. Więcej niż promocja książki.