Moja Nina

Nina Simon

W głosie Niny Simone było wszystko. Najpierw, kiedy była młoda, pobrzmiewała w nim jej kręta i wyboista przyszłość, proroczy to był głos. A później, kiedy dojrzała, kiedy przeżyła to wszystko, co w jej piosenkach, i dużo, dużo więcej, w tym głosie wybrzmiewała cała jej przeszłość, bogata we wzloty i upadki, a może przede wszystkim w upadki. Kiedy śpiewała „Nie opuszczaj mnie”, będąc już zmęczoną życiem i zmaltretowaną pieśniarką, która wciąż podrywa się do walki i do lotu, publiczność była wbita w fotele. Nina Simone była uosobieniem walki o siebie, o wolność, o godność. Bardzo wcześnie stała się legendą.

Z tą legendą na scenie Teatru Konsekwentnego zmierzyła się polsko-włoska aktorka i znakomita wokalistka, Monika Mariotti. Wspólnie z reżyserem i współscenarzystą Adamem Sajnukiem stworzyła spektakl, który chyba sobie wymarzyła „Moja Nina”, własną opowieść o Ninie Simone, która jak rozumiem stała się dla Mariotti jeśli nie wzorem, to punktem odniesienia, a na pewno kimś ważnym. Jest więc Mariotti na scenie Niną Simone,  artystką z krwi, kości, głosu i muzyki. Pokazuje jej niełatwy charakter, jej osobność, jej nieprzystawalność. Śpiewa jej piosenki (w świetnym polskim tłumaczeniu Katarzyny Groniec), mierzy się z postacią Simone i wychodzi z tego zwycięsko, bo czyta opowieść o wielkiej artystce poprzez siebie. Nagle jest prywatnie, mówi prywatnie o swojej fascynacji ale i o sobie w Polsce, o swoich Włoszech i swojej Polsce, o potrzebie tolerancji, o niezrozumieniu, o tym, jakim bogactwem i dobrodziejstwem są różnice między ludźmi. Po chwili znów jest wielką Niną, zakłada perły, zaraz pojawi się na scenie, w świetle reflektora, wyjdzie do publiczności jako Nina, będzie Niną, bo jest postacią od pierwszego momentu, kiedy przygotowuje się do wyjścia na scenę jeszcze na oczach widzów zajmujących miejsca w teatrze. Będzie Niną, która trzyma się życia pazurami, która walczy o wolność, która walczy z nietolerancją i wierzy, że apartheid legnie w gruzach. Mówi o swoim kolorze skóry. Kolorze, który się nie zmieni, nie zaczerwieni, bo nie ma w nim wstydu. Pyta: to ja jestem kolorowa? Urodziłam się czarna. Byłam młoda i byłam nadal czarna. Teraz jestem starsza, dojrzała i jestem jeszcze bardziej czarna. To wy mówicie, że jestem kolorowa? Wy, którzy jesteście fioletowi jak się rodzicie? Którzy jesteście czerwoni jak się wstydzicie? Którzy jesteście sini jak umieracie? – Cytuję z pamięci, niedokładnie, ale mniej więcej chcę oddać przesłanie jej przejmującego i robiącego ogromne wrażenie monologu. Nina, która widzi ze sceny, jak z pierwszego rzędu wyprowadzani są jej rodzice, żeby zwolnić miejsca dla białych. Nie będę śpiewać, jeżeli moi rodzice nie zostaną w pierwszym rzędzie! – krzyczy.

Nina nie jest chyba szczęśliwa na scenie, ale też nie jest szczęśliwa w życiu. Nina jest po to, żeby walczyć. Jest, kiedy walczy. A kiedy zostaje sama, kiedy zostaje sama… I potem są lata, kiedy skończyło się śpiewanie w wielkich i ważnych salach. Są lata jej nieobecności. Lata gorzkie. I to wszystko już zostanie w jej głosie. Kolejne dekady spowodują, że stanie się pełniejszy, będzie elektryzował mocniej. Dla wielu wokalistek Simone stanie się wzorcem nie do osiągnięcia. Nina Simone, której nikt nie okiełznał. Patrzy na nas z ekranu, prosi o ogień, bo chce zapalić, denerwuje się, jest wkurzona. Jest wkurzona! Bo jest Niną Simone. Na litość boską, jest Niną Simone!

Ledwo wyszedłem z teatru, już miałem ochotę włączyć płytę Simone, chciałem, żeby zaśpiewała „Mister Backlash” albo „Look what they’ve done to my song, ma…” Mariotti przywołała Ninę Simone, nie grając jej, nie naśladując jej, była swoją Niną Simone, w którą tak bardzo się wierzy. Wyszła zwycięsko z tej walki kilka razy, ale prawdziwe gratulacje za to, że w spektaklu śpiewa, że odważyła się zmierzyć, że powstała nowa wartość, również w formie polskich tekstów Katarzyny Groniec. Partnerował jej na scenie band w składzie: Michał Lamża, Gwidon Cybulski, Nikodem Bąkowski.  I nie był to jedynie akompaniament. Współtworzyli spektakl, który jest więcej niż opowieścią biograficzną o artyście. To spektakl o głodzie spełnienia, bo prawdziwy artysta tego głodu nie straci. Spełnienie byłoby końcem jego sztuki.

„Moja Nina” grana jest aktualnie na scenie Teatru Syrena w Warszawie.