Pocztówki

Różnica nie tylko taka, że w tej chwili w Warszawie zimno i szaro. Jeszcze kilka dni temu, kiedy wracałem gwarnymi telawiwskimi ulicami do hotelu, zatrzymywałem się na kubek świeżo wyciskanego soku z granata, uwielbiam tę cierpkość przesyconą słodyczą. Zdarzało się, że sprzedawca dorzucał kilka kostek lodu, wtedy tajemnice uwalniały się wolniej. W ogóle wracam do tych stop-klatek. Spacer w upalny dzień, wytchnienie przy jednej z knajpek na Rotschild, pierwszy łyk zimnego piwa. Albo nieprzyzwoicie długi spacer wzdłuż Ben Yehuda i Arlozorov, do dworca, który ubzdurałem sobie, że jest bliżej. Mimo że Anat ostrzegała, z Ben Yehuda to już podjedź autobusem.

Albo pan, który sprzedaje książki na dworcu kolejowym. – Skąd pan jest? – Z Polski. – Moi rodzice też byli z Polski, ze Szczecinka. – Był pan kiedyś? – Nie. – odpowiedział zdziwiony. Albo pyszna kanapka w marinie w mieście Herzliya. Był już wieczór, wciąż ciepło, a ja pełen wrażeń po spotkaniu z Pawełkiem, Perecem, który jako żydowskie dziecko w czasie wojny sprzedawał papierosy i gazety na Placu Trzech Krzyży, również Niemcom, których tu, w okolicy placu mieszkało wielu. Miłe pożegnanie z nim i z jego żoną.

Albo sympatyczny spór o Polskę z Irit, w genialnym mieszkaniu jej córki Dity, niedaleko Allenby. Albo wizyta u Pniny, w Giwataim, urodzonej w Czechosłowacji, z grupy dzieci Mengele w Auschwitz. Pnina nie przestaje się uśmiechać. I powtarza, że jest szczęśliwa, że trzeba się cieszyć życiem. I że jak przyjechała do Palestyny, bo Izraela jeszcze nie było, całymi miesiącami marzyła tylko, żeby sobie kupić sandały. Pnina mówi po hebrajsku, Anat tłumaczy, chociaż ma trudność, bo Pnina nie zatrzymuje się na przekład. Za to kiedy pytam po polsku nie czeka na przekład, odpowiada od razu. Rozumie. Ale ani po polsku ani po czesku nie potrafi już mówić. Chociaż nie, kiedy Anat na chwilę wychodzi, jakoś dajemy sobie radę.

Albo cudna rozmowa z Martą w aucie do Jerozolimy. O literaturze i reportażu, bo Marta właśnie przełożyła książkę Jacka Hugo-Badera „Biała gorączka”. I gorący wieczór w Jerozolimie. Siedzimy na murku, przed uniwersytetem. Pijemy kawę z plastikowego kubka.

Albo rozmowa o zdobywaniu biletów na zespół Szamburskiego i Zakrockiego SzaZa, bo akurat mają trzy koncerty w Izraelu. Mama koleżanki mówi do niej:  „Pomóż mi zdobyć jeszcze bilet dla mojej koleżanki”. – „Której?”. – „Nie znasz, to koleżanka koleżanki, ale bardzo bliska”. – „Ale jak się nazywa?” „Nie wiem, ale jak chcesz, zadzwonię do koleżanki i zapytam, jak się nazywa jej koleżanka”. Dzwoni. Sama się do siebie śmieje. „Ona też nie wie, jak się ona nazywa, ale to bardzo bliska koleżanka. Nawet nie możemy zapytać, jak się nazywa, bo przecież by się obraziła”.

Albo kawa z kardamonem na placu w Akko. Już po spacerze. Gorąco bardzo. Ale kawa była mi potrzebna na dalszą część dnia. Wysyłałem esemesy do Shoshi i do Zvi, jak mi dobrze, i że Akko piękne. Albo obiad w genialnej restauracji Uri Buri w Akko, tuż przy morzu. Z Joanną i Tadeuszem rozmawiamy o teatrze, o Warszawie, która jednak z tej perspektywy wydaje się daleka.

Albo wino w starym dworcu kolejowym na granicy Yaffo i Tel Awiwu, zamienionym na sympatyczne miejsce spotkań, z galeriami, butikami, księgarnią. Albo oglądamy tam w księgarni książki. Shoshi pokazuje mi hebrajskie wydanie „Lokomotywy” Tuwima. Są ze Zviką zdziwieni, jak zaczynam im recytować po polsku. Albo szukamy w I-phonie piosenek Maryli Rodowicz, bo Shoshi, której rodzina pochodzi z Włocławka zapytała mnie, czy jest ktoś znany z Włocławka. Przypomniałem sobie, że Maryla Rodowicz tam chodziła do szkoły. Albo tłumaczę im „Kochanków z ulicy Kamiennej”, bo wszystko co Shoshi zapamiętała z opowieści ojca, to że mieszkał kiedyś w Łodzi na Kamiennej. Albo psy wbiegające do morza. Psy w Izraelu sprawiają wrażenie najszczęśliwszych na świecie. Albo…