Szary anioł

To miał być dzień nicnierobienia. Tylko przyjemności – Blechacz gra Chopina, książka. Rano myślałem, dzisiaj leżę, jak będzie chciało mi się spać, pośpię, jak poczytać, poczytam. Mam dwa razy w roku takie dni osłabienia. Przedwczoraj miła kolacja u przyjaciół, spotkanie do późna. Walczyłem już z bólem gardła. Wczoraj mnie kompletnie dopadło, ale zmobilizowałem się, bo na Europejskich Targach Muzycznych „Co jest grane” prowadziłem spotkanie z Renatą Przemyk. Jednak stare mądrości się sprawdzają – przy adrenalinie nawet po anginie. Rzeczywiście tylko wszedłem do Pałacu Kultury, ból gardła prawie minął, a od początku spotkania z Renatą Przemyk, to już w ogóle nic nie czułem. Na rozmowę mieliśmy prawie godzinę, po spotkaniu Renata Przemyk powiedziała, że zmusiłem ją do opowiedzenia właściwie całej biografii. Fakt faktem trochę, choć mam poczucie, szybkim marszem, przeszliśmy od Bielsko-Białej przez Katowice, Czechy, Kraków, teatry i sale koncertowe, aż do szamanizmu. Bardzo się na to spotkanie cieszyłem, bo nigdy wcześniej pani Renaty nie spotkałem, zawodowo też jakoś się nie złożyło, a zawsze to inspirujące rozmawiać z kimś po raz pierwszy. Na Targach różne miłe spotkania. Choćby z Anią Szarmach, moją koleżanką ze szkoły w Starogardzie, która wydała właśnie nową płytę. Akurat, kiedy Ania wczoraj śpiewała koncert, ja prowadziłem dwie, może trzy sale dalej spotkanie. Ale przynajmniej zamieniliśmy kilka słów. Był też Adam, brat Ani i menadżer, który, żeby było ciekawiej, kiedyś zajmował się też przez chwilę moimi umowami i sprawami, już tutaj w Warszawie. Pracował w agencji, która mnie również – poza moją stałą agencją GreenLight – reprezentowała. Tak się losy ciekawie splatają.

Potem miła rozmowa z Dorotą, przy czekoladzie. Ale już jak wracałem do domu ból gardła wrócił. A ponieważ dzisiaj nie miałem żadnego spotkania ani pilnego zawodowego obowiązku, postanowiłem zrobić sobie jednodniowe wagary.

Miałem pospać, nie pospałem. Poczytać, też mi średnio z tym szło. Otworzyłem jakieś pliki, zacząłem kończyć jakieś rozgrzebane teksty, odpisywać na zawodowe maile i okazało się, że wagary to dzień biurowy. Teraz trochę żałuję, ale charakteru nie zmienię.

W ostatnich dniach dużo smutnych wiadomości. Kilka dni temu zmarła moja promotorka, cudna, piękna postać prof. Halina Satkiewicz z Instytutu Dziennikarstwa. Namawiała mnie na doktorat, a ja pytałem: „Pani profesor, a co taki doktor od dziennikarstwa leczy?”. Pytałem pewnie z lenistwa. Pamiętam, jak pani profesor mnie kiedyś ujęła, kiedy powiedziała: „Ja wiem, że jest pan zapracowany, proszę nie przychodzić na moje seminaria, a jak pan będzie mógł przyjść, to ja się dostosuję”. To mnie kompletnie rozwaliło. I napisałem zresztą najkrótszą chyba pracę magisterską i obroniłem. I pani profesor bardzo dużo zawdzięczam. O jej śmierci dowiedziałem się z nekrologu w „Gazecie”.

Wczoraj Rodzice zadzwonili, żeby mi powiedzieć o śmierci wujka Franusia. Nie widziałem wiele lat. Dawno. Pamiętam z dzieciństwa jedynie. Pisałem tutaj jakiś czas temu, jakie piorunujące wrażenie zrobiła na mnie wizyta na cmentarzu w Borzechowie, na wsi,  w której się wychowałem. Same nagrobki z nazwiskami osób, które znałem kiedyś. Jakby wieś wymarła. Ta, którą pamiętam.

Dzisiaj wiadomość o śmierci wielkiej aktorki i gwiazdy Teatru Wybrzeże Joanny Bogackiej. Pamiętam Joannę Bogacką choćby z „Hanemanna” Stefana Chwina w reż. Izabelli Cywińskiej w Teatrze Wybrzeże. Pamiętam piękną scenę z kredensem, w którym poukładane są ubrania. I pamiętam, jak czytała teksty Hanny Krall z „Różowych strusich piór” w Teatrze Miejskim w Gdyni w czasie Gdyńskiej Nagrody Literackiej. Pamiętam jej wielką rolę Marleny Dietrich w sztuce „Szary anioł” w reż. Andre Hubner-Ochodlo, którą widziałem w Teatrze Małym w Warszawie. – Ten teatr założony przez Hanuszkiewicza już nie istnieje. Wszystko takie ulotne. Z teatru pozostaje pamięć o nim. Zapisane wrażenia. Ale nic już nie ma takiej siły jak ta scena, w której pani Joanna-Marlena leży na łóżku, przykryta białym prześcieradłem. I jest taka maleńka. Jest jak dziewczynka zanim stanie się ulotnym zjawiskiem, gwiazdą, wampem, zapisem na celuloidowej taśmie. Jak powiedziała Agnieszka Holland: „kino nie istnieje. To tylko zapis na taśmie zamkniętej w puszce”. Teatr to tylko wieczór. Emocje. Słowa. Oddech. Ot, tyle.