byłem za trzecim pulpitem

Jerzy Stuhr, Kontrabasita, zdjęcie z natalia-natalie.blog.pl

Jest jakaś tajemnica w życiu aktora i jego monodramu. Są takie monodramy, które grane latami, zmieniają się, dojrzewają, stają się z aktorem jednym. Taka jest „Shirley Valentine” Krystyny Jandy, taki jest „Kontrabasista” Jerzego Stuhra według Patricka Suskinda – spektakl, który dzisiaj miałem przyjemność obejrzeć w Teatrze Polonia. Genialny tekst w wykonaniu genialnego aktora. Tylko okoliczności inne niż przed laty, w dniu premiery. Spektakl grany po długiej życiowej trudnej drodze. Życie, sztuka, miłość, rzemiosło, starzenie się, przemijanie, tęsknoty i marzenia brzmią dziś o wiele inaczej. Tekst podszyty jest dzisiaj walką z chorobą, walką wygraną, jest mocniejszy, porusza bardziej, szlachetny w swoim humanistycznym przesłaniu. Kontrabasista, trzeci pulpit w orkiestrze, człowiek jak my, który chciałby jeszcze poderwać się do lotu, nawet zdemolować sobie życie w imię miłości, w imię odmiany, zyskać drugie życie, piękniejsze, może wznioślejsze, a może zwyczajnie prostsze. Chciałby coś jeszcze poczuć, coś w sobie obudzić, zobaczyć pełniej, bardziej kolorowo. Chciałby żyć, żyć po prostu, i kochać swoje życie i akceptować w nim siebie. Czyli zyskać to drugie. Nie może mocniej brzmieć tekst „Kontrabasisty” niż dzisiaj, w wykonaniu pana Jerzego Stuhra, który swoje drugie życie wygrał, patrzy dzisiaj na świat inaczej, widzi więcej, a może zwyczajnie prościej. Pisał o tym w swojej ważnej książce „Tak sobie myślę…” pisanej w czasie choroby. W tej książce wymienia pan Jerzy Stuhr, co dała mu choroba.

„Ta choroba uczy mnie pokory. Nie pogodzenia się z losem, ale pokory wobec majestatu życia i śmierci. Ta choroba nauczyła mnie tolerancji. Na każdego bliźniego będę patrzył już przez pryzmat bólu i strachu przed nim i będę go rozumiał. Ta choroba ukazała mi piękno życia, mojego życia. Dała mi siłę, aby tego nie stracić. Ta choroba pokazała mi, jak bardzo jestem kochany przez moją żonę i dzieci. Dowiedzieć się, że kobieta poświęca się dla ciebie po czterdziestu latach małżeństwa tak bezgranicznie, to wielki dar, i robisz wszystko, aby wyjść, żeby jej dać siebie jeszcze lepszego, bardziej kochającego, bardziej wyrozumiałego, dać jej radość bycia razem. Ta choroba, o czym już pisałem, pokazała mi, jak wielu ludzi po prostu mnie lubi”.

I to wszystko jest w „Kontrabasiście” dzisiaj, nawet jeśli tekst czasem idzie na przekór tym myślom. To wszystko jest. Pan Jerzy Stuhr walczył, walczy a dzięki temu my otrzymujemy jego piękno, jego wrażliwość i talent. I może przez małą chwilę, oglądając go na scenie czujemy się też trochę silniejszymi, lepszymi, bardziej rozumnymi.

„Kontrabasista”, który jak wnioskuję z recenzji kiedyś był przede wszystkim komedią, dzisiaj jest pięknym szlachetnym spektaklem, który oczyszcza. Bawi, ale porusza do głębi. I właściwie nagle, w teatrze, byliśmy jednym, i wstaliśmy natychmiast, jak spektakl się skończył. Byliśmy kontrabasistami, za trzecim pulpitem, z chęcią do walki o siebie, bo może walczymy za mało, a może w ogóle nie walczymy. Kontrabasiści za trzecim pulpitem dostrzegli swoje piękno. Światło po obu stronach rampy. Więcej niż teatr.

*

Pocztą przyszedł dzisiaj tomik wierszy „Stop-klatka” Jana Henryka Cichosza, poety, którego cenię. Ten wiersz mnie porusza.

Jan Henryk Cichosz

Wiejskie kino

Na drzwiach stodoły, zamiast ekranu

ktoś zawiesił prześcieradło po niedawno

zmarłym. Przed rozpoczęciem seansu

cała wieś jak zaklęta patrzyła na nie,

tylko kiniarz (po dwóch głębszych)

tak jakby się bał, że coś nie „wypali”

raz jeszcze sprawdzał rozklekotaną

aparaturę, aby za chwilę, za moment

zmartwychwstał czas…

(z tomiku „Stop-klatka”, LSW, Warszawa 2012)