Wot żyzń! Wot Ożenek!

Iwana Wyrypajewa obserwowałem przy pracy nad fenomenalnym spektaklem „Lipiec” w Teatrze Na Woli, gdzie kiedyś, w innym świecie, pracowałem, za dyrekcji Macieja Kowalewskiego. Pamiętam, że dwa, może trzy lata wcześniej zobaczyłem w kinie jego film „Euforia”, który dał mi po głowie, który mi zapadł w pamięć, który po prostu ze mną został. Wracałem do „Euforii” później kilka razy, oglądając wydanie dvd. Osobność Wyrypajewa trafia do mnie od początku. W ogóle uważam, że artystą jest się wtedy, kiedy jest się osobnym, kiedy kreuje się własny język w sztuce, świat, który jest niepodrabialny, nawet gdyby usiłowano go podrobić. Pamiętam, jak po „Lipcu” Elżbieta Woźniak, wybitna tłumaczka sztuk anglojęzycznych, która mieszka w Londynie i ogląda w teatrze na świecie dosłownie wszystko, co ważne, powiedziała: „Nawet nie wiem, co o tym myśleć. Nigdy nie widziałam czegoś takiego”. I taki był „Lipiec” z genialną Karoliną Gruszką, spektakl już dziś legendarny, grany zawsze przy pełnej sali, z owacjami na stojąco, spektakl, na który nie było można dostać biletów, bo chcieli go zobaczyć wszyscy.

Nie mogłem się już doczekać nowej premiery Iwana Wyrypajewa, czyli „Ożenku” Gogola w Teatrze Studio. I znów, jak kiedyś, wpadłem w ten świat od pierwszej sceny. Ryzykowny pomysł grania do publiczności, bez tak zwanej czwartej ściany okazał się walorem. Język Gogola, w tłumaczeniu Tuwima, z rytmem i melodią, jaką narzucił Wyrypajew zabrzmiał oryginalnie, odkrywczo. Aktorzy grają, będąc równocześnie opowiadaczami, bajarzami, sięgają gdzieś głęboko do tradycji teatru, do źródeł przekazu. Ale też cerkiewne pieśni, jakie włączył Wyrypajew do spektaklu, wykonywane na żywo (fenomenalny chór: Tetiana Sopiłka, Maria Bikont, Ewa Winiarska, Cezary Arkadiusz Szymański, Justyna Czerwińska), odsłaniają tę rozdartą dotykającą mistycyzmu duszę, tę duszę między metafizyką a fenomenalnym poczuciem humoru, szczerym śmiechem. Więc wpadałem w ten spektakl coraz bardziej, od pierwszej do ostatniej sceny. Karolina Gruszka jako Agafia Tichonowna prześmieszna, jakby odziedziczyła vis comica po Irenie Kwiatkowskiej. Gra brawurowo, ma doklejony nos, ubrana jest w różową sukienkę (kostiumy Katarzyna Lewińska), kiedy pojawia się na scenie, wszędzie jej pełno, nawet, kiedy się chowa. Uwielbiam tę Agafię. Tworzy genialny duet ze swatką Fiokłą, którą gra Monika Pikuła, jedna z najbardziej interesujących aktorek swojego pokolenia. Pikuła gra jakby tańczyła albo jakby płynęła po scenie. Jest wyrazista, komiczna, ale nadaje też tej postaci inne barwy, ukazuje jakieś pęknięcie Fiokły, swatki która nie wiemy, źle chce czy dobrze chce, sprzedaje tylko, a może walczy o coś więcej, może coś sobie rekompensuje.

No i cała galeria kawalerów, a wśród nich naprawdę kapitalny Marcin Bosak jako Iwan Kuźmicz Podkolesin, który całkowicie oddany jest przygotowaniom do ożenku ale kompletnie nie jest do niego gotowy i wiemy przecież od samego początku, że zwieje. Ale Bosak mistrzowsko to rozgrywa. Nie tyle mówi frazę Gogola i Wyrypajewa, co jest w tej frazie, jakby go ona nakręcała, więc jakby opowieść go nakręcała. Najpierw pojawia się gest, za nim słowo, a za słowem melodia. I znów duet arcyciekawy, bo Koczkariowa, przyjaciela Podkolesina, który za wszelką cenę chce go rzucić w objęcia Agafii i doprowadzić przed ołtarz, gra Łukasz Lewandowski. I to jak gra! Jest chwilami jak Jim Carrey. A scena, w której Podkolesin i Koczkariow rozmawiają o damskich wdziękach to jedna z najlepszych scen w spektaklu. Są nakręceni jak pozytywka. A w obsadzie jeszcze prześmieszny Jakub Kamieński i świetny Radosław Walenda, który pojawił się wcześniej u Iwana Wyrypajewa w spektaklu „UFO. Kontakt”, również w Teatrze Studio.

Zachwalałem już po premierze, ktoś mnie zapytał, ale gdzie w tym wszystkim Gogol? A mnie się wydaje, że jest i Gogol, i Tuwim, i Wyrypajew i że jest rosyjska dusza. Od premiery minął tydzień, a ja wciąż siedzę w tym spektaklu i siedzę. I co sobie wspomnę to albo uśmiecham się albo zamyślam. Wot, żyzń! I piździec! – jak mówi swatka Fiokła.