zadarte wzrokiem

Zmysły sycą się, apetyt rośnie, codziennie tyle ciekawych zdarzeń, kalendarz ciemny od zapisanych terminów, nawet nie mam możliwości zatrzymać się, przemyśleć raz jeszcze tego, co powinno być zatrzymane, przemyślane, zostaje – jak to określiła pani Julia Hartwig w jednej z naszych rozmów – „zadarte wzrokiem”, więc jednak zapamiętane.

W ostatnich dniach miłe spotkanie z bohaterkami książki Łukasza Maciejewskiego „Aktorki” w kinie Atlantic, promocyjny wieczór. Barbara Krafftówna, Ewa Błaszczyk, Anna Nehrebecka, Zofia Kucówna, Ewa Wiśniewska. Ciekawa interakcja między nimi. Chwilami można było się poczuć, jakby panie były w garderobie, przed spektaklem, i prowadziły ze sobą dialog. Siła książki „Aktorki”, którą czytam, a czytam wolno, bo próbuję w skupieniu, a ma 700 stron, polega na upomnieniu się o dwa, kiedyś istotne zawody. O prawdziwe aktorstwo, zdobywane w szkołach i na scenie, przez lata, podparte wielkim talentem, ciężką pracą, trzymane w ryzach pewnej zawodowej czy też teatralnej hierarchii. Terminowanie, rzemieślnictwo. Nie bez powodu Zofia Kucówna mówiła, że kiedy po odzyskaniu przez Polskę niepodległości powstawały cechy rzemieślników, powstał również związek aktorów. Aktorstwo, którego dzisiaj właściwie – poza teatrem i kinem – już w telewizji się nie zobaczy. Od tego aktorstwa odcięta jest znaczna część społeczeństwa karmiona serialami. Wśród bohaterek książki Łukasza Maciejewskiego są też aktorki, dla których telewizja nie ma propozycji, a już na pewno nie na miarę ich talentu i możliwości, na przykład Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Wtrącę tu cytat z mojej rozmowy z Bogusławem Lindą, która ukazała się właśnie w „Zwierciadle”: „Jesteśmy pokoleniem sitcomów. Sitcom kłamie, jest bajką, którą daje się ludziom zamiast biletów na wczasy na Seszele. Ludzie oglądają szpital, który nie ma nic wspólnego z prawdziwym, i rodzinę, która nie ma prawdziwych problemów. To są dla nich wczasy. Ale to rozmywa ten zawód. Kaleczy go. Tu się służy bardzo prymitywnym instynktom. Robiąc seriale, pocieszamy, tuczymy widzów, tak jak tuczy się gęsi na foie gras, wciskając im do gardła pokarm zatłuszczający im wątrobę. Ale to jest widocznie potrzebne tym, którzy oglądają. I aktorom, bo inaczej byliby kelnerami, a tak są na plakatach i na przyjęciach. Paparazzi za nimi gonią”.

Wszystkie bohaterki książki Łukasza Maciejewskiego to artystki wybitne, które w swoim zawodowym życiu stworzyły role pomagające ludziom coś zrozumieć, albo coś w sobie oczyścić, nie tylko przeżyć. Felicja Barbary Krafftówny z „Jak być kochaną” to być może jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza, postaci kobiecych w polskim kinie. A rola Stanisławy Celińskiej w „Krajobrazie po bitwie” Andrzeja Wajdy?

Drugim zaś zawodem, o który się ta książka upomina, to mam poczucie dziennikarstwo, mój zawód. Może się zdewaluował, na pewno staniał, na pewno zgłupiał, ale wciąż jeszcze ma resztkę siły i pozytywnych wartości, o które warto walczyć. Coraz częściej, kiedy staram się o wywiad, zwłaszcza z ust tak zwanych gwiazd słyszę, żebym przysłał pytania, artysta odpowie mailem. Nie zgadzam się na to. Nie, nie odpowie. Dziennikarstwo to spotkanie, to rozmowa, która ma uświadomić coś obu stronom, to również czas i spokój potrzebny do dokumentowania tematu, do dochodzenia do prawdy, oświetlania jej z różnych perspektyw. A skoro są takie propozycje, by „wywiadowany” tę rozmowę napisał, to znaczy, że dziennikarze się na to godzą. A nie powinni. Łukasz Maciejewski miał czas dla swoich bohaterek i one dla niego. O tym wszystkim myślałem słuchając wypowiedzi tego wieczoru w kinie Atlantic.

Utkany był ten tydzień z takich zdarzeń. Anna Nova, znakomita wokalistka z Berlina nagrała niedawno płytę „Emigracja” o swoim polsko-niemieckim doświadczeniu. Właściwie dwupłytowy, polsko-niemiecki album. Anię znam od dawna, obserwuję, cenię. Uwielbiam jej niski głos i metaliczną barwę. Jej charakter i sposób zachowania się na scenie. Ambicję. Siłę w realizowaniu marzeń. Ania sama wyprodukowała swoją płytę, rozesłała ją do dziennikarzy zajmujących się muzyką. Jeden z utworów w Trójce prezentował Marek Niedźwiecki. Odezwała się fonografia Polskiego Radia, i właśnie Polskie Radio niedawno tę płytę wydało. Od kilku tygodni „Emigracja” jest w sprzedaży. To płyta precyzyjna, większość to teksty specjalnie na nią napisane przez Elżbietę Madreiter, zdolną autorkę. Ania Nova jest artystką oddzielną, ambitną, dlatego na swoim płytowym debiucie prezentuje materiał nowy, a nie jak to często bywa – covery. Właściwie covery są dwa, jeśli można tak je nazwać. Na polskiej płycie „Nie pytaj o Polskę” Grzegorza Ciechowskiego, a na niemieckiej „Take me home” Phila Collinsa, wpisujące się w całą tę emigracyjną opowieść, historię Ani, polskiej Niemki i niemieckiej Polki, jak sama mówiła o sobie na koncercie w „Piwnicy pod Harendą” kilka dni temu. Bardzo energetyczny, inspirujący koncert, podczas którego, zwłaszcza kiedy Anna Nova śpiewała i tańczyła tango „Nie żałuję” pomyślałem, że powinna nagrać teraz repertuar kabaretowy z lat 30., niemiecki i polski. Ma w sobie coś, czego właściwie dzisiaj już młodzi artyści nie mają – charakter, ale i subtelność, elegancję ale i żywiołowość, jest ostra, ale i łagodna równocześnie. Kiedy śpiewała po niemiecku, jakbym słyszał Ute Lemper. Koncert zapadł w pamięć, nie tylko był zadarty wzrokiem. A płyta, na której są brzmienia elektro, chwilami jazzująca, chwilami bluesowa, na której jest i tango i bossanova na przykład, mimo tej różnorodności jest bardzo spójna. To świetny materiał i dobry prezent świąteczny, więc polecam, zwłaszcza, że do każdej płyty artystka osobiście włożyła białe aniele piórko. Wiem, bo byłem świadkiem jak te piórka przebiera z wielkiego worka z pierzem. To płyta, która powstała z potrzeby ale i z miłości.

Bogaty był ten tydzień. A przecież w niedzielę prowadziłem w Centrum Kultury w Błoniu spotkanie z Krystyną Jandą. I chociaż jedną historię chciałbym zapisać. Po spektaklu „Ja, Feurebach” Krystyna Janda poszła do garderoby Tadeusza Łomnickiego, żeby mu pogratulować. Siedział styrany życiem i rolą stary człowiek w podkoszulku. Rozmalowywał się tak zwaną „abszminką”, wkładał palce do słoika i nakładał tę maź na twarz. Krystyna Janda zauważyła, że w słoiku, na tej abszmince zostają fioletowe pociągłe ślady jego palców. Zapamiętała to. Pogratulowała roli, na co Łomnicki odpowiedział: „Zazdroszczę ci, że mogłaś mnie dziś oglądać”. Po siedmiu latach, kiedy Łomnicki już nie żył, grała spektakl w tym samym teatrze, i była w tej samej garderobie. Po nim sięgnęła po stojącą przy lustrze abszminkę. Otworzyła słoik. Były w nim nadal te fioletowe ślady palców Łomnickiego. Natychmiast przypomniała sobie to spotkanie.

Spotkania… Żeby móc je jakoś utrwalić, zapisać. Wczoraj wieczorem miłe spotkanie na Różanej z Magdą Fres, która wydała właśnie swoją trzecią książkę „Mama, smoczek” o swoim doświadczeniu macierzyństwa. To bardzo dobra powieść, chwilami poradnik dla młodych mam (z których szczepionek korzystać itd.), chwilami wstrząsające wyznanie bohaterki, która jest po tragicznym doświadczeniu utraty pierwszego dziecka i która opowiada cud narodzin, po którym nic już nie jest takie samo, a cud zdarza się każdego dnia, kiedy trzyma malucha w ramionach, kiedy próbuje patrzeć jego oczami.

Powinienem jeszcze napisać o nowych tomikach wierszy Gali Jakubowskiej-Fijałkowskiej i Edy Ostrowskiej, poetek, które cenię, ale należy im się oddzielny tekst, do którego chciałbym się lepiej przygotować. Podobnie zresztą jak znakomitemu, świeżemu spektaklowi „Wichrowe Wzgórza” w reż. Kuby Kowalskiego w Teatrze Studio, którego premierę widziałem. Naprawdę coś!

Na razie, z mojego prywatnego iluzjonu życzę miłego, słonecznego dnia.