Podwójność

To ciekawe, że postaci z moich książek ciągle do mnie wracają. Kilka dni temu pisałem tutaj o fotografii Ottli, siostry Franza Kafki. Tajemnicy tej fotografii nadal nie udało mi się rozwikłać. Dzisiaj, w tej samej kolekcji Yad Vashem, zupełnie przypadkiem trafiłem na inną. To afisz programu teatralnego z 8 lutego 1942 roku, jaki odbywał się w warszawskim getcie, w Gospodzie Artystów przy ul. Orlej 6, a na nim nazwisko Jack Lewi, czyli Jacques Loewy, czy też Jicchak Levi, czyli aktor, od którego wzięła się moja książka „Bagaże Franza K.”, przyjaciel i nauczyciel Franza Kafki (który tak często wspomina go w swoim „Dzienniku”, co ciekawe zachował się brulion Kafki z fragmentem biografii Leviego, jaką Kafka zaczął pisać), bohater opowiadania Singera „Przyjaciel Kafki”, jeden z bohaterów powieści Anny Boleckiej „Kochany Franz”. Myślę o tym, ilu dokumentów, zdjęć, listów nie znamy, nie odnaleźliśmy, myślę o śladach, które nie zginęły wraz z nimi.

W sobotnio-niedzielnej „Gazecie Wyborczej” tekst Adama Zagajewskiego „27 stycznia”, tekst poświęcony dacie wyzwolenia obozu w Auschwitz i równocześnie rocznicy urodzin Mozarta. Kończy Zagajewski słowami: „Zimowy kalendarz jest surowy, jest wymagający, ale wie, co robi, gdy każe nam zastanowić się nad tym, kim jesteśmy i dlaczego musimy żyć w podwójności, w trudnej, niemożliwej podwójności”.

Wspominając Mozarta pisze również Zagajewski: „Jego ostatnie lata na przykład, kiedy wiedeńska publiczność odwróciła się od jego muzyki, a on chorował i komponował Requiem, którego jak wiemy, nie zdołał ukończyć (nie można przecież skończyć Requiem pisanego dla samego siebie)…”

Niemożliwa podwójność. Bezradność i siła. Śmierć i odrodzenie. Okrucieństwo i piękno.

Tuż przed wywiezieniem do Treblinki aktor Jack Lewi czytał z przyjaciółmi „Księgę Hioba”.

 

Kanon na nowy blog, odcinek 8

Dzisiaj nieco obszerniejsza odpowiedź, którą przesłała

Monika Libicka, dziennikarka:

Nie jest mi łatwo wybrać  5 książek, które mnie ukształtowały, bo  gdy zrobiłam rachunek sumienia, okazało się, że  w każdym okresie życia było ich kilka i dziś nie wiem, czy mogę powiedzieć, że jakaś jedna, konkretna miała większy wpływ niż inne.
    W dzieciństwie zazwyczaj pożyczałam hurtowe ilości książek z biblioteki i czytałam je po lekcjach. Z kilku różnych, które miały znaczenie,  wybrałam „Dzieci z Bullerbyn”  Astrid Lindgren, książkę która pomogła mi pogodzić się z faktem, że  sen o posiadaniu siostry pozostał tylko snem, a marzenie o życiu na wsi było nie do zrealizowania dla osoby, której rodzice mieszkają i pracują w dużym mieście. Ta książka z pewnością rozciągnęła moją wyobraźnię.
    Gdy trochę podrosłam, sięgnęłam po całą serię literatury pogranicza ze Stanów Zjednoczonych, ale najważniejszą okazała się książka „Ostatni Mohikanin” – J.F. Coopera. Myślę, że to ona głównie zbudowała we mnie tęsknotę za amerykańskim mitem, romantyczną wizją wolności, a także chęć przekraczania granic, również tych fizycznych, która później zamieniła się w potrzebę wyjazdu poza własny grajdoł i spotykania innych kultur. ( Z tego okresu chyba też pochodzi moja fascynacja długowłosymi facetami.)
 
    Książki, które towarzyszyły mi w okresie dojrzewania, gdy usiłowałam ustalić kim jestem, a kim być nie chcę, to m.in.  „Zabić Drozda” Harper Lee, „Obłęd” Krzysztonia, „Pożegnanie z Bronią” Hemingwaya i „Łuk Triumfalny” Remarque’a. Jednak najważniejszy był na pewno „Buszujący w zbożu” Salingera, który utwierdził mnie w przekonaniu, że nie należy beczeć, tak jak stado, ale zawsze próbować własnym głosem.
 
    Potem, gdy już wyjechałam do Stanów, przeczytałam książki, które przypomniały mi, jak strasznie tęsknię do Polski i jak bardzo trzeba do niej wrócić. Ważne były dwie, ale jeśli mam z nich wybrać, to raczej „Inny Świat” Grudzińskiego, niż „Zasypie wszystko wiatr, zawieje”  Odojewskiego.
 
    Zostało mi miejsce na jedną pozycję i musi nią być najważniejsza i najpiękniejsza książka, jaką czytałam – czyli „Heban” Kapuścińskiego. Niezwykle ważny zarówno ze względu na autora, którego bardzo cenię, jak i przez wzgląd na wielowymiarowość tego tekstu. Kapuściński  napisał fascynujący wykład o tym, co ukształtowało dzisiejszą Afrykę,  a przy okazji pokazał, jak dobrze pisać, dobrze żyć, jak patrzeć na Innego, jak starać się go zrozumieć i jak znajdować dystans do własnej kultury. Równocześnie ze względów formalnych ta książka jest dla mnie arcydziełem dziennikarstwa, które w interesujący, obrazowy sposób, ukazuje fragment naszego świata z różnych perspektyw, tak jakby autor zmieniał obiektyw, i raz posługiwał się teleskopem, a raz szerokokątnym spojrzeniem, umieszczającym opisywaną materię w geograficznym i historycznym kontekście.
 
    No i jest pięć. A gdzie miejsce na inne, też ważne? Na przykład w dziale literatura faktu „Jakbyś kamień jadła” Tochmana albo „Ziemię i chmury” Szewacha Weissa.  Albo tytuły Vonneguta, Hellera, Jasienicy, Barbary Tuchman, Gombricha, Patricka  White’a, Saula Bellowa czy Eduardo Mendozy.