Miłość z kamienia

Chcę wrócić do regularności w pisaniu bloga. Może nie uda mi się zaglądać tutaj codziennie, ale mam nadzieję, że częściej. Ostatnie tygodnie a nawet miesiące trudne. Zadanie za zadaniem, czasem kilka równocześnie,  kalendarz zapełniony, dużo, dużo pisania, dużo czytania, głównie zawodowego, na tematy, nad którymi pracuję, dużo spotkań, planów, projektów. Choroby osób bliskich i dla mnie ważnych. Odejście Teresy Torańskiej, z którym nie umiem się pogodzić. I wciąż łapię się na tym, kiedy brakuje mi jakiegoś detalu, że Teresa by wiedziała, że mógłbym do niej zadzwonić. Jej numer wciąż w mojej komórce. Nie zadzwonię już.

Chciałbym teraz na przykład porozmawiać z Teresą o książce Grażyny Jagielskiej „Miłość z kamienia”. Przeczytałem kilka dni temu. I ciągle, mimo że tekst zatrzaśnięty między okładkami, nie mogę z tej opowieści wyjść.

Wojciech Jagielski, korespondent wojenny, który relacjonował 53 wojny, napisał przed laty wybitną książkę o Czeczenii „Wieże z kamienia”. Podzielił ją na trzy pory roku: lato, jesień i wiosnę.
Świat Grażyny Jagielskiej, dziennikarki, pisarki, tłumaczki, jego żony dzieli się na dwie pory: czekanie na wiadomość o śmierci męża i jego powroty do domu. Czasem obie te pory zaczęły się zaburzać, łącząc się w jedną, niemożliwą do udźwignięcia. Opisała to w autobiograficznej powieści „Miłość z kamienia”, książce, która bez wątpienia odegrała jakąś rolę terapeutyczną. W rozmowie, jaką z Wojciechem Jagielskim przeprowadziłem jakiś czas temu dla „Zwierciadła” powiedział, że to nie on ponosi koszty, że to nie on płaci za wojny. O tym jest właśnie ta książka. O kosztach, jakie ponosi żona korespondenta wojennego, a właściwie ich małżeństwo, ich rodzina.

„Dzisiaj mijają trzy miesiące, odkąd przyjęto mnie do kliniki psychiatrycznej z objawami stresu bojowego. Tak naprawdę jest to stres mojego męża, ale on zawsze oddawał mi wszystkie swoje kłopoty” – napisała Grażyna Jagielska w swojej bezkompromisowej i bolesnej książce. Próbuje w niej pokazać cały ten proces wpadania w wojny i izolowania siebie od świata. Gdzie był błąd? Kto go popełnił? Czy to się zaczęło, kiedy byli razem w Indiach? Najpierw ciekawość, potem pierwsze wyjazdy, potem wojna, potem następna, następna i tak 53, które wyznaczały jej czekanie. A „czekanie to dziwny okres, powoduje ogromne i nieusuwalne zniszczenia, nawet jeżeli umie się czekać”. Grażyna Jagielska najpierw umiała czekać. Później już nie wiadomo, czym było czekanie, czym było życie, czym była rzeczywistość a czym zatrzaśnięcie się w sobie. Zastanawia się, czy zauważała, kiedy w domu było go mniej, kiedy „eliminował wszystko, co mu przeszkadzało w pracy”, nauczyła się przeczuwać, że zbliża się wyjazd, chociaż jeszcze o nim nie powiedział. Później odrętwiała, właściwie nie miało już znaczenia, gdzie jedzie, czy jedzie. Najpierw był strach, że zadzwoni telefon z wiadomością o jego śmierci. Życie z telefonem. Przywiązanie do telefonu. Siedzenie w szafie albo leżenie na podłodze z telefonem, bo może zadzwonić. A kiedy dzwoni, to lepiej nie odbierać, bo to może być ta akurat wiadomość. Potem chyba pojawiło się uzależnienie od tego czekania. I nieznośna myśl w głowie – niech już w końcu zadzwonią, lepiej już wiedzieć, że to się stało i nauczyć się żyć na nowo niż tak czekać.

„O tym, że telefon zadzwoni, wiedziałam sekundę przed tym, jak dzwonił naprawdę. Miałam go w środku, we mnie odzywał się najpierw, dopiero później na półce w salonie. Mimo to zawsze był zaskoczeniem – rozrywał mieszkanie na kawałki, przez chwilę drążył moje tkanki, robił sobie we mnie miejsce. Siedząc z psem pod piecykiem w kuchni, skupiałam się na tym dźwięku, który mnie za chwilę rozszarpie. Prosiłam znajomych, żeby nie dzwonili, bo nie panuję nad telefonem, robi sobie we mnie korytarze”. Telefonu bała się również wtedy, kiedy mąż był w domu. Jakby nawet podczas jego obecności ktoś mógł zadzwonić, by powiedzieć, że zginął.

Mijał czas. Wiele lat mijało. Pory roku mijały. Niezauważalnie. A przecież jakby czas uparcie stał w miejscu. W miejscu, które jest rozerwane granatem. I jątrzył w ranie doprowadzając do zakażenia. Wstrząsająca scena rozmowy ich syna z Grażyną Jagielską. Prosi, żeby zapisała go do szkoły. Jak to? Bo to czas, w którym nie zauważa się niczego. Lata mijają, a czas stoi w miejscu. W czekaniu. Są chwile otrzeźwienia, próby rozstania albo ratowania małżeństwa. Jagielska, jeśli nie można uratować tego związku inaczej, chce być z mężem na wojnie. Podejmuje dwie próby. Paradoksalnie najbardziej niebezpieczne. Bo kiedy żona jest obok, korespondent traci instynkt.

Reporter, być może za późno, ale jednak decyduje się na detoks od niebezpieczeństwa. Postanawia nie jeździć na wojny. Ciągle była jeszcze ta jedna, ale w końcu podejmuje decyzję, że już więcej nie. A czas jakby stał w miejscu. Żona chodzi na terapeutyczne sesje, a lekarz trzyma w teczce list od niego. Czy pamięta, że lata mijają.

Wstrząsający obraz życia na froncie we własnym domu. Niepokojąca lektura, z którą nie wiadomo co począć. Niby powieść, a nie do końca powieść. Postaci, które dawałyby nam bezpieczny dystans w lekturze nie dają go, bo nazywają się Grażyna i Wojciech Jagielscy. Wojny to są jego wojny. Zdania to są ich zdania. Oskarżenie to jest jej oskarżenie, skierowane w jedną stronę. Czy rzeczywiście oskarżenie? A może tylko nazwanie winy? Ale to nie ma żadnego znaczenia. Na tym froncie wszyscy są ofiarami, łącznie z czytelnikiem, który uczestniczy w rodzinnej terapii. Jakby czegoś było tu za dużo. Szczerości? Bólu? Jakby obraz był zbyt jednostronny. Dlatego natychmiast przypomniałem sobie inną powieść o korespondencie wojennym „Linię zanurzenia” Jeana Hatzfelda, opowieść snutą przez reportera, który wraca z wojny. „Wojna może nadać życiu sens, jakiego mu brakowało” – pisze Hatzfeld. Chciałbym czytać książkę Jagielskiej przez książkę Hatzfelda. Dopuścić do głosu obie strony. Zrównoważyć. Udowodnić sobie, że to nie tylko strefa działań rodzinnych, w końcu poczuć bezpieczeństwo, jakiego książka Jagielskiej nie daje. Bezpieczeństwo lektury. Ciągle mam poczucie, jakbym siedział u Jagielskich w kolejnych mieszkaniach (nigdy nie byłem w żadnym z nich), jakbym był z ich emocjami i strachem. Oglądałem w „Wiadomościach” TVP materiał o tej książce. Dziennikarka rozmawiając z Wojciechem Jagielskim powiedziała: pana żona mówiła, że to dobry temat na książkę. – Bo to jest temat. – odpowiedział. Grażyna Jagielska mówiła jeszcze w tym materiale, że nie żałuje tego życia razem, bo najbardziej fascynujące jest to, co się nie udaje. – Tak mniej więcej zrozumiałem, albo zapamiętałem, mam nadzieję, że nie przeinaczyłem, bo oglądałem ten materiał kilka dni temu. Zaczynał się ten news od zdania, że za dwa tygodnie Grażyna Jagielska wróci na terapię. Pozostaje tylko pytanie o granicę literatury. A może o linię demarkacyjną? A może o coś zupełnie innego, czego po prostu nie rozumiem. I to zdanie: „Nie chcemy umierać. Boimy się tak bardzo, że już nie umiemy żyć”.

(Grażyna Jagielska „Miłość z kamienia”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013)