Janion. Niedobre dziecię.

„Pokonywałam depresję pracą, właściwie odurzałam się pracą, w jakiś trans się zawsze wprowadzałam tym zapychaniem od świtu do nocy” – wyznaje szczerze prof. Maria Janion w szczerej do bólu książce, rozmowie-rzece „Niedobre dziecię”, którą przeprowadziła Kazimiera Szczuka. Pierwszy tom ukazał się właśnie nakładem Krytyki Politycznej. A ja już nie mogę doczekać się drugiego. Rzadko aż tak wpadam w książki, a w tę wpadłem bez opamiętania. Zacząłem czytać i już nie mogłem się oderwać. Odłożyłem książkę nocą, kiedy po prostu skończyłem jej lekturę. Wywiady z prof. Janion to rzadkość. A dobre wywiady jeszcze większa. Pamiętam jeden, niezwykły, który przed laty przeprowadziła Barbara N. Łopieńska, wywiad właściwie wzorcowy, który można omawiać ze studentami dziennikarstwa.

Rozmowa Kazimiery Szczuki kipi i jest naprawdę ważnym portretem ważnej postaci, humanistki, która przez lata wgryzając się w jądro tekstów i otwierając głowy usiłowała coś zmienić w społeczeństwie,  a nawet jeśli nie usiłowała, to myślę, i tak zmieniła poprzez swoich studentów, którzy kształcili następnych, poprzez swoje seminaria, interpretacje, książki. Taka szczera rozmowa mogła się wydarzyć tylko pomiędzy ludźmi, którzy się lubią, szanują, którzy mają do siebie zaufanie, może nawet przyjaźnią. Kazimiera Szczuka, to widać, przed tą książką na rozmowach z prof. Marią Janion spędziła wiele, wiele godzin, może i lata całe, będąc blisko. Bywała w jej domu i w domu mamy pani profesor, w Łodzi. Pyta o tę łódzką kamienicę i sąsiadki mamy, bo dobrze je pamięta. Jednocześnie ogromnym walorem tej rozmowy jest to, że nie odbywa się ona na klęczkach. Mam poczucie, że obie panie, chociaż strzelają do tej samej bramki (na jednym ze zdjęć z dzieciństwa pani profesor jest z nieodłącznym wtedy kijem i piłką), wzajemnie siebie prowokują i przez to też inspirują. Szukałem podobnych wywiadów-rzek, żeby odnieść do jakiegoś kontekstu. Może najbliżej byłoby tej książce do „Wańkowicz krzepi” Melchiora Wańkowicza i Krzysztofa Kąkolewskiego. Również książki wzorcowej.

Prof. Janion właściwie niczym nie daje się zaskoczyć. Z tą samą erudycją mówi o literaturze, historii, kinie, czy teatrze. Nawet, jeżeli nie chodząc już do teatru opiera się na recenzjach spektakli czy ich analizach, interpretuje omal bezbłędnie, choćby spektakl „W imię Jakuba S.” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. I co jest naprawdę dla mnie niezwykle odkrywcze, jest absolutnie zanurzona w rzeczywistości i życiu (nawet jeśli stara się nie wychodzić z domu), a nie tylko jest absolutnie zanurzona w literaturze. Stawia doskonałe diagnozy sytuacji społecznej i politycznej, odnosi się do wizji miasta (krytykując na przykład populistyczną politykę Warszawy, również w urbanistyce), strona po stronie przywraca nam widzenie, myślenie i świadomość, które zagubiły się gdzieś w popkulturowej papce, w jaką wpadamy chcąc tego czy nie chcąc.

Ale nie jest to książka jedynie ideologiczna. Fascynujące są opowieści biograficzne. Ojciec alkoholik i heroiczna matka, która chce zapewnić dzieciom wszystko, więc zabiera je i ucieka. Ucieczek w życiu Marii Janion będzie więcej, z różnych powodów. Będą wędrówki, repatriacje, pociągi, powroty, bagaże… Trasy, trasy… Granice… Dworce… Transgresje… Będzie miłość do Wilna, będzie Warszawa, rozumiana raczej jako miejsce do mieszkania i nic więcej, będzie Gdańsk, do którego przez prawie czterdzieści lat pani profesor dojeżdżała co tydzień, aby prowadzić swoje seminaria. Będzie ideologia, i marksistowska i komunistyczna i opozycja intelektualna i odwaga (podpisanie listu popierającego protesty studenckie w 68 roku, pani prof. podpisała ten list jako właśnie wybrany – do tego celu – sekretarz POP, nazywana będzie później „Żydówką duchową”). Przede wszystkim zaś odwaga otwierania głów.

Będą miłości (zaczęło się od obejrzenia filmu o King Kongu, który okazał się pierwszym erotycznym niepokojem) najpierw do nauczycielek, później do koleżanek (mówi, że miała temperament „niby monogamiczny, a jednocześnie i poligamiczny”), będą wielkie przyjaźnie, takie na całe życie, takie, że można by tym przyjaźniom życie poświęcić, z czego największa przyjaźń z prof. Maryną Żmigrodzką, która do dzisiaj wydaje się być jakimś punktem odniesienia dla prof. Marii Janion.

Ta rozmowa musiała się odbyć. Mam takie przekonanie. Stale w niej prof. Janion ucieka, szybko wybiega w przyszłość, już na początku mówi, że nie lubi wspominać, bo pewnie to cecha straumatyzowanych przez historię. Ale Kazimiera Szczuka pilnuje, przywołuje, wraca do tematów, jakie już padły. W pewnym momencie mówi: „Całą wojnę właściwie Pani Profesor już streściła. Może trochę zwolnijmy…” I tak kilkakrotnie jeszcze będzie przywoływać, bo szczegóły są ważne, bo nie można wszystkiego uogólnić. I pani profesor wraca do tych porzuconych tematów i wspomnień coraz chętniej, a w pewnym momencie czułem, że to wspominanie nawet sprawia jej frajdę. Opowiedzenie tego życia jest ważne, i pani prof. Maria Janion, jako „animatorka archiwum egzystencji”, zdaje sobie z tego sprawę.

Dzięki temu skupieniu na szczegółach wiele obrazów zapada w pamięć, uderza. Jak ten, przywołany za dziewczęcym zeszytem Marii Janion: „Pod datą 20 lipca 1941 roku jest taka na przykład informacja: Dziś w bóżnicy popalili ich wszystkie książki i kazali chodzić nago wokół ognia. To jest wprost barbarzyństwo! – Pamiętam, a mieszkaliśmy już wówczas przy Końskiej koło getta (Wilno), jak przed pognaniem na śmierć na Ponary przyszła do mamy – pod strażą uzbrojonego w karabin policjanta żydowskiego – znajoma młoda Żydówka. Na mój widok, pogrążonej w lekturze, krzyknęła: Ja bym też tak chciała czytać książki i uczyć się! – To mi uświadomiło straszną przepaść losu i do dziś nie mogę tego zapomnieć. Do dziś odczuwam wstyd niezawiniony z powodu mojego położenia”.
Albo obraz zbombardowanej, zrównanej z ziemią Warszawy. I krytyka Powstania Warszawskiego interpretowanego jako pewien rodzaj heroizmu czy wręcz zwycięstwa. Mówi: „Walczę o to, aby tragedię traktować jak tragedię. Klęskę jak klęskę. W 1946, może 47 roku, przyjechałam po raz pierwszy do Warszawy, która była wtedy kupą straszliwych ruin. To było coś absolutnie przerażającego. Nie wiem, jak można dziś opowiadać takie rzeczy o powstaniu warszawskim, po tym, kiedy się oglądało Warszawę tak zrujnowaną i upadłą. Stefan Kisielewski pisał, że młodzi ludzie, którzy rozpoczęli powstanie i je prowadzili, w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że skazują na zagładę miasto i wszystkie jego pomniki kultury. Stanęłam wtedy na tych ruinach i zrozumiałam, że stało się coś strasznego, niewyobrażalnego(…) Musiałam po prostu opuszczać te mieszkania, bo wracał tamten obraz, to trwało we mnie przez całe życie właściwie”.

Więc jest i „chrzest rozpaczy” (przywołany za Aliną Szapocznikow). I życie, które się skrupulatnie, dzień po dniu, książka po książce, wers po wersie wypełnia. Bo „skoro już istnieje, trzeba wtaczać ten swój głaz pod górę, nie ma wyjścia”, żeby móc sobie powiedzieć: „Jakoś, zdaje mi się, przez całe dorosłe życie potrafiłam utrzymywać w miarę przyzwoitą formę”.

Naprawdę cieszę się, że ta książka (którą zamyka osobna rozmowa przeprowadzona wspólnie przez Kazimierę Szczukę i Sławomira Sierakowskiego) powstała, że prof. Maria Janion uznała w końcu, że „o własnych sprawach, tych trudnych, bolesnych czy z wysiłkiem przypominanych mówić jednak należy”.

Cały mój, przeczytany wczoraj egzemplarz pozakreślany ołówkiem. Już tylko mój.

(„Janion. Niedobre dziecię. Transe-Traumy-Transgresje. Rozmawia Kazimiera Szczuka”, tom pierwszy, Krytyka Polityczna, seria z Różą, 2013)

*

Do zaproszeń, jakie zamieszczałem ostatnio, dorzucam z przyjemnością i to:

Centrum Kultury w Błoniu (k. Warszawy) niedziela 24 lutego o godz. 17.00 prowadzę spotkanie autorskie pani Elżbiety Dzikowskiej. Bardzo zapraszam.

Elżbieta Dzikowska

Ten wpis został opublikowany w kategorii Film, Książki, Teatr. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.