Monti Fiori

Wróciłem do Polski, z toną nagrań i wrażeń. Byłem w Izraelu po raz drugi, dokumentując swoją nową książkę, i naprawdę wszystkie opowieści, które zebrałem są jak wyłowione z morza bursztyny. Jeździłem za tymi opowieściami do małych i większych miast, słuchałem na przedmieściach i w eleganckich domach opieki. W Riszon le-Cijjon na wielkim budynku tuż przy pętli autobusowej zobaczyłem ogromne cyfry tworzące „120”. Zapytałem pana, który tam mieszka, a do którego przyjechałem, skąd ta liczba, bo nie był to numer domu. „Bo my tu wszyscy mieszkamy w sto dwudziestce. To znaczy, będziemy żyli sto dwadzieścia lat!”.

Izrael.

Słońce. Świetny klimat. Morze. Dobre jedzenie. Każdy fragment Tel Awiwu zupełnie inny. Wystarczy pójść za róg. Jakby inna planeta. Gwarne, wesołe miasto pełne knajpek, restauracyjek, barów. Lubiłem wieczorem wyjść z hotelu dosłownie za róg, na skrzyżowanie Ben Yehudy i Ness Ziona. W małej knajpce ze stolikami na ulicy podawano gorące bajgle, francuskie faszerowane rożki, zapiekanki. Wybierało się rodzaj pieczywa, dodatki i na drewnianej łopacie wędrowało to do wielkiego pieca na chwilę. Uczta.

Nie mówiąc już o zaskoczeniu, jakim było 26 przystawek przed daniem głównym, jakie podano w jednej z restauracji w Yaffo. Policzyłem, bo nigdy dotąd nie widziałem czegoś takiego. Stół był dosłownie zastawiony, a przystawki obowiązkowe jako „apetizery” do ryby z grilla.

Odkrycia kulinarne, architektoniczne, kulturowe. Fascynuje mnie w Izraelu orgia mówienia. Dla kogoś z tak zamkniętego w sobie kraju jak Polska, to w pewnym sensie kulturowy szok. Wszyscy ze sobą na każdy temat rozmawiają. Wystarczy spotkać obcą osobę w sklepie, na ulicy i już wielka opowieść, rozmowa, szukanie znajomych, gdzie mieszkasz, a to jesteś moim sąsiadem, a może znasz… I to, co mnie w tych rozmowach uderzało to pewien rodzaj abstrakcyjnego, ironicznego poczucia humoru, jakiejś zaskakującej puenty prowadzącej do śmiechu. Ale też zdolność włączenie się w rozmowę na przykład całego autobusu.

Miałem taką sytuację, że jechałem poza Tel Awiw, poprosiłem kierowcę, żeby wskazał mi przystanek, na którym mam wysiąść. Usiadłem za nim. Jedziemy i jedziemy. Podróż, moim zdaniem się nie kończy. Zaczynam się denerwować. W końcu pytam kierowcę o ten przystanek. Starszy pan, zdenerwował się bardziej niż ja. Zaczął mówić długo, podniesionym głosem po hebrajsku. Mówię po angielsku, że ni w ząb z tym hebrajskim, ale nie zwraca na to uwagi. Tylko mówi. Długi, emocjonalny monolog. Nie wiem, zostać, wysiąść. Nagle już cały autobus włącza się do rozmowy. Czuję, że to mnie dotyczy. Ale nic z tego nie rozumiem. Wszyscy rozmawiają, kierowca odpowiada. Pokazuje na mnie kilka razy. No, pięknie. Nagle starsza pani, która siedziała niedaleko podchodzi do mnie i pyta, czy mówię po rosyjsku. No, uczyłem się w szkole. Rozumiem. A po rosyjsku mówi w Izraelu wiele osób, bo jedna szósta populacji to emigranci z Rosji. Ta pani tłumaczy: „Kierowca się bardzo zdenerwował, a to dobry człowiek, proszę mi wierzyć, znam go, jeżdżę z nim codziennie. On bardzo, ale to bardzo chciał panu pomóc. Wskazać panu ten przystanek. Ale nie mógł. Przez pana nie mógł”.

To mnie trochę zdziwiło. Pani mówi dalej: „Pan miał okulary słoneczne, kiedy pan wsiadał, prawda?” – „No, tak”. „No właśnie”. Poczułem, jak już cały autobus mówi: „No, właśnie”. Ale nadal nic nie rozumiałem. „I nagle pan te okulary zdjął. No dlaczego?”. – „Słońce zaszło” – odpowiedziałem. – „I przez to on nie mógł panu pomóc. Myślał, że pan wysiadł, a ktoś bez okularów usiadł na pana miejscu. Teraz musi pan pojechać do końca, do pętli, a potem wrócić tym samym numerem kilka przystanków. No po co pan te okulary zdejmował? Ten pan się teraz denerwuje, że miał pomóc, a nie mógł”.

Zresztą czytelnicy Etgara Kereta znają dobrze ten rodzaj pewnej abstrakcji w dialogach, w rozmowie. Mnie to zachwyca po prostu. A skoro Keret, to byłem też w kawiarni, do której codziennie przychodzi, na rogu Żabotyńskiego i Dizengoffa. Że to ulubiona jego kawiarnia przeczytałem już po powrocie, zaglądając do książki Pawła Smoleńskiego „Balagan. Alfabet izraelski”.

A skoro abstrakcyjna puenta, to poznałem część muzycznej grupy Monti Fiori, ponieważ jeden z muzyków jest wnukiem Irit Amiel, świetnej i ważnej pisarki, którą znam od chyba 1998 roku. Monti Fiori to rodzaj muzycznego żartu. Chłopacy udają Włochów grając włoskie piosenki z San Remo (zresztą nie znając włoskiego). Są fantastyczni. Podsyłam kilka linków do ich muzyki, może ktoś ich zaprosi do Polski. A warto naprawdę. Wiem, że niedawno w klubowym Berlinie zrobili furorę. No właśnie, Monti Fiori, to jest dobra izraelska puenta.

Monti Fiori – Tarantella

Monti Fiori – Miami Pizza Pie

Monti Fiori – Caro Capitano

Do opowieści izraelskich oczywiście wrócę.